REKLAMA
Anywhere logo

Windowshopping town

2016-04-06
...
Gdy się tam wybierałam, reakcje wszystkich były takie same: „Uuu, powodzi się”. Czy w Zurychu rzeczywiście jest tak ekskluzywnie? Postanowiłam to sprawdzić.

Nie będę ukrywać, najtaniej nie jest. A do pierwszych skojarzeń, oprócz nieprzyzwoitego bogactwa, dołożył się jeszcze bardziej nieprzyzwoity Michał Witkowski, który w powieści „Fynf und cfancyś” przedstawia Zurych jako centrum (przeważnie) luksusowej gejowskiej prostytucji. Tak czy inaczej, high life. Byłam podekscytowana.

zurych1

Coś dla ducha

Od wyjścia z lotniska do znalezienia się w mieście dzieli mnie zaledwie kilkanaście minut tramwajem. Ale zanim uderzę w miasto, muszę poznać kulturę tego kraju od podszewki. Kulturę pop. W hotelu odpalam kablówkę. RTL, Sat.1 z jednej, romański Europsport i jakieś włoskie stacje z drugiej strony. Ale jestem w niemieckojęzycznej części kraju, więc dominują niemieckie. Specyfikę mediów w kraju z czterema językami urzędowymi (niemiecki, francuski, włoski i retoromański) oddaje publiczny nadawca SRG SSR, posiadający oddziały dla każdej ze stref językowych, z których każdy tworzy swoje kanały. Fascynująca mnogość, a ja jeszcze nie wyszłam z hotelu. Uderza też germański folk radośnie mieniący się w teledyskach muzycznych. Przykładowy artysta: formacja Duo Goldstars z Niemiec. Niestety, młodzi szwajcarscy muzycy wybierają język angielski.

A co z kulturą narodową? Trzeba się wybrać do Muzeum Narodowego celem poznania historii i tradycji kraju odwiedzanego. Zuryski oddział Landesmuseum nie zachwyca. Mało rewolucji i przelewów krwi, tylko nudne pomnażanie dobrobytu. Zachwycił mnie jednak strój szwajcarskiego dyplomaty z XVII w. ze zjawiskowym pióropuszem i obcisłymi pantalonami, imponująco prezentującymi wdzięki urzędnika. Grunt to dobra dyplomacja.

Pora na centrum. Tramwaj spokojnie toczy się w kierunku Bahnhofstrasse. Jest ładnie, schludnie i spokojnie. Miasto jest małe, ale największe w Szwajcarii. Bahnhofstrasse to najdłuższa ulica, ciągnąca się przez półtora kilometra, od dworca kolejowego do Zurichsee, czyli Jeziora Zuryskiego. A wzdłuż niej raj dla niebiednych zakupoholiczek. Najdroższe butiki światowych domów mody, wystawy niczym scenografie teatralne z dawnej epoki. Buty wysadzane drogocennymi kamieniami, tak jakby barokowy dyplomata z muzeum był tu niedoścignionym wzorem szyku. Na pocieszenie znajdzie się i coś dla biedaczek – wielkie marki przeplatane są popularnymi sieciówkami.

Idąc wzdłuż rzeki Limmat, która wypływa z Zurichsee i płynie wzdłuż historycznej części miasta, mijamy Fraumünster, kiedyś zakon przeznaczony dla kobiet z wyższych sfer (a jakże), dzisiaj kościół znany głównie za sprawą witraży Marca Chagalla. Można patrzeć z rozdziawioną buzią. Potem buzię zamykamy i idziemy nad jezioro. Na horyzoncie majaczą Alpy, człowiek może zadumać się nad swoim losem. Na przykład dlaczego urodziłam się jako córka budowlańca ze wschodniej Polski, a nie bankiera ze wschodniej Szwajcarii. I pod wpływem świeżego powietrza może przypomnieć się ze szkoły postać Jana Kalwina, który w tym kraju żył dostatecznie długo, by stwierdzić, że chodzi o predestynację.

zurych4

Polskich akcentów nietrudno było szukać. Drugiego dnia w tramwaju spotkałam tajemniczego jegomościa, który rozmawiał przez telefon. Usłyszawszy rodzimą mowę, tak bardzo się ucieszyłam, że wyrwało mi się „Dobranoc!”, gdy wysiadał. Opowiedział o zuryskiej Polonii skupionej wokół kościoła, gdzie rodacy, przesiąknięci duchem protestantyzmu, prześcigają się w przechwałkach na temat swojego wkładu w szwajcarską gospodarkę. Sam tajemniczy jegomość nie powiedział, czym się zajmuje, rzucając luźne aluzje na temat bankowości, prywatnych rozmów z Markiem Belką i wykładów ze studentami, by na koniec wieczoru wyjąć pozłacaną wizytówkę z imieniem i nazwiskiem pisanymi z włoska i podpisem „music consulting”.

Coś dla ciała

Jest ważna rzecz, której nie można przeoczyć, będąc w Zurychu. To czekoladki. Do wystaw sklepowych, prezentujących słodycze w wymyślnych konfiguracjach, można się przyssać. Bo oprócz czekolady są też Luxemburgerli, ciasteczka makaronikowe zuryskiej firmy Sprüngli. Ja swoje pudełeczko dostałam od ukochanego. Na ulotce widniała ważna informacja o krótkiej przydatności do spożycia. „That is why we always say: Please enjoy immediately!”. Co mogłam zrobić?

W temacie kulinariów, podobno nietaktem jest nie zjeść fondue, czyli serowego baseniku, w którym maczamy pieczywo i warzywa. Ponieważ to sos serowo-winny, po takiej uczcie można mieć dobry humor. Istnieją też inne odmiany, na przykład zamiast sera – olej, w którym smażymy kawałki mięsa. Inną flagową potrawą jest Rösti, czyli placek ziemniaczany. Musi być kalorycznie i tłusto, w końcu jesteśmy w górach.

Życie nocne w Zurychu na pierwszy rzut oka w ogóle nie istnieje. Społeczeństwo się starzeje, bo w restauracyjkach, które tworzą a to małe Włochy, a to małą Hiszpanię, a to znów Francję, siedzą goście o srebrnych skroniach. Podejrzewam, że tak jak u Witkowskiego gejowskie, tak w rzeczywistości istnieje też imprezowe podziemie. Nie może być inaczej! Ale nie będę poszukiwać prawdy ani wrażeń. Wracam do hotelu i włączam RTL. Ku wielkiej radości odkrywam, że w niemieckim „Idolu” jurorem jest wokalista Scooter.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA