REKLAMA
Anywhere logo

Maciej Orłoś: Ja mówię, a z drugiej strony cała Polska

2016-02-01
...

Twierdzi, że prowadząc „Teleexpress”, nie może grać roli. A przecież na mały ekran wskoczył z teatralnych desek. Maciej Orłoś.

 

MaciejOrlosSpotykamy się w momencie niemal historycznym, będącym medialną tragedią szekspirowską, w której prezesi mediów publicznych, zarówno telewizji, jak i rozgłośni Polskiego Radia, zostają zwalniani bez podawania przyczyny.

Ten nastrój w telewizji jest bardziej nastrojem wyczekiwania i oczekiwania. To czas niepokoju, choć w telewizji publicznej wszyscy są trochę przyzwyczajeni do tego, że wraz ze zmianą na scenie politycznej następują również zmiany na kluczowych stanowiskach. Zmiany oczywiście tyczyły się do tej pory wyłącznie góry: prezesów, szefów anten i tak dalej. Dla mnie dobra wiadomość jest taka: w „Teleexpressie” bez zmian, działamy w dotychczasowym składzie i – podobnie jak dotychczas – będziemy bezstronnie podawać informacje.

A nie niepokoi pana sytuacja w mediach publicznych?

Owszem, niepokoi, martwi – od dawna. Jesteśmy zbyt podatni na wpływy polityczne w kraju, poza tym jesteśmy źle ustawieni od strony finansowej, przez co w dużej mierze funkcjonujemy jako media komercyjne. Z tego co pamiętam, to Telewizja Polska jest na niechlubnym ostatnim miejscu w Europie w kategorii „procent finansowania z reklam”. To są bardzo złe statystyki, z których wynika, że tylko 20 procent wpływów pochodzi z abonamentu, a reszta z reklam. To jest fatalna sytuacja, bo z tego nie da się w odpowiednim stopniu realizować misji. Z tych 20 procent zrobi się naprawdę niewiele.

Ale to, co dzieje się obecnie jest tylko finałem tego, co przez 25 lat m.in. z Telewizją Polską robili politycy różnych partii.

Telewizja Polska zawsze była i jest łakomym kąskiem dla polityków, którzy przejmowali władzę w Polsce. To medium jest dla nich łatwo dostępnym narzędziem do uprawiania polityki. A tak być nie powinno. Jak sama nazwa wskazuje, media publiczne powinny być publiczne, a nie rządowe czy partyjne. Najważniejszy powinien być interes widzów. Widzowie powinni być na pierwszym miejscu. Niby jest to logiczne. Po to się tworzy telewizję. Dla widza. Niestety tak nie jest. Mam wrażenie, że przez te 25 lat mało kto myślał o widzach i ich dobru. Liczyła się przede wszystkim polityka, i to jest fatalne. Będę zachwycony, jeśli któraś z partii kiedyś odpolityczni wszystkie media publiczne.

Może jedynym rozwiązaniem jest po prostu sprywatyzowanie mediów publicznych w Polsce?

Nie, uważam, że to zły pomysł. Media publiczne są bardzo potrzebne.

Czasy kryzysu mogą być jednak budujące. W końcu w stanie wojennym, w czasach cenzury powstawały najważniejsze rzeczy, będące dzisiaj trzonem polskiej kultury.

Mój ojciec był pisarzem opozycyjnym. Wydał książkę w "Kulturze" paryskiej tylko dlatego, że tutaj było to wówczas niemożliwe. Cenzura wymagała od niego takich skrótów i zmian, na które on się nie mógł zgodzić. W książce „Cudowna Melina” pokazywał taką rzeczywistość PRL-u, jaka była naprawdę, jaką mógł zaobserwować. Za to oczywiście spotkała go kara w postaci odmowy drukowania czegokolwiek, co napisał – aż do 1989 roku. Znalazł się na czarnej liście autorów niewygodnych i zostało odcięte mu źródło dochodu.

Tylko że wówczas jedynym nośnikiem były właśnie media publiczne, dzisiaj wchodzą do gry prywatne telewizje i Internet. Łatwiej też zdobyć pieniądze na rzeczy ważne poprzez anonimowych sponsorów.

Wtedy nie mieliśmy mediów publicznych, nie funkcjonowało takie pojęcie. Teraz jest zupełnie inaczej. Nawet jeśli twórcy nie dostaną na coś dzisiaj pieniędzy czy dofinansowania ze środków publicznych, to nikt nie zakaże im realizować jakiegoś projektu z własnej kieszeni.

MaciejOrlos1Jaką najlepiej przyjąć postawę? Dawniej mogliśmy obserwować tylko narzekania większości z nas na to, co dzieje się w kraju. Gorzej było z czynami, które zamiast być aktywne, były raczej bierne. Dzisiaj każdy chce zabrać swój głos sprzeciwu.

Żyjemy na szczęście w czasach, w których każdy może krytykować, jest wolność słowa. Partia, która wygrała wybory, ma prawo rządzić. Wiem, że niektórzy panikują, natomiast ja próbuję zachować spokój i liczę na dobrą zmianę. Ale skończmy o polityce – prowadzę program informacyjny i powinienem być apolityczny.

Zastanawiam się czy to, czego pan się nauczył pod okiem mistrzów szkoły aktorskiej, da się wykorzystać w przekazywaniu dzisiaj informacji? Szczególnie tych złych, które wywołują w każdym człowieku jakieś reakcje.

Nie lubię przekazywać złych wiadomości. Nie mówimy o tym, że dziennie ląduje milion samolotów, tylko podajemy informację dopiero jak jeden z nich z jakichś przyczyn nie wyląduje. Nie lubię przekazywać informacji o wszelkiego rodzaju zamachach, katastrofach, tragediach, ale przy takiej ilości i po tylu latach się tego już nie przeżywa. Byłoby dziwne, gdyby się przeżywało. To najlepsza i najzdrowsza postawa. Chociaż takie wydania, jak te z informacją o katastrofie smoleńskiej, śmierci papieża czy zamachach 11 września, pamięta się szczególnie i do końca życia.

Dla wielu Polaków „Teleexpress” i pan w roli osoby przekazującej informacje jesteście od prawie trzydziestu lat jedynym oknem na świat. Presja tym bardziej większa.

Kiedy powstawał „Teleexpress”, jego twórcy pracowali ze świadomością, że program będzie miał ogromną siłę rażenia. Dostępne były dwa kanały: Jedynka i Dwójka. Teraz jest prawie 300 stacji telewizyjnych, które są nadawane w języku polskim, nie wspominając o Internecie. Wcześniej, kiedy nadawaliśmy „Teleexpress”, pamiętaliśmy, że ogląda nas naprawdę cała Polska. Początkowo było dla mnie nie do ogarnięcia, że ja mówię, a z drugiej strony ogląda mnie jakaś niezliczona ilość widzów.

Pod taką presją w człowieku rodzą się nienaturalne zachowania? Było w tym trochę aktorstwa?

Nie mogę chować się za postacią. Nie mogę grać jakieś roli. Muszę być prezenterem. Muszę być wiarygodny, chociaż zanim się tego nauczyłem minęło trochę czasu. Ostatnio natrafiłem na nagranie z moich początków. Ta teatralność i sztuczna maniera była widoczna.

Trzeba pamiętać, że była to też nauka mediów. Mimo że Telewizja Polska istniała już szmat czasu, to wraz z początkiem lat 90. i okresem rodzenia się prywatnych stacji telewizyjnych czy rozgłośni, narodził się także zupełnie inny sposób docierania do widza.

Tym bardziej, że „Teleexpress” od początku miał założenie nienaśladowania sztandarowych programów informacyjnych. To miało być takie mrugnięcie do widza. Oczywiście coś z kreacji tam musiało być i jest do dzisiaj, bo mimo wszystko niektóre teksty czy żartobliwe newsy są napisane tak, że wymagają od nas przekazania informacji w taki sposób, żeby rozbawić widzów.

Jak to się stało, że stanął pan przed kamerą i zaczął przekazywać informacje? Początkowo przecież był pan na drodze do grywania ról hamletowskich.

Jest kilka rzeczy w życiu, które zawdzięczam Antoniemu Liberze. Antoni Libera jest wybitnym znawcą twórczości Samuela Becketta. Ja swoją teatralną przygodę zawdzięczam właśnie jemu. Zrobiliśmy razem m.in.: „Czekając na Godota”. To była niezwykła praca, wręcz mistyczna już od prób stolikowych, kiedy to Libera tłumaczył nam, studentom sens każdego zapisanego w tekście zdania. To był bardzo głośny spektakl, który spowodował, że później zagrałem rolę w filmie „Głuchy telefon” Piotra Mikuckiego.

Ale to jest ciągle teatralna droga.

Ta cała nasza współpraca doprowadziła mnie do punktu, w którym pokierował mnie do Telewizji Publicznej. Poszukiwano wtedy osób, które będą prowadziły program informacyjny „Obserwator”, który już od jakiegoś czasu był nadawany. Tylko zanim zdążyłem przejść wszystkie próby przed kamerą, program został ściągnięty z anteny.

Wtedy pojawiła się propozycja prowadzenia „Teleexpressu”. Był rok 1991.

Minęło jeszcze kilka miesięcy i odezwał się do mnie Piotr Radziszewski, ówczesny szef „Teleexpressu”. Z Piotrem znaliśmy się jeszcze z czasów studiów, więc kiedy tylko dowiedział się o niepowodzeniu przy „Obserwatorze”, zaproponował mi poprowadzenie właśnie „Teleexpressu”.

MaciejOrlos3Miał pan już na koncie wiele ról teatralnych i filmowych. Zagrał pan m.in. w „Lawie” Tadeusza Konwickiego. Łatwo było zrezygnować z grania?

To był dla mnie moment bardzo gorący. Wieczne rozterki. Z jednej strony tworzenie programu w telewizji, który dawał ogrom satysfakcji, z drugiej ciągle byłem jeszcze jedną nogą w teatrze. Wiedziałem, że jak będę się pojawiać w takim programie jak „Teleexpress”, to ludzie się będą trochę ze mną identyfikować i nie będę dostawał propozycji aktorskich. Konsultowałem z różnymi osobami, czy dobrze robię przechodząc do telewizji. Rozmawiałem między innymi z Maciejem Wojtyszko. Pamiętam jego odpowiedź. Powiedział: „Bierz to!”.

I tak został pan już na 25 lat przy tym słynnym stoliku. Codziennie o 17:00. Dopuszcza pan taką myśl, że nawet „Teleexpress” kiedyś zniknie?

To raczej pytanie do jakiegoś wizjonera. Mam jednak takie przekonanie, że raczej szybko to nie nastąpi. Ludzie potrzebują naszego programu, czego niezmiennie od tylu lat dowodzą nasze statystyki.

A ogląda pan dzisiaj telewizję?

Bardzo mało. Ale pociesza mnie to, co kiedyś powiedziała mi Oprah Winfrey podczas nieoficjalnej wizyty w Polsce. Zapytałem ją o to samo. Powiedziała: „Nie, to bez sensu. Wystarczy, że ją tworzę”. A czas, w którym jej nie tworzy byłby raczej zmarnowany na oglądaniu, więc czyta książki. Ja mam podobnie.

 

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA