REKLAMA
Anywhere logo

Chris Niedenthal: Było co fotografować

2016-01-18
...

„Całe moje życie, całe archiwum, składa się z setek tysięcy slajdów i negatywów.” Chris Niedenthal jest w trakcie gromadzenia swojego fotograficznego dorobku. Są w nim zdjęcia zarówno Lecha Wałęsy i Jana Pawła II, jak i zwykłych Polaków żyjących w realiach socjalizmu, który – według mojego rozmówcy – był bardzo fotogeniczny. Okazało się, że i dziś od czasu do czasu udaje mu się uchwycić coś ciekawego.

 

nidenthalJest pan na etapie tworzenia archiwum, czy wszystko już pan zgromadził?

Mam pewność, że zgromadziłem wszystkie zdjęcia mojego autorstwa, chociaż muszę przyznać, że nie wszystkie znam. Obecnie cała kolekcja jest archiwizowana – sprawdzana i katalogowana.

Za każdym razem odkrywa pan coś, co pana zaskakuje?

Oczywiście, nie mam szansy pamiętać każdego zdjęcia. Ale w tym miejscu muszę nadmienić, że tylko towarzyszę pracom porządkowym. Za archiwizację odpowiedzialna jest moja asystentka, która zajmuje się zdjęciami. Ja nie byłbym w stanie podjąć się takiego wyzwania, przede wszystkim dlatego, że z natury jestem bałaganiarzem.

Ale dogląda pan tych prac?

Moją asystentkę darzę zaufaniem i uważam, że nie wypada mi stale kontrolować jej pracy. Ale w sytuacji, gdy coś jest niejasne czy trudne do skatalogowania, moje wyjaśnienia są niezbędne, żeby rozwiązać taki problem. Chociaż przyznaję, że czasem naprawdę trudno przypomnieć sobie co jest na zdjęciach, bo w swoim zawodowym życiu zrobiłem ich tysiące. Mówi się, że my, fotografowie, pamiętamy każde nasze zdjęcie, ale to niekoniecznie jest prawdą.

Na stronie internetowej napis głosi: „463 fotografie”.

Bo tyle naprawdę ich tam jest. Dodatkowo ta liczba brzmi trochę intrygująco. Na stronę www.chrisniedenthal.com wybrałem mniej więcej te zdjęcia, które znalazły się w książce „Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-89”. Obecnie planuję dodanie kolejnych fotografii, a więc ostatecznie będzie ich prawdopodobnie o wiele więcej, na przykład 2675.

Pozostanie to w formie strony internetowej czy powstanie monumentalna publikacja książkowa?

(śmiech) Rzeczywiście mógłbym co roku wydawać album z innymi zdjęciami, ale nie chcę zanudzać czytelników. Strona internetowa jest również sposobem dopasowania się do współczesnych odbiorców – to wygodny i szybki dostęp do wszystkich prac. Oczywiście, biorąc pod uwagę liczbę posiadanych przeze mnie zdjęć i prace archiwizacyjne, na pewno jakąś książkową publikację można jeszcze złożyć. Na razie chcę jednak skoncentrować się na stronie internetowej.

Lubi pan wracać do przeszłości?

Nie mam wyjścia, ponieważ najlepsze zdjęcia, które zrobiłem, są z przeszłości. Teraz mało fotografuję, więc rzeczywiście prawie wszystko, co stworzyłem, pochodzi z dawnych lat. Aczkolwiek ostatnio robiłem ciekawy temat, właściwie był to powrót do mojej dawnej pracy, czyli Konkurs Chopinowski w Warszawie. Fotografowałem młodych pianistów przez całe trzy tygodnie i przyznaję, że dawno nie pracowałem tak intensywnie. Może z tego powstanie album? Cieszyłoby mnie to, że byłyby to współczesne zdjęcia. Dla mnie przeszłość była ciekawsza do fotografowania, było co dokumentować. Teraz też jest, ale staram się pozostawiać to młodym fotografom z innym spojrzeniem na świat.

Socjalizm był fotogeniczny?

Tak uważam. Nasze życie wyglądało często abstrakcyjnie, więc po prostu było co uwieczniać na zdjęciach. Z perspektywy fotografa żałuję wręcz, że nie mogłem pracować w latach 50. i 60., w czasach całkowitego socjalizmu – skrajnego i dość niebezpiecznego. Tyle tylko, że dzisiaj byłbym jeszcze starszym, niż jestem w rzeczywistości.

Dla fotografa reportażowego im niebezpieczniej, tym ciekawiej?

Według mnie to nie niebezpieczeństwo, a bieda jest niestety fotogeniczna. Fotografowałem demonstracje i stan wojenny, ale to nie to samo, co na przykład wojna. Patrząc na zdjęcia kolegów – Tadeusza Rolkego czy jeszcze starszych – widać, jak trudne były to czasy. To w naszej części Europy w okresie powojennym i pierwszych dekadach komunizmu panowała wyjątkowa bieda. Takie rzeczy przyciągają fotoreporterów. Jak coś jest idealne, czyste i schludne, nie jest już tak ciekawe.

Miał pan szczęście, bo trafił pan na taki moment, kiedy historia Polski zmierzała w dobrym kierunku.

Wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Oczywiście liczyliśmy, że coś się zmieni, ale żyjąc w tych czasach nie wiedzieliśmy, jaki będzie rezultat tych zmian. Trafiłem na bardzo ciekawy okres historii Polski i Europy, czuję się w czepku urodzony, że miałem szansę pracować w tak barwnych czasach.

Nie wolał pan zostać w Londynie?

Nie, zupełnie nie. Londyn jest dla mnie za duży, za bardzo zatłoczony. Tak mi zostało – teraz też nie chciałbym mieszkać w Anglii. Zawsze miałem takie atawistyczne spojrzenie na swoje korzenie. Rodzice byli Polakami i to zadecydowało o mojej decyzji o chęci poznania ich kraju. Kiedy przyjechałem do Polski w 1973 roku, planowałem tylko kilkumiesięczny pobyt. Nie wiedziałem, że zostanę dłużej, tym bardziej przez następne czterdzieści kilka lat.

nidenthal1Czuje się pan ważną postacią w tym wszystkim?

Nie, czuję się świadkiem wydarzeń, które miałem okazję fotografować. Potrafiłem to robić, więc wykorzystałem tylko swoje umiejętności. Teatr współczesnej historii Polski, który rozszerzył się na historię Europy, rozgrywał się przed moimi oczyma i byłbym głupi, gdybym nie chciał tego udokumentować. Mówią o mnie, że jestem portrecistą PRL-u – teraz to widzę i jest to dla mnie spory zaszczyt.

Do zrobienia niektórych zdjęć musiał pan użyć sporo sprytu.

Sam się sobie dziwiłem, ponieważ nigdy nie potrafiłem rozpychać się łokciami. Nie jestem też specjalnie przebiegły ani sprytny. Mam wrażenie, że moją zaletą była siła spokoju, przeplatana przebłyskami sprytu. To, że dostałem się do środka Stoczni Gdańskiej, kiedy w sierpniu 1980 roku zaczął się strajk, uważam za szczyt własnej błyskotliwości. Drugiego dnia strajku dotarłem do Gdańska z drugim angielskim dziennikarzem, jako pierwsi zagraniczni korespondenci. Stoczniowcy nie chcieli kogokolwiek wpuścić. Wtedy jeszcze bali się prasy, tym bardziej zachodniej, bo milicja miałaby dowody, kto strajkuje. Ja z kolei bałem się aresztowania jako szpiega. W końcu powiedziałem: „No dobrze, ale to, co się dzieje, jest jednak bardzo ważne, więc może wpuścicie chociaż dziennikarza”. Po jakimś czasie przystali na to. Wymyśliłem więc, że przecież on nie zna polskiego, to może wejdę jako tłumacz. Wpuścili. I to był ten mój szczyt sprytu. (śmiech)

Ale zaczął pan robić zdjęcia z ukrycia.

Powiedzieli, że mogę wejść pod warunkiem, że nie będę niczego fotografował. Nie wytrzymałem i zrobiłem kilka zdjęć. Po dwóch tygodniach wróciłem do Stoczni, ale wtedy był już tam cały świat dziennikarski, można było wejść bez problemów. Nikt nie mógł uwierzyć, że miałem jeszcze niedawno takie kłopoty. Ale tak to jest. Kiedy jest się pierwszym, trzeba się przebijać.

A papież, nasz papież?

Tak... To był piękny rozdział naszej historii i mojej pracy. Trochę sprytu też się przydało. Możliwości fotografowania takich pielgrzymek są ograniczone, jeżeli nie jest się przyjacielem papieża! Jednak jak się miało zaprzyjaźnionego zakonnika na Jasnej Górze, można było gdzieś się wcisnąć. Czy to spryt? Skoro była okazja, to korzystałem z niej.

Jest jakaś różnica w fotografowaniu wielkich tego świata i zwykłych ludzi?

Staram się mieć to samo podejście wobec wszystkich. Nie boję się „wielkich ludzi” – w końcu są tylko ludźmi. Jesteśmy równi, tyle że oni mają bardziej wyeksponowaną pozycję, a ja mniej. Nigdy nie miałem wielkiego problemu z tym, że fotografuję akurat prezydenta, premiera, dyrektora czy prezesa jakiegoś przedsiębiorstwa. To mnie zupełnie nie peszyło. Traktowałem ich zawsze kulturalnie, ale na luzie. To stara zasada: fotografowie są królami swojego zawodu, a prezes czy premier – swojego. Nie twierdzę, że jestem królem, ale jeśli mamy poczucie własnej wartości, to nam nie przeszkadza być na równym poziomie z kimś innym.

Trzeba jeszcze umieć zjednywać sobie ludzi, prawda?

Jeżeli fotograf jest niesympatyczny i zachowuje się niegrzecznie, to rzeczywiście dobrze nie rokuje. W jego karierze może pomóc spryt lub siła, ale one też bywają zawodne. Myślę, że fotografowie z reguły powinni być w miarę sympatycznymi ludźmi. Musimy umieć dowcipem, żartem i luzem zjednać sobie tych, których mamy fotografować. Należy być po prostu kulturalnym. Chociaż musimy pamiętać, że jesteśmy odpowiedzialni wobec tego, którego fotografujemy, wobec swojej własnej pracy i wydawnictwa, z którym współpracujemy. Wbrew pozorom to jest bardzo odpowiedzialna praca, musimy umieć się zachować.

nidenthal2Skoro pan już o tym mówi, to czy jest granica, której nie powinno się przekraczać? Skrajna bieda, wojny, okrucieństwo?

W swojej karierze nigdy nie widziałem skrajnej biedy i okrucieństwa. Ale nasza praca polega na tym, żeby je fotografować. Opowiadamy historie i by to zrobić pokazujemy to, co widzimy – czasem coś, co może nami wstrząsnąć albo nas rozczulić. Nie istnieje tabu. Właściwie to miałem jedną taką sytuację, kiedy umarł Andriej Sacharow, radziecki decydent i fizyk jądrowy. Umarł w swoim moskiewskim mieszkaniu, przy biurku, w nocy. Niektórzy fotoreporterzy chcieli tam wejść i sfotografować jego leżące ciało. Ja akurat nie czułem potrzeby, żeby to zrobić. Jeśli rzeczywiście wiemy, że ingerujemy za bardzo w czyjeś życie prywatne, nie musimy tego robić. Czy chcemy, czy nie chcemy, jesteśmy w tym zawodzie opowiadaczami historii.

Widział pan „Sól ziemi” Wima Wendersa?

Tak, oczywiście. Bardzo piękny film o fantastycznym fotografie.

To, co fotografował Sebastiao Salgado, mocno odcisnęło się na jego psychice. Musiał odreagować, w drugiej części życia robiąc zdjęcia tylko i wyłącznie naturze.

Tak, jest to film o miłości, nienawiści, o ekscesach. Salgado był świadkiem tych wydarzeń i uwiecznił je w fenomenalny sposób. W jego pracy obecne są wszystkie uczucia, jakie można w takich chwilach znaleźć i które mogły się na nim odbić. To, co tam widział mało kto ma okazję zobaczyć. Na szczęście. Ja mogę mówić tylko teoretycznie, bo nigdy nie byłem w takiej sytuacji.

Nic nie odcisnęło piętna na pańskiej psychice, żeby śniło się po nocach?

Nie. Najwyżej teraz ten Konkurs Chopinowski! Budzę się w nocy i nucę Chopina. Mam wielkie szczęście życia bez takich traum. Stan wojenny był nieprzyjemny i niebezpieczny, ale nie można go porównywać z pełną wojną. Owszem, byłem świadkiem bicia i pałowania demonstrantów, ale nie śmierci tych ludzi, którzy zginęli z rąk milicji.

Niektóre pańskie zdjęcia są za to zabawne. Moje ulubione: „Sprzedawca jaj”. Prywaciarz!

Tak, prywaciarz absolutny. Myślę, że od naszego spojrzenia zależało, czy to było śmieszne, czy nie. Lubię operować dowcipem, czy to w słowach, czy wizualnie. Jeśli można wzbudzić nawet cień uśmiechu na twarzy widza, to już jest sukces. Dla Polaków takie fotografie są ważne, bo wywołują wspomnienia z przeszłości, raczej od tej śmieszno-strasznej, a nie tylko strasznej strony. I do tego jeszcze nostalgię. Wiem, że ją czujemy. Nie dlatego, że tęsknimy do tamtych lat, ale dlatego, że byliśmy wtedy młodsi.

Poza tym panuje moda na retro!

To ciekawe, że młodzież też identyfikuje się z tymi zdjęciami. Kiedy byłem młody, zupełnie nie interesowała mnie historia wojenna, a dzisiaj widać, że dla części młodzieży historia PRL-u jest niezwykle ciekawa. Może dlatego, że moje zdjęcia bywają „śmieszne”, historia w takiej formie jest łatwiejsza do przełknięcia. I w końcu dzisiejszy świat jest oparty głównie na przekazach wizualnych. Być może tędy droga do serc i umysłów młodych ludzi. W obrazkowej formie chętniej będą poznawać historię swoich rodziców i dziadków.

Dzisiejszy świat jest wizualny – to dla fotografa dobrze czy źle?

Teraz się mówi, że wszyscy jesteśmy fotografami, bo wszyscy możemy robić zdjęcia, czy to drogim, czy tanim aparatem albo telefonem komórkowym. Oczywiście praca fotoreporterów jest w pewnym sensie zagrożona, ale moim zdaniem ten zawód nigdy nie zniknie. Większa dostępność rynku to konsekwencja postępu, nic strasznego się nie dzieje. Zostawmy jednak profesjonalną fotografię zawodowcom.

A z technicznego punktu widzenia? Lepiej jest robić zdjęcia na dzisiejszych, „lepszych” aparatach czy jednak lepiej było wykonywać więcej manualnej pracy?

Żeby poczuć tę magię i zdobyć umiejętność fotografowania, dobrze byłoby uczyć się na aparatach analogowych, manualnych i dodatkowo poznać pracę w ciemni. Bo rzeczywiście, dzisiejsze aparaty są tak dobre, że właściwie trudno jest zrobić technicznie złe zdjęcie. Technologia jest w stanie wybaczyć nam wszystkie błędy.

Ja bym potrafiła zrobić złe zdjęcie najlepszym aparatem, bo jestem antytalentem.

Powiedziałem, że technologia jest w stanie wybaczyć nam błędy, ale niekoniecznie wybaczy! Fotografując na filmach, musieliśmy być bardziej ostrożni i precyzyjnie myśleć. Przy cyfrze ten proces jest mocno skrócony. Przez to, że zdajemy się na technologię, mniej się zastanawiamy nad aspektami technicznymi. Ważne jest też to, że na filmie mieliśmy tylko 36 klatek. A teraz, kiedy używam karty z 64 gigabajtami pamięci, mogę zrobić kilka tysięcy zdjęć w pełnej rozdzielczości! Przyznaję, że wciąż nie wierzę, że na tej plastikowej karcie są moje zdjęcia. Całe moje życie, całe archiwum, składa się ze slajdów, czyli diapozytywów i negatywów. Skok technologiczny jest ogromny i powoli się z nim oswajam. Co ciekawe, obecnie wielu fotografów wraca do filmu, żeby pracować wolniej i uważniej.

Są też tacy, którzy celowo robią zdjęcia komórką.

Komórki, a tym samym aparaty fotograficzne w smartfonach, są coraz lepsze. Więc, jeśli ktoś zrobi  zdjęcie takim telefonem i wykona odbitkę 70x100cm, może się zdziwić, jak dobrze ona wyjdzie. W niektórych konkursach fotograficznych są już kategorie dla zdjęć zrobionych telefonem i myślę, że to rozwojowy trend. Tym bardziej, że fotografowani ludzie nie boją się telefonów. Boją się natomiast aparatów fotograficznych – szczególnie tych dużych, które robią dużo hałasu. Sam zrobiłem kiedyś zdjęcie telefonem, które sprzedałem do prasy, bo akurat byłem przy kościele, który się palił. Zarobiłem może z kilkaset złotych! (śmiech) Wszystko jest możliwe!

Dzisiaj też nie wywołujemy zdjęć. Jeśli stracimy dane z komputera, to co po nas zostanie?

Cały paradoks polega na tym, że robimy tysiące zdjęć, których potem nikt nie ogląda. Coś tam się wrzuci na Facebooka, a resztę zachowujemy w komputerze. A ponieważ jest ich tak dużo nigdy nie mamy czasu, aby je przejrzeć. Dawniej aparaty były gorsze i wszyscy mieli albumy fotograficzne, w których po dwudziestu, trzydziestu latach mogli nadal obejrzeć rodzinę, przodków. Teraz, jeśli zgromadzimy rodzinę i włączymy komputer, uwaga oglądających mija po 5 minutach. Przewaga papieru polega na tym, że wymaga większej koncentracji i uruchamia lawinę wspomnień, a każde ujęcie niesie za sobą wyjątkową historię.

Czyli wywołujmy zdjęcia.

Myślę, że powinniśmy wywoływać. I ważne jest, żeby od razu zapisywać z tyłu, kiedy i gdzie zostało wykonane oraz kto się na nim znajduje. Sam nie zawsze o tym pamiętałem w przypadku rodzinnych zdjęć i już zaczynam mieć kłopot z odtworzeniem takich detali. Ważne, by zachować swoje ślady dla kolejnych pokoleń.

nidenthal4Fotografował pan też miasta. Jak zmieniły się architektonicznie w ostatnim czasie – na lepsze czy na gorsze?

Jestem entuzjastą rozwoju, który nastąpił w tym obszarze i kompletnie nie zgadzam się z hasłem „Polska w ruinie”. Nasz postęp jest niebywały! Jak już coś się buduje, to robi się to w miarę porządnie, dbając przy okazji o otoczenie – tworzy się skwerki, sadzi drzewa, kwiaty. To naprawdę niesamowite, kiedy podróżując po Polsce widać, jak wszystko diametralnie zmienia się na korzyść. Miasta wyglądają zupełnie inaczej. Przykład Wrocławia. Ten z moich fotografii z 1982 roku był zapyziały, a jego piękno zostało skutecznie ukryte. Dopiero teraz widać, jakie to piękne miasto! 

Jednak dzisiejsza architektura nosi cechy typowe dla postsowieckiego kraju, które też są przaśne i fotogeniczne. Fotografuje to Filip Springer.

Jestem wielkim fanem fotografii Filipa Springera. Uważam, że to, co uchwyca na swoich zdjęciach, jest świetne. Wykonuje kawał dobrej roboty, wyłapując absurdy współczesne.

Czyli na szczęście mamy jeszcze jakiejś absurdy?

Tak, i Springer ma do tego świetne oko. Ale myślę, że takie absurdy można znaleźć i w Nowym Jorku, i w Londynie. Teraz wszystkie miasta zaczynają wyglądać podobnie.

Te większe, a mniejsze?

No, a Olsztyn jak się zmienił?

(w rozmowie napomknęłam, że pochodzę z Olsztyna – przyp. S.G.)

Uruchomili nam tramwaj, całe miasto było rozkopane. Pierwszy przejazd był spektakularny, bo tramwaj zahaczył o chodnik. A co się dzieje z odnawianiem elewacji kamienic?

Dzisiaj robi się to już o wiele lepiej niż w pierwszych latach po wojnie. Ale mam wrażenie, że wiele europejskich miast popełniło te same błędy. Kiedy jadę do Londynu, widzę, że – poza ścisłym centrum, miasto trochę sie sypie. Choć nadal zachowuje swoje piękno. Jest mi tym bardziej miło, że z Warszawą jest zupełnie odwrotnie – z każdym rokiem pięknieje.

Już myślałam, że na wszystko, co dotyczy teraźniejszości, patrzy pan pesymistycznie.

Oczywiście, że nie! Patrzę pesymistycznie na sprawy polityczne, ale nie na nowe inwestycje. Tak jak pokazuje Filip Springer, są pewne nieścisłości. Ale tych zawsze trudno uniknąć. Spójrzmy chociażby za okno – robią nowy trawnik, z rolek. I świetnie, oby tak dalej!

 

Więcej o nowym projekcie oraz kolekcję zdjęć Chrisa Niedenthala można znaleźć pod adresem www.chrisniedenthal.com.

 

fot.: Edyta Bartkiewicz

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA