REKLAMA
Anywhere logo

Maciej Nowak: Nie jestem wyznawcą

2016-04-05
...
Na polu teatru działa jak nikt inny w tym kraju, ostatnio w Teatrze Polskim w Poznaniu. Jego działalności krytyka kulinarnego nie trzeba nikomu przedstawiać. Budzi silne emocje w mediach, bo nosi kolorowe koszule i mówi to, co myśli. W kontakcie osobistym ujmuje manierami. Mam wrażenie, że za tymi mądrymi oczami kryje się dusza wrażliwca. Wrażliwca, który nie pozwoli sobie wejść na głowę.

 

Maciej_NowakDlaczego postanowił pan udzielić wywiadu-rzeki do książki „Mnie nie ma”?

To nie ja postanowiłem, tylko Olga Święcicka. Ona jako trzecia przyszła do mnie z taką propozycją, dwie wcześniejsze olałem, przyznaję się. Ponieważ pomyślałem, że czwarty raz coś takiego może nikomu nie przyjść do głowy, postanowiłem wykorzystać okazję. Wydawnictwo Czarne też godne. I tak przez prawie pół roku gadaliśmy. Jak być może widać z tej książki, nie były to zawsze łatwe rozmowy. Dzieli nas różnica pokoleń, spojrzenie na wiele spraw, ale inspirujące było cały czas zderzać się z młodą wilczycą.

Jak postrzega pan młodych dziennikarzy w porównaniu z tym, jak pan zaczynał?

Oczywiście zmieniły się media. Zaczynałem w '83 roku, co prawda w tamtym reżimie, rzeczywistości, którą wy nazywacie komunistyczną, ale system medialny był wtedy bardzo bujny. Policzyłem sobie, że wówczas istniało ponad dwadzieścia dzienników ogólnopolskich. W każdym mieście wojewódzkim był tygodnik. Było mnóstwo miejsc do pisania. Dzisiaj już prawie nie ma gazet papierowych, posługujecie się innymi mediami. Publikujecie w świecie elektroniki, co powoduje, że są inne warunki pracy. Ja jestem przyzwyczajony do tego, że za tekst się płaci, są delegacje – warunki, które pozwalają spokojnie funkcjonować.

Dzisiaj widzę to bardzo wyraźnie w swojej pracy dziennikarskiej jako krytyka kulinarnego. Ponieważ jestem związany z tradycyjnym medium, jakim jest „Gazeta Wyborcza”, jestem totalnie niezależny w restauracjach. Z zasady nie chodzę na śniadania prasowe, prezentacje dla blogerów, nie jestem uzależniony od autoprezentacji restauratora. Przychodzę wtedy, kiedy chcę, bo, żeby mieć zachowane poczucie niezależności, Agora zwraca mi pieniądze za to, co zjadłem. Tego typu okoliczności zmieniają ten zawód.

Jeszcze wyraźniej widać to w mojej dziedzinie podstawowej, czyli teatralnej. Jak zaczynałem, dziennikarzy teatralnych w Polsce było kilkaset osób, po kilku autorów w każdym mieście teatralnym, a w Warszawie – kilkudziesięciu. Dzisiaj na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które systematycznie relacjonują zdarzenia teatralne. To nie znaczy, że jest gorzej, tylko zmienia się sytuacja tego zawodu. Kilka lat temu Jacek Żakowski ogłosił dramatyczne wyznanie, że sam jako wykładowca na kierunku dziennikarskim w Collegium Civitas ma poczucie, że nadużywa zaufania młodych ludzi, kształcąc ich do zawodu, który praktycznie przestaje istnieć.

Pan też tak uważa?

Myślę, że nadprodukcja specjalistów dziennikarstwa na uczelniach nie jest właściwa. Sam pamiętam, że jak byłem szefem Działu Kultury w „GW”, to posiadanie dyplomu z dziennikarstwa było raczej okolicznością zniechęcającą do zatrudnienia.

Tak jest nadal.

Tak, bo trzeba by zadać pytanie, czy dziennikarstwo jest zawodem, czy pasją. Jeden z moich ulubionych autorów, do dziś liczący się publicysta ze sfery kultury, Wojciech Orliński, jest z wykształcenia chemikiem. Odnalazł wiele radości i trafności w komentowaniu sceny artystycznej.

Maciej_Nowak2Czyli nie będzie pan popadał w skrajne emocje i lamentował nad rajem utraconym?

Ja nigdy nie krzyczę „Hańba!” ani „Wstyd!”.

Nigdy też nie napisał pan artykułu sponsorowanego?

Nigdy. Nie ma takiej możliwości. Dwadzieścia lat piszę o restauracjach i oczywiście od czasu do czasu ktoś pisze w komentarzach: „O, Nowak dostał łapówę”, ale przez te lata nikt nigdy nie umiał tego udowodnić, bo tego po prostu nie ma. Staram się nie wchodzić w relacje towarzyskie z ludźmi z gastronomii, ale czasem się tak zdarza, takie jest życie. W tych kilku przypadkach zawsze na początku tekstu piszę, że być może moje podejście jest nieobiektywne, bo piszę o knajpie mojego dobrego znajomego.

Ciężko było wyrobić sobie taką pozycję?

Bez przesady. W życiu w ogóle atutem jest trwanie. Wpadłem w taki automatyzm: zawsze przed weekendem zaczynam się niepokoić, o czym napiszę na najbliższy poniedziałek. To jest organiczne.

Jak czuje się pan ze swoją personą przedstawianą w mediach?

Nijak się nie czuję, bo w ogóle nie zwracam na to uwagi. Tytuł książki-wywiadu ze mną, „Mnie nie ma”, naprawdę wyraża mój stosunek do samego siebie. Ja naprawdę tak strasznie nie przejmuję się sobą.

A sytuacja ze spotem o segregacji śmieci?

To też mnie nie dotknęło i mogę wytłumaczyć konkretnie, czemu. Zdjęcia do tej reklamy miały miejsce na przełomie kwietnia i maja 2014 roku, emisja – w listopadzie i grudniu 2014 roku i to jest sprawa całkowicie zamknięta. Raczej koncentruję się na życiu teatralnym i gastronomicznym Warszawy. O tym incydencie mógłbym w ogóle nie wiedzieć, gdyby nie to, że przyjechali do mnie dziennikarze z TVN z prośbą o komentarz. To sprawa całkowicie dla mnie nieistniejąca w wymiarze emocjonalnym. Nie dałem się podpuszczać, żeby nie zostać mięsem armatnim: skrzywdzony pedał, który będzie teraz rozpięty na aksamitnym krzyżu cierpiał za to, że jakiś niemądry człowiek powiedział o kilka słów za dużo.

I nie śmieszy to pana?

Oczywiście, że mnie śmieszy. U mnie na Facebooku wstawiam wszystkie memy czy przeróbki, które powstały, bo to było śmieszne, ten cały folklor wokół. Na poziomie zabawy – tak. Chociaż był jeden aspekt, który był dla mnie bardzo przykry. Ten mały chłopiec w filmiku to syn Wojtka (Amaro – przyp. red.), Nicolas. On teraz ma 4 czy 5 lat i nie wie, o co chodzi, ale za kilka lat już będzie wiedział i może mieć pretensje do taty czy świata, że go w dzieciństwie wmanewrowano w jakąś historię, która ma kontekst pedalski. Bo tak to było odczytywane: dwóch facetów z dzieckiem, genderyści. Jeżeli jest w tym coś przykrego, to potraktowanie tego dzieciaka. I to właśnie nadinterpretatorzy potraktowali go niefajnie. Wojtek Amaro powiedział, że ma największe pretensje o to, że do świadomości opinii publicznej nie przebiła się wiadomość, że to był jego syn. Stąd i relacje między nimi na planie były cudowne. Wojtek jest super tatą.

Maciej_Nowak3Skąd bierze się przekonanie, że istnieje coś takiego jak „ideologia gender”?

Z głupoty, niczego więcej. Przecież studia gender są dyscypliną akademicką. Chęć wyeliminowania takiej dziedziny wiedzy z katedr na całym świecie to takie zawracanie kijem Wisły. Można to interpretować szerzej. Rzeczywiście, odkrycia studiów gender są zagrożeniem dla ustroju patriarchalnego. Pokazują, że zwierzchność wzorów i ról męskich nad kobiecymi nie wynika z natury, tylko jest konstrukcją kulturową. A skoro jest konstrukcją kulturową, to można ją zakwestionować. Tu faktycznie powstaje zagrożenie dla wszystkich tych, których ja nazywam DHM-ami, Dorośli Heteroseksualni Mężczyźni, którzy są przekonani, że świat należy do nich. Że w tych swoich garniturkach, na swoich siłowniach, w tych szybkich samochodzikach-resorakach sprawują władzę nad światem. A studia gender przynoszą refleksję o człowieku.

Może powinno się o tym głośno mówić? Mam wrażenie, że większość ludzi wypowiadających się na ten temat w ogóle nie wie, co to jest.

Ja nie jestem edukatorem gender.

Politycy, występujący na forum, najwyraźniej nie znają tego pojęcia z zakresu nauk społecznych.

Słowo „gender” nabrało demonicznego znaczenia.

„Potwór gender”.

To jest rodzaj nowomowy współczesnych czasów. Na konferencji prasowej ministerstwa środowiska powiedziano, że zdejmują ten filmik, gdyż jeden z występujących jest „wyznawcą ideologii gender”. Nie jestem wyznawcą niczego, jestem niewierzący. A już na pewno nie jestem wyznawcą jakiejś ideologii. Nie można powiedzieć, że jest pedałem albo homoseksualistą, tylko „wyznawcą ideologii gender”. Ale druga strona też używa nowomowy. Słowo „gej” dla wielu osób jest totalnie niezrozumiałe. Może teraz już bardziej. Na początku lat 90. prowadziłem nocną audycję w radiu. Zadzwonił jakiś chłopak, opowiadał o swoich problemach jako geja. Po chwili zadzwonił kolejny słuchacz i pyta się mnie: „Panie redaktorze, a co to jest gej?”. Mówię: „Gej to osoba homoseksualna.”. Jak mi puścił wiąchę na antenie, że wy pedały ukrywacie się, zwykłym ludziom mieszacie w głowach. Dzisiaj ta świadomość jest większa, ale ja sam uważam, że słowo „gej” jest niepotrzebnym implantem w język polski. Jestem za tym, by wyglądało to tak jak w Niemczech. Kiedy tam rozpoczął się proces emancypacji osób homoseksualnych, czyli w latach 60., postanowiono oswoić słowo „Schwul”, które na co dzień miało tak samo pejoratywny wydźwięk, jak dzisiaj „pedał” w języku polskim. Ja jestem za pedałem.

Piękne zdanie. Pozostając w temacie uprzedzeń. Dziś bardziej niż kiedykolwiek widzimy, że Polska jest podzielona. Smuci to pana?

Różnica zdań jest potrzebna. Wolę sytuację dzisiejszą niż jeszcze pół roku temu, kiedy to ten podział Polski był zamazywany. W takich dziełach, jak „Diagnoza społeczna” profesora Czapińskiego przekonywano, że samopoczucie Polaków jest doskonałe, jesteśmy zachwyceni, poziom optymizmu rośnie z miesiąca na miesiąc, bo coraz więcej betonu zostaje wylewane w polskie pola, powstają kolejne autostrady, i Pendolino mamy takie eleganckie, i jeździmy na wakacje do Egiptu, mamy paszporty w domach, samoloty tanich linii lotniczych latają, a my możemy pracować na zmywakach w Londynie. W ogóle jest pełne szczęście. Tylko że ja mam wrażenie, że socjolodzy wyciągający takie wnioski ze swoich badań, coś przeoczyli. Przeoczyli, że za tymi cyframi kryją się ogromne nierówności społeczne, które rosną. Współczynnik Giniego (zwany współczynnikiem nierówności społecznej – przyp. red.), który wskazuje, że mamy jedno z największych rozwarstwień ekonomicznych w Europie, pokazuje, że tak naprawdę istnieją dwie Polski. Warszawę, która jest latającą wyspą, gdzie dzieje się zupełnie tak, jak w zachodnioeuropejskiej metropolii. Mamy ten „Paryż Północy”, jak przed wojną nazwano Warszawę, a poza tym ogromną część kraju poza autostradami i połączeniami Pendolino, gdzie żyje się coraz gorzej, a na pewno gorzej niż kilkanaście lat temu. Oczywiście Pendolino jest bardzo przyjemne, tylko – żeby móc przejechać się kilkoma trasami – ulega degradacji sieć połączeń lokalnych. Ludzie, którzy nie dysponują samochodami, mają coraz większy problem z tym, by poruszać się koleją. Autostrady też łączą tylko wielkie metropolie. Słyszałem o jednej pani pracującej w Gdańsku i mieszkającej 60 km za miastem. Skarżyła się, że żeby być na 9:00 w pracy, musi wstawać o 4:00 i pokonać trzy przesiadki jakimiś busikami. Słuchający tych żali, ktoś z eleganckiego towarzystwa, mówi: „Ale jak to? Dlaczego nie skorzysta z autostrady?”.

Maciej_Nowak4Maria Antonina.

Profesor Waldemar Kuligowski, antropolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, napisał teraz książkę o tym, jak wygląda życie poza A2. Zbudowaliśmy niby berlińską autostradę, „autostradę wolności”, jak nazwał ją prezydent Komorowski, po której możemy mknąć 140 kilometrów na godzinę, ale musimy zwalniać przed bramkami doktora Kulczyka, bo tam trzeba się opłacić. Efekt jest taki, że tą autostradą jeżdżą tylko bogaci ludzie. Lokalni mieszkańcy prawie na nią nie wjeżdżają, używają jej raz do roku, kiedy jadą na wakacje. A tak muszą kluczyć tymi starymi drogami. Jednocześnie cały biznes, który otaczał starą drogę, setki miejsc pracy na stacjach benzynowych, barach przydrożnych, to wszystko padło. Te miasteczka, które były nanizane na tę starą drogę, przeżywają totalną zapaść. Mogą sobie tylko popatrzeć na tych pędzących po autostradzie. W Polsce są dwie prędkości i myślę, że ostatnie miesiące brutalnie zakomunikowały, że jest też ta druga Polska, która z tych przemian, tej pendolinizacji Polski wcale nie skorzystała.

Jakby miał się pan zabawić w futurologa: jak się to dalej potoczy?

Nie potoczy się, będzie trwało. To trwa od stuleci. Jesteśmy krajem peryferyjnym. Zawsze byliśmy krajem realizującym modernizację projektu cargo, to znaczy poprzez gadżeciki, a nie rzeczywistą zmianę struktury społecznej. Zawsze byliśmy krajem dwóch narodów – chłopskiego i szlacheckiego – za I Rzeczpospolitej i obecnie. Po ostatnich wyborach badacze coraz śmielej zaczynają mówić, że w Polsce klasą rządzącą jest inteligencja. Inteligencja, czyli spadkobiercy tradycji szlacheckiej. Inteligencja, która mówi: „Już nie ma tych czasów, co kiedyś, nikt nie szanuje inteligencji, ludzie nie czytają. Wszystko schamiało”. Ale zawsze tak mówiła, najpierw szlachta, później inteligencja obumierająca, bo to przecież bardziej malowniczo. Ostatnio były dwa wywiady, jeden w „Polityce”, drugi w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, mówiące o tym, że wzory inteligencji są dominujące. Inteligencja wytwarza wzorce racjonalności. Ci, którzy się nie zgadzają z wartościami inteligencji, natychmiast są medykalizowani. Uznawani za wariatów, osoby nieracjonalne. W teatrze w Poznaniu dopiero co wystawiliśmy „Krakowiaków i górali” Wojciecha Bogusławskiego. To tekst sprzed prawie 250 lat. Bogusławski wtedy, po Targowicy, a przed wybuchem powstania kościuszkowskiego, widział dokładnie ten sam problem: Krakowiacy i Górale, którzy od zawsze się na******ją, nie do końca wiadomo dlaczego. Konflikt jest przez dziewczynę, ale to tylko pretekst. Tak jest i będzie nadal, i nie do końca wierzę, że coś się zmieni.

Nie ma nic pomiędzy? Nie wykształciła się według pana klasa mieszczańska?

Mieszczaństwo przejmuje wzory szlacheckie. Niczym się nie przejmuje poza sobą. W Polsce mamy, upraszczając, totalny egoizm klasowy na poziomie tych dwóch grup. Jakiś czas temu wstawiłem na Facebooku filmik z Kalwarii Wejherowskiej. To jedna z wielu kalwarii w Polsce. W wielu miejscach na Kaszubach istnieje tradycja pokłonu feretronów (feretrony – obustronne obrazy świętych niesione przez cztery osoby podczas procesji, występujące na Kaszubach– przyp. red.). Tradycja istnieje od jakichś 400 lat i polega na tym, że pątnicy z poszczególnych parafii idący z tymi feretronami, wykonują taki dziki taniec. To wygląda podobnie jak tańce chrześcijan z Afryki. Wielka energia, ekscentryczność, dzikość. Taka jest tradycja na Kaszubach, pątnicy z parafii prześcigają się w tym, kto ten taniec wykona lepiej. I teraz poziom hejtu, jaki wylał się w komentarzach pod tym filmikiem – że to jacyś dzicy, „Proszę, taka jest właśnie Polska!”, „Sto lat za Murzynami!”. Gdyby nasi eleganccy podróżnicy, którzy przecież cały świat zwiedzają tanimi liniami lotniczymi, spotkali się z podobnym zjawiskiem w Meksyku, w rozmaitych kawiarniach podróżniczych w Warszawie pokazywano by zdjęcia i mówiono: „Zobaczcie, jakie to jest interesujące”. A taki sam przejaw pierwotnej pobożności mamy w Polsce. Ale w Polsce uważamy to za przejaw dewocji, prymitywizmu, od którego chcemy się odciąć. Jest bardzo dużo tego typu sygnałów świadczących, że polskie społeczeństwo chce się dzielić. W państwie, które wiecznie jest odbiciem świata zachodniego, zawsze tak będzie.

Ciekawy kraj.

Fascynujący. Trzeba na to patrzeć z zainteresowaniem, nie ulegać złym emocjom. Trzeba się cieszyć czterema porami roku. Zawsze mam poczucie, że niechęć elit polskich do tego, co my tutaj mamy, przenosi się również na pogodę: „No śnieg i śnieg. Marzymy o słońcu. Tu się nie da żyć, bo ciągle plucha”. Wiele osób by chciało, żeby panowała taka pogoda, jak w centrach handlowych – przez cały rok wiosna. Na Kubie, w czasie ich tak zwanej zimy, która ma wymiar 22 stopni (latem jest 35), kiedy ja tam chodzę spocony z upału, tamtejsze elegantki chodzą w futrach i wysokich kozakach, bo bardzo chciałyby przeżywać zimę. Brakuje im tej różnorodności klimatycznej, które oferują kraje naszej szerokości geograficznej.

Wyrażając się z nostalgią o polskich peryferiach, broni pan ludzi, którzy sami „hejtują” pańską grupę.

I co z tego?

Właściwie hejt płynie z każdej strony.

W ogóle się tym nie przejmuję. Ostatnio byłem gościem u Kuby Wojewódzkiego. Dostałem kilka listów od zupełnie nieznajomych osób z refleksją, która mnie niesłychanie ucieszyła. „Moi homofobiczni rodzice”, ktoś pisze, „są zdumieni, że pedał głosował na Dudę. I nawet są tym zaintrygowani”. Chodziło o to, żeby uniejednoznacznić te wszystkie podziały. Żeby ludzie zaczęli się zastanawiać, a nie iść w owczym pędzie. Nie mam rodziny, nie jestem odpowiedzialny za dzieci, partnera czy partnerkę. Ja mogę sobie żyć jak wolny elektron i bardzo mi to odpowiada.

Jak wygląda Teatr Polski w Poznaniu?

Dopiero zaczynamy. Pracuję tam pierwszy sezon, jesteśmy po dwóch premierach. W najbliższym miesiącu odbędą się dwie następne. Przy myśleniu o poznańskim teatrze chyba najważniejsze jest to, że ten budynek jest najstarszym gmachem teatru w Polsce. Został wybudowany w roku 1875 i od tamtego czasu nieprzerwanie pełni funkcje teatralne. To teatr o najdłuższej materialnej tradycji, dłuższej niż Teatr Narodowy w Warszawie czy Teatr Stary w Krakowie, które przez domniemanie moglibyśmy uznawać za najstarsze. Wybudowany został ze składek Polaków z zaboru pruskiego, Wielkopolski, Pomorza i Śląska. I to jest taka Arka Przymierza. Powstał jako maszynka do podtrzymywania tożsamości narodowej germanizowanych Polaków. Na jego frontonie widnieje napis „Naród sobie”. Naród polski wybudował sobie ten gmach. To też nawiązanie do hasła z Reichstagu w Berlinie, „Dem deutschen Volke”. To dla mnie wyzwanie. Przeanalizować co to znaczy „Naród sobie”. Bo jeśli to ma mieć tylko wymiar nacjonalistyczny, to dzisiaj to już nie przejdzie. Wówczas powinienem skuć ten napis i pójść do więzienia za to, że zniszczyłem zabytek. Być może to hasło da się rozmontować, by pomyśleć o narodzie jako ludziach, demosie, społeczeństwie. Wtedy hasło znaczyłoby, że to społeczeństwo dla siebie, i tak będzie bardzo interesujące. Przeciwstawiające się ideologii indywidualistycznej, w której funkcjonujemy od trzech dekad: wszyscy są kowalami swojego losu, wszyscy mają wędki, każdy indywidualnie walczy o swój sukces. A to nie jest tak. Nie każdy ma równie nowoczesną wędkę, nie każdy ma dostęp do tak samo zarybionego stawu. To nie jest tak, że indywidualizm sprawia, że wszyscy mają takie same szanse. Ja chcę myśleć szerzej, o wszystkich ludziach i doprowadzić do sytuacji, przynajmniej w Teatrze Polskim w Poznaniu, w której będziemy myśleć wspólnotowo i z tego prawie 250-letniego teatru będzie emanowało poczucie, że wartością jest bycie razem. Taki będzie teatr poznański.

Maciej_Nowak5Nie boi się pan słowa „naród”?

Po pierwsze, niczego się nie boję. Po drugie, trzeba zmierzyć się z realnym, a nie wybierać. Mieliśmy w teatrze taką debatę pt. „Dlaczego nie potrzebujemy wspólnoty?” z udziałem wielu poważnych naukowców – socjologów, antropologów. I tak prof. Wojciech Burszta z SWPS, badacz zjawisk neoliberalnych, powiedział, że od kilku lat w refleksji akademickiej, jak również w praktyce politycznej, występuje renesans pojęcia „naród” jako reakcja na zjawiska globalistyczne. Mało tego, powiedział, że nawiązuje się do tych najbardziej klasycznych definicji tego słowa. Wymienił wszystkie kryteria, jakie społeczność musi spełnić, żeby stała się narodem. To zabawne, co powiedział profesor, ale za najbardziej kompletną definicję tego słowa uznaje się tę stworzoną przez Stalina. Mogę bać się narodu albo zmierzyć się z realnym. Mogę udawać, że nie istnieją narodowcy, ludzie, którzy wierzą w tę ideologię, ale oni istnieją. Dlatego, zanim przyjdą pod nasze drzwi i kolbami załomocą, jak w wierszu, to ja chcę umieć z nimi rozmawiać, a wcześniej mieć wpływ na to, żeby oni się nie radykalizowali. Dlatego na przykład wielkim odkryciem tej mojej poznańskiej wyprawy jest tamtejszy sposób obchodzenia 11 listopada. Przypada wtedy Dzień Świętego Marcina, patrona miasta. To jedyne wielkie miasto w Polsce, gdzie tego dnia nie ma zadym, tylko jest Parada Marcińska, która jest radosną, familijną imprezą. Symbolem tego dnia jest rogal świętomarciński, który wszyscy tego dnia zjadają, a także rozeta – kotylion narodowy, biało-czerwony z orzełkiem. Byłem bardzo z siebie dumny, gdy w zeszłym roku finał Top Chefa przypadł na 11 listopada. Przyjechałem prosto z Poznania i w studio wieczorem miałem przypiętą tę rozetę do mojego normalnego, kwiecistego stroju. Jestem obywatelem Rzeczypospolitej, w moim dowodzie osobistym jest orzełek, jest flaga biało-czerwona. To również moje symbole i nie dam sobie tego odebrać. W ważnych chwilach dla mojej ojczyzny też chcę nosić rozetę.

Powinniśmy uczyć się patriotyzmu od Wielkopolan?

Absolutnie tak. Ten sposób świętowania Dnia Niepodległości jest ciekawszy, bardziej rozwijający.

Jeszcze w temacie teatru. Parę lat temu pewien aktor teatralny powiedział mi, że teatr w wielkich miastach się zdewaluował, że teraz teatr się „wydarza” gdzieś na peryferiach.

Ja bym to powiedział jeszcze bardziej radykalnie. Teatr zdewaluował się w Warszawie. Warszawa, jako metropolia zachodnia, teatru już nie potrzebuje i jest to analogiczne z tym, co dzieje się w innych europejskich metropoliach. Teatr przestał być rozrywką nowoczesności. Berlin jest stolicą europejskiego teatru, a jednocześnie teatry publiczne są cztery. Aktorów na etacie jest tam razem 93. To zjawisko bardzo marginalne, choć dla nas, ludzi teatru, dzieją się tam zjawiska, które określają estetykę i sposób wyrazu, który przejmujemy w bardziej peryferyjnych miejscach w Polsce. W Warszawie aktorzy mają wiele ciekawszych, lepiej płatnych zajęć niż uczestniczenie w żmudnych próbach i granie co wieczór jakichś ambitnych tekstów. W Warszawie teatr artystyczny jest w mniejszości, a od lat to, co najciekawsze w polskim teatrze, ma miejsce poza Warszawą. To paradoksalne, bo większość aktorów mieszka w Warszawie i dojeżdża. Dlatego też tak dużo mówię o pendolinizacji. Ludzie teatru są najlepszą grupą klientów PKP.

Przez ostatnie 20 lat takich ośrodków teatralnych Wałbrzych, Legnica, Kielce, Koszalin, Kalisz, Toruń, Bydgoszcz – wszystkie te nieoczywiste miejsca miały swoje chwile heroiczne. Dla takich miejscowości, jak Wałbrzych teatr stał się najważniejszym punktem identyfikacji. Kopalnie padły, sen o słodkim życiu, jaki był w latach 70. i 80. przeminął i fakt, że jest tam jeden z najlepszych teatrów w Polsce, ukryty za górami, za lasami, jest dla tego miasta czymś niesłychanie ważnym tożsamościowo.

Jak to wygląda w Gdańsku?

Przeżyłem tam wiele wspaniałych chwil. W Gdańsku mieszkałem przez 15 lat, przez 6 lat prowadziłem teatr. No cóż, wszystko przemija. Nie myślę, że trzeba być przywiązanym do stołka. Oczywiście było mi bardzo przykro, gdy stamtąd odchodziłem 10 lat temu, ale teraz mam nową radość, jaką jest Teatr Polski w Poznaniu.

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA