REKLAMA
Anywhere logo

Julia Marcell: Moja własna rewolucja

2016-04-11
...
„Jak skończy się promocja płyty, to nie pójdę na plażę, tylko zamknę się w pokoju i będę grała w gry!” Kto by pomyślał, że ta subtelna artystka to prawdziwy geek. Potrafi zaskakiwać, czego dowodem jest album „Proxy”, zupełnie inny od jej poprzednich dokonań.

 

Mało czasu upłynęło od ostatniej płyty, „Sentiments”. Jak powstawała „Proxy”?

Szybko. Najpierw urodziły się piosenki, powstała chęć, by wydać jakąś EP-kę, a potem wszystko zaczęło się rozkręcać. Dużo miałam do powiedzenia. Bardzo wsiąkłam w pisanie po polsku i to mnie nakręciło.

JuliaMarcell3Wszystkie teksty są tu po polsku. Skąd ten zwrot?

Z potrzeby wypowiedzenia się i nowo odnalezionej możliwości czerpania z polskiego kontekstu kulturowego, w którym funkcjonuję od urodzenia i który siłą rzeczy jest mi bliższy niż brytyjski czy amerykański. Mój angielski jest takim angielskim pozbieranym, międzynarodowym. Tak się złożyło, że był dla mnie pierwszym językiem, w którym pisałam. Najpierw słuchałam piosenek po angielsku, potem pojechałam do Berlina, zaczęłam wydawać płyty i koncertować za granicą, wszystko się pięknie sklejało. Angielski jest językiem muzyki popularnej, inaczej działa w muzyce, inaczej się z nim pracuje. Niedawno pojawiła się współpraca z teatrem i filmem w Polsce, gdzie zaczęłam być zderzana z koniecznością pracy w rodzimych realiach. Zaczęłam się tym bawić i zrozumiałam, że i ja mogę pisać po polsku. Do tej pory miałam problem z moim pierwszym językiem, nie wiedziałam, jak go ugryźć muzycznie. Osadzenie go w melodii było dla mnie dużym wyzwaniem.

Polskie głoski za bardzo ci skrzeczały?

Nie byłam osłuchana w polskiej piosence. Oczywiście znam i uwielbiam takich artystów jak Ewa Demarczyk, Grzegorz Ciechowski, ale współczesna fala polskiej muzyki rozrywkowej od lat 90. do teraźniejszości kompletnie mnie ominęła. Odnalezienie swojego własnego głosu w rodzimej muzyce było dla mnie czymś wręcz egzotycznym.

Te teksty są zaangażowane społecznie. Wcześniej pisałaś o uczuciach.

Już przy pisaniu tekstów na „Sentiments” czułam potrzebę, żeby wyrzucić coś z siebie.

Złość?

Nie, ale coś się we mnie gotowało. To była potrzeba mojej własnej rewolucji, żeby wydobyć się z klatki pisania o emocjach, swoich wewnętrznych, intymnych sprawach i napisać o tym, co widzę na zewnątrz. Nie umiałam znaleźć odpowiedniego języka, ale w końcu znalazłam polski! (śmiech)

Mocno oddziałuje na twoje życie Internet?

Tak. Bardzo wcześnie odkryłam Internet. Usłyszałam o nim jako dziecko i świadomość tego, że możliwe jest wymienianie się informacjami między dwoma komputerami na odległość była dla mnie porażająca. Traktowałam to jak fenomen równoznaczny z odkryciem pozaziemskiej cywilizacji, byłam totalnie oniemiała. Od tamtego czasu marzyłam o Internecie, a potem bardzo dużo się po nim poruszałam. To bardzo silny związek, ale od jakiegoś czasu staram się stawiać mu bariery. Iść na odwyk.

Masz Facebooka w telefonie?

Nie, tego się pozbyłam, pozostały mi gry. (Julia wyjmuje starą Nokię)

W tym telefonie masz chyba tylko Węża.

Duża grywalność… Wąż jest najlepszy! (śmiech)

A całe te social media?

Jestem mało utalentowana w tym temacie. Bardziej obserwuję niż postuję. Dlatego też moje konta są może trochę suche, niezbyt intensywnie prowadzone. Lubię zastanowić się nad słowem. Dlatego też pisanie tekstów na płytę zazwyczaj zajmuje mi bardzo dużo czasu. A takie postowanie czy tweetowanie, kiedy ta myśl wychodzi na prędce – trochę mnie to peszy.

W piosence „Andrew” śpiewasz do chłopaka z portalu randkowego. Znasz zjawisko aplikacji randkowej Tinder?

Jasne. Nie korzystałam jeszcze, ale znam case.

I nie przeraża cię on? Nie jest to degradacja więzi międzyludzkich?

Serwisy randkowe są dla ludzi, znam wiele osób, które znalazły tam miłość. Ludzi, którzy w innym przypadku nigdy by się nie spotkali. To są tylko narzędzia i wszystko zależy od tego, jak ich używamy. Większe niebezpieczeństwo kryje się moim zdaniem w takim codziennym zaszywaniu się przed komputerem, czatowaniu, lajkowaniu, w tym, że przestajemy się spotykać, mieć kontakt twarzą w twarz. Przestajemy się rozumieć i chcieć się porozumieć.

Za sprawą Internetu zmieniło się pojęcie sławy. Można bardzo szybko zyskać popularność i jeszcze szybciej ją stracić, szybciej niż w epoce telewizji.

Tak, z tym że sława internetowa jest trochę inna niż ta „w realu”. Jak pomyślimy o osobach, które zyskały naprawdę dużą sławę w latach 80. czy 90., czasach apogeum sprzedaży płyt,  kiedy wszedł format CD, to wydaje się, że dziś osiągnięcie takiego statusu jest właściwie niemożliwe. Nawet Beyoncé, popularna na całym świecie, nie jest tak popularna jak był Michael Jackson czy Madonna w czasach swojej największej świetności.

To przez to, że gwiazd jest więcej?

Wydaje mi się, że to się rozdziela na dwa światy. Jeden to świat ogromnego, przemysłowego mainstreamu, np. Adele albo Taylor Swift, które sprzedają olbrzymie ilości płyt. Do tego świata zalicza się tak naprawdę niewielu artystów. To tak jak z kapitałem światowym: iluś ludzi trzyma go w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, a potem jest ogrom pozostałych, którzy dzielą się tym jednym procentem. Są sławni w swoich własnych niszach.

JuliaMarcell4Kto w Polsce jest ikoną?

Masz na myśli wielką gwiazdę mainstreamu? Hmmm... Edyta Górniak? Chyba każdy Polak ją zna. Ona jest dla mnie jakoś najbliżej takiego rodzaju sławy w klasycznym, amerykańskim stylu. Młodzi są już sławni w inny sposób.

A dziewczyny, które poszły do talent szoł?

Różne dziewczyny poszły do talent szoł, chłopaki zresztą też. Dawid Podsiadło świetnie to wykorzystał, Natalia Nykiel też, zdobywają Polskę w bardzo szybkim tempie!

W piosence „Wstrzymuję czas” śpiewasz „Hej, dziewczyno, nie idź do talent szoł”.

Wydaje mi się, że talent szoły już się zdewaluowały. Można iść do talent szoł, mając niewiele do zaoferowania, można też iść do talent szoł, mając do zaoferowania dużo. Natomiast teraz to się trochę wytarło, bo tych szoł jest tak dużo, a emocje w nich są do tego stopnia reżyserowane, że zrobiły się karykaturą samych siebie. Wiele osób, które nie mają pomysłu, co dalej zrobić z tym zainteresowaniem wokół siebie, zyskałoby, gdyby przeszło normalną drogę od podziemia. Taka droga hartuje, sprawia, że gdy pokonujesz kolejną przeszkodę, czujesz, że rośniesz i dowiadujesz się, jak wykorzystać to zainteresowanie. W talent szoł chodzi o szoł, po wygranej o uczestniku się już nie pamięta, bo zaraz jest kolejna edycja. To sędziowie bardziej korzystają na popularności niż sami uczestnicy.

Czy tak nie było od początku „Idola”?

Wtedy jeszcze wygrana była jakimś wydarzeniem, za uczestników trzymało się kciuki. Kiedy Monika Brodka wygrywała „Idola”, cała Polska była ku niej zwrócona. Rzeczywiście miała grunt pod to, by coś z tym zrobić. Tego typu programy mają kogoś wypromować. Teraz jedni wygrywają, wydają piosenki, te piosenki spadają, pojawiają się nowi wygrani – jak w fabryce.

Dlaczego teraz ciężej być muzykiem?

Rynek się zdewaluował i coraz trudniej jest się przebić. Wytwórnia, wydając płytę, wkłada pieniądze, które muszą się zwrócić, a ponieważ płyty mało kto jeszcze kupuje, to nie ma z czego. Oczekuje się więc od artysty, aby inwestował własne środki. Najpierw w stworzenie płyty, którą teraz często wytwórnia dostaje za darmo, często również w promocję. Powyrastały jak grzyby po deszczu małe biznesy, które żerują na wykonawcach pasjonatach, którzy marzą o karierze w muzyce. Ostatnio słyszałam, że pewne radia działają już w ten sposób, że apelują do młodych muzyków, którzy nie mają wytwórni, że za odpowiednią odpłatą puszczą ich piosenkę, za dodatkową będzie wzmianka na Twitterze. Cały biznes zarabia już na tym młodym, debiutującym artyście, a on musi zainwestować dużo siły, talentu i pieniędzy, również własnych. Dlatego dzisiaj bycie debiutującym artystą jest trudne.

JuliaMarcell2Podobnie jest z promocją książek.

Tak, dzisiaj każdy może wydać książkę. Pod warunkiem, że zapłaci. Jest to pewnego rodzaju paradoks. Internet miał dać nam wolność od tak zwanych gatekeeperów, ludzi, którzy decydowali, co do nas dociera, a co nie. A zmienił rynek w ten sposób, że aby przebić się przez zalew informacji i propozycji, potrzebne są pieniądze. Czyli zataczamy koło. A to, co dociera szeroko, czyli ma finansową rację bytu, to nie jest sztuka wysoka.

Przecież zawsze tak będzie.

Tak, ale musimy znaleźć system, który tę niepopularną sztukę też wspiera. Jest w Polsce mnóstwo bardzo dobrej, wartościowej, czasem trudnej muzyki, która nie przebija się do świadomości słuchaczy. Takie zespoły istnieją u nas w kraju, ale trudno jest im funkcjonować. Przydałby się jakiś mecenat lub instytucja, która wspiera taką muzykę. Tak jak pewne zjawiska w sztuce wysokiej otacza się ochroną, bo są to siłą rzeczy totalnie niekomercyjne propozycje, ale ważne dla rozwoju kultury. Tak i w tak zwanej muzyce rozrywkowej, w której wielu artystów przełamuje bariery, jednocześnie znajdując się poza światem filharmonii. W momencie, kiedy rację bytu ma tylko to, co się sprzedaje, omijają nas pewne ważne zjawiska.

Ty sama z płyty na płytę jesteś coraz bardziej widoczna.

Ja nie mówię o sobie, bo jestem bardzo zadowolona z tego, gdzie teraz jestem. Moja wytwórnia Mystic dba o nagrania, promocję, dystrybucję. Mam też na tej płycie swojego muzycznego mecenasa, wspiera mnie firma Lotto, co pozwala mi robić te wszystkie rzeczy, na które nigdy nie ma pieniędzy, czyli na przykład teledyski. Poza tym to, co robię, to muzyka pop. To nie jest pop w stylu Beyoncé, ale nie jest to też muzyka eksperymentalna. W latach 90. taka muzyka uznawana byłaby za mainstreamową i grana normalnie w radiu. Dzisiaj ścisły pop ma swoją zawężoną stylistykę. Ja wychowywałam się na muzykach takich jak Peter Gabriel, i to był dla mnie pop, czy Michael – zdecydowanie pop.

Czy podpisując kontrakt z Mysticiem, który jest dziś dużą wytwórnią, ale nadal nie zalicza się do tzw. majorsów, oznaczało dla ciebie jakikolwiek kompromis?

Nie, bo robię muzykę dlatego, że ją lubię i mogę się nią bawić. A gdybym była zmuszana do działalności mającej na celu sprzedaż, nie potrafiłabym tego unieść psychicznie.

Jak ważna jest wizualna część twojego występu?

Bardzo ważna. To, jak wykonawca wychodzi na scenę, jest częścią jego wypowiedzi. Nawet jak wychodzi w powyciąganym swetrze, to też jest image. To wszystko musi być świadome. Bardzo pociągają mnie wizualne aspekty moich występów. Razem z Magdą Klaman, świetną stylistką i moją przyjaciółką, pracujemy nad wizualną stroną każdej płyty, budujemy spójny świat wokół muzyki.

I z każdą płytą zmieniasz fryzurę, jak Madonna.

Tak (śmiech). To daje mi świeżą energię, wrażenie nowego początku. Współpracuję ze znanym warszawskim fryzjerem, Markiem Bryczyńskim, który jest autorem między innymi obecnej fryzury.

Nową płytę w całości nagrywaliście w Polsce?

Nie, częściowo w Berlinie, w studiu Candy Bomber, tym samym, w którym nagrywaliśmy „Sentiments”. Część powstała w Warszawie, w trzech różnych studiach, część w Toruniu, a część w Tarnowie. Trochę się nam to rozstrzeliło geograficznie.

JuliaMarcell1

Czujesz się muzykiem międzynarodowym? Polska-Niemcy?

Tak, między dwoma narodami. (śmiech)

Jak się dorastało w Olsztynie? Dużo tam muzyków, poetów, prawda?

Zdecydowanie. Olsztyn to północ Polski w każdym znaczeniu tego słowa. Muzycznie to taka mała Skandynawia, bo przeważają u nas ciężkie brzmienia. Kiedyś próbowaliśmy znaleźć zespół o pasującej stylistyce, który mógłby wystąpić przed naszym koncertem, nie dało się. (śmiech)

Kangaroz!

Oni jeszcze istnieją? Chyba nie. Natomiast jest Enej, popularny zespół z Olsztyna, który nie gra muzyki metalowej. Oni grali latami i zanim udało im się przebić do mainstreamu, zjeździli region wzdłuż i wszerz. Tu talent szoł zadziałał zdecydowanie na ich korzyść.

Jest ciężkie granie, ale też poezja śpiewana.

To są dwie strony tego samego medalu. Wszystko to wypływa z jakiejś takiej olsztyńskiej zadumy. (śmiech)

Przyjaciół tam jeszcze masz?

Wyjechali wszyscy w świat, ale spotykamy się w święta.

Jak cię tam traktują? Na zasadzie „przyjechała wielka gwiazda z Berlina”, czy „nasza Julia”?

Nie wiem. Zaszywam się u rodziców. Ale jak przyjeżdżamy z koncertami, to jest zawsze ekstra. Lokalne rozgłośnie też promują moją muzykę: „Dziewczyna z Olsztyna. Posłuchajcie!” i to jest super.

Jesteś sentymentalna?

Nie wiem, z wiekiem chyba coraz bardziej. Przy „Sentiments” byłam wyjątkowo, teraz się trochę otrząsnęłam. Ale jestem refleksyjna, zawsze mam swoje „rozkminy”. Chociaż ostatnio coraz mniej patrzę w przyszłość, a coraz bardziej staram się być tu i teraz.

Przekroczenie trzydziestki to było przekroczenie jakiegoś progu?

Nie. Kiedyś żyłam w przekonaniu, że wszystko się jeszcze zdarzy. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że to „coś” zdarza się cały czas.

Nie będzie wielkiego „bang”?

Dokładnie. Prosta zmiana, prosta myśl.

 

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA