REKLAMA
Anywhere logo

Izabela Cywińska: Nie wolno mi osądzać

2016-01-31
...

„Jak się już jest starym reżyserem, to nie strach jest ryzykować” – wyznaje Izabela Cywińska, reżyserka teatralna, filmowa i telewizyjna, która tym razem idzie pod prąd, wystawiając w Teatrze Żydowskim – jak sama mówi – odcedzone teksty Hanny Krall.

 

CywynskaCałkiem niedawno ktoś, kto z panią pracował, powiedział mi, że jest pani jednym z ostatnich twórców klasycznego teatru. Zastanawiam się jak odnajduje się dziewczyna z Kamienia w teatrze wywróconym na opak?

Akurat najnowsze przedstawienie w Teatrze Żydowskim odbiega od klasycyzmu. Jeżeli forma ma służyć treści, a treść, jak w tym przypadku, jest oparta na pięknych tekstach Hanny Krall, a konkretnie na wybranych przeze mnie jej minireportażach, to żeby przesłanie spektaklu zrobić jasnym, musiałam zrezygnować z opowiadania akcji 1:1, a co za tym idzie – zrezygnowania z pójścia w bardziej klasyczną stronę. Teatr klasyczny to już bardziej moja realizacja „Wiśniowego Sadu” w Poznaniu. Lubię wiernie służyć językowi i zamysłom pisarza. Jeżeli Różewicza wystawimy językiem Słowackiego, to nie będzie to miało sensu, podobnie z przerzucaniem Słowackiego na współczesny język. Prawo autorskie powinno strzec autorów. Teatr nie może dokonywać na nich zbrodni, tworząc ich dzieła od nowa poprzez mieszanie języków, dopisywanie im cudzych fragmentów, przeinaczanie sensów. To już nie to samo.

Widz jest dzisiaj mniej wymagający i raczej leniwy i mało skory do myślenia. A to, co powiedziane, lepiej zatuszować kolorowym brokatem i mięsem rzuconym w stronę publiczności. To taka telewizja, show w wydaniu na żywo.

Forma to już zupełnie co innego. Sztuka dzięki wyrazistej formie zyskuje. Słowo w tekstach Hanny Krall jest najważniejsze, w dodatku jest odcedzone, co jest bardzo trudne do pokazania na scenie. Mówię „odcedzone” dlatego, że Krall jest pisarzem, który używa minimum słów. Bywa, że treść, jak u Czechowa – jest zawieszona między słowami. Od teatru oczekuje się, żeby to międzysłowie wypełnił, co jest, przyznam, piekielnie trudnym zadaniem. Trzeba czuwać, żeby obraz nie zjadł słowa, które u Krall wyraża wszystko.

Kiedy Hanuszkiewicz postawił na scenie hondę w „Balladynie”, wywołał niemałe poruszenie. Kiedy Wiśniewski zrobił w Teatrze Polskim „Moliera”, tekstu oryginalnego też próżno było szukać. Dzisiaj to wszystko jest naturalne. Forma przewyższa treść.

Pozwólmy, żeby widz dokonywał wyboru. Na szczęście twórcy, którzy zachłysnęli się teatrem niemieckim, przenosząc go na nasze polskie podwórko, powoli wracają do domu. Dzisiejszy teatr w Polsce uspokoił się. Na przykład, początkowo bardzo denerwowało mnie to, co robił Jan Klata, w tej chwili nie ma już takiej histerii w jego przedstawieniach i śmiało mogę powiedzieć, że jest dla mnie jednym z bardziej interesujących twórców naszego teatru.

Może jesteśmy już zmęczeni ciągłą powtarzalnością i twórcami, którzy powielają swoje pomysły w kolejnych dziełach?

Myślę, że teatr w Polsce zmierza ku dobremu. A gdy się tak głębiej zastanowić nad tą treścią i formą, to... Mnie tak naprawdę teatr klasyczny, taki kartonowy nie interesuje, nudzi. Już wolę nie wychodzić z domu i poczytać w fotelu Słowackiego. Kiedy mam oglądać na scenie jakieś teksty z międzywojnia, które kompletnie nic nie wnoszą, zrobione po bożemu, jeszcze w kostiumie, to wolę omijać taki teatr.

cywinska1Paru twórcom z takich tekstów udało się zrobić dobre rzeczy. Mam na myśli działania Mai Kleczewskiej i Pawła Łyska w warszawskim Teatrze Powszechnym.

„Szczury” Kleczewskiej były niedobre. To taki teatr, w którym dużo się dzieje, a nie wiadomo o co chodzi.

Czasem mam takie wrażenie, że – mimo cenzury – tamte minione czasy, w których pani zaczynała, były łatwiejsze dla artystów. Były i wielkie tematy, i pieniądze na to.

Jeżeli odrzucić sprawę cenzury, to rzeczywiście dla kultury był to złoty czas. Ale niestety sprawy cenzury nie można odrzucić. Tak było w przypadku chociażby „Wyzwolenia”, z którego cenzura usunęła mi połowę tekstu. Rzeczywiście nie ma co ukrywać, o pieniądze było  łatwiej. Byliśmy chuchani i dmuchani przez władzę, bo chcieli mieć nas po swojej stronie. Władza kochała Szajnę. Był bezpieczny, bo asemantyczny. Ubierał wszystko w tę formę, o której dzisiaj tak dużo mówimy.

Powoli robi się nam powtórka z rozrywki.

Oficjalnie cenzura jeszcze nie wchodzi nam w paradę. Na razie zachowajmy spokój.

Lubi pani ryzykować w teatrze, sztuce?

Jak się już jest „starym” reżyserem, to nie boi się ryzyka i inny jest odbiór świata.

Pytam dlatego, że to ryzyko, czy dla niektórych wręcz szaleństwo, towarzyszy pani od początku. Zaraz po studiach, jako młodziutka reżyserka, trafiła pani na stołek dyrektora w teatrze w Kaliszu, przy okazji zwalniając wszystkich aktorów. Grzegorzewski powiedział kiedyś, że nigdy nie starczyłoby mu tyle odwagi i bezczelności zarazem.

Przez całe życie robiłam to i tylko to, czym się interesowałam. Podobnie jest z tekstem Krall, który teraz wystawiam i który jest sporym wyzwaniem. Zresztą jak każda adaptacja. Bo adaptację, czyli własny scenariusz, robi się w ostateczności, wtedy, gdy w sztukach napisanych, tzw. „gotowcach”, nie znajduje się materiału do wykrzyczenia swojego przesłania.

cywinskaPrzesłaniem tego spektaklu jest wina niezarzucalna.

„Wina niezarzucalna” to pojęcie prawne – nie można jej zarzucić, nie można za nią ukarać, w sobie ją się nosi, nieraz przez całe życie – mówi Krall. W trakcie trwania spektaklu kilkukrotnie zadaje to pytanie widowni. Czy mamy prawo sądzić innych? Co by się stało, gdyby nam przyszło stanąć przed takim wyborem, przed którym stawia Krall: spokojne życie, zgodnie z katolickim sumieniem czy śmiertelny grzech – pomoc żydowskiemu dziecku przez kłamstwo? Niech to lepiej rozstrzygnie Pan Bóg na Sądzie Ostatecznym. Nie wolno mi osądzać. W naszym teatrze ma to być lekcja pokory dla nas wszystkich. W obecnym czasie także powinniśmy często zadawać sobie takie pytanie.

To jest znowu spore ryzyko. Lubimy wskazywać zdrajcę, kogoś winnego. To pozornie rozwiązuje wiele problemów. Tak jest też w tym teatrze wywróconym na opak, który notorycznie szuka ofiary i oprawcy.

To bardziej zasługa Hanny Krall i jej tekstów. To jej pomysł, który ja tylko skupiłam w tym temacie. Jeszcze raz to powtórzę: niech to Pan Bóg osądzi.

 

tekst: Jacek Górecki

fot.: Magda Hueckel

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA