REKLAMA
Anywhere logo

Móc ciągle tworzyć

2016-04-28
...
O outsiderze Tomaszu Sikorskim, geniuszu muzycznym, czołowym przedstawicielu awangardy lat 60-tych i poświęceniu, jakie niesie ze sobą sztuka, rozmawiamy z aktorką Sandrą Korzeniak.

 

Co bardziej burzy spokój – dźwięk czy cisza?

Zależy to od kontekstu i od tego, co jest bardziej w danej chwili natarczywe. Na przykład tutaj w tym miejscu, w którym jesteśmy bardzo głośno jest muzyka, która jest nieznośna i mi szalenie przeszkadza. Pytanie także co to jest, ta cisza? Jeżeli mówisz do mnie cisza, to w mojej wyobraźni automatycznie kojarzy mi się to z jakimś dźwiękiem. Cisza nie istnieje. Ona ma jakiś konkretny, za każdym razem inny dźwięk. Ten dźwięk dla każdego człowieka jest inaczej słyszany. W „Holzwege”, spektaklu o Tomaszu Sikorskim, cisza praktycznie nie występuje.

Tomaszu_SikorskiPodczas spektaklu kompozytor Zygmunt Krauze wykonuje utwór, który poza wąskim gronem muzyków, dla wielu ludzi jest całkowicie nieznany. Trzyczęściowy utwór muzyczny „4,33 awangardowego kompozytora Johna Cage'a. Zbudowany wyłącznie na pauzach, czyli na ciszy, przez co wzbogacony jest najróżniejszymi dźwiękami.

Ja również nie znałam tego utworu wcześniej. Nieźle się ubawiłam, gdy po raz pierwszy to wykonanie usłyszałam. Co ciekawe Zygmunt Krauze na koncertach wykonuje ten utwór w ogóle nie podnosząc dłoni. Kiedy natomiast poprosiliśmy go, żeby wykonał na próbie dla nas tę kompozycję, to nie wiedzieć czemu uniósł po raz pierwszy dłonie i zawiesił nad fortepianem.

Muzyka Tomasza Sikorskiego ma bardzo mocne działanie. Ona może zarówno fascynować, jak i irytować. Dzisiaj wydałoby się to już oczywiste, ale wówczas zestawienie instrumentów z nagranymi odgłosami pędzącego pociągu było dla wielu szokujące.

Przede wszystkim muzyka Sikorskiego działa indywidualnie na słuchacza. Ze mną zrobiła coś bardzo mocnego. I ja wcale nie muszę się znać na muzyce, nie muszę mieć wykształcenia w tym kierunku, które pozwoli mi utwory Sikorskiego rozebrać na czynniki pierwsze i stwierdzić, że jest geniuszem. Mnie to nie interesuje. Jestem laikiem i interesuje mnie tylko odbiór. Jego muzyka nie pozostawia słuchacza obojętnego, nie ulatnia się z pamięci po chwili. Często zostaje na zawsze przez to, że te dźwięki, o których wspominasz, są tak realistyczne. A to jest największa wartość dla artysty – nie być zapomnianym po chwili i móc ciągle tworzyć.

Tylko że przykład Tomasza Sikorskiego pokazuje, że często niezrozumienie nie pozwala w pełni rozwinąć skrzydeł.

Wiem coś o tym. Też poczułam to na własnej skórze, ale ja nadal żyję i to powoli zmienia się na dobre. Czuję się czasami, jakbym zaczynała od zera, a to znaczy, że znów mogę wyskoczyć bardzo wysoko. Sikorski odniósł sukces za życia. Podobno mógł mieć więcej. Ale czego więcej? Sławy? Chyba niezbyt go to interesowało. Mówi się też, że podobno się nie rozwijał. Ja uważam inaczej – zauważyłam ten rozwój. Wydaje mi się, że Sikorski musiał mieć w sobie wielką silę. Wielkie marzenie. Nie chcę mówić, że coś jest dobre, albo złe. To jest błąd. My jesteśmy w drodze i wszystko się zmienia. Sikorski miał na pewno bardzo silną osobowość.

Tomaszu_Sikorski2Z drugiej strony zabijał go jego destrukcyjny sposób prowadzenia życia.

To chyba często idzie w parze. Silne, nieustanne tworzenie i destrukcja. Jedno z drugim tworzy jakiś tajemny związek, dopełnia się. Sikorski podobno był też super inteligentny, błyskotliwy, miał dystans do siebie i świata i ogromne poczucie humoru, pragnął miłości, miał talent, do tego jeszcze był bardzo przystojny. Widziałam kobiety, które się w nim kochały. Były na spektaklu. Niezłe laski! Oczywiście można mnożyć używki, które przyjmował, ale po co? Przepraszam, ale te rzeczy zawsze chyba były domeną artystów. Tak zwane „podróże w nieznane” (śmiech). Tak naprawdę najważniejsza jest ta muzyka, bo przecież gdyby nie ona, to nie zajmowalibyśmy się Sikorskim.

Dla widza przychodzącego na „Holzwege” najważniejszy ma być teatr, który ubieracie wraz z reżyserką Katarzyną Kalwat w formę teatru w teatrze. To takie prześmiewcze, w muzyce już wszystko było, wystarczy spojrzeć na to co robił Sikorski i jak inni dzisiaj odcinający od tego kupony. Podobnie w teatrze.

Dostaliśmy na ten spektakl trzy tygodnie. Tekst był napisany, ale zmienialiśmy jeszcze różne rzeczy do samego końca. Scenografia pochodzi z recyklingu. Spektakl oparty jest poniekąd na improwizacji, oprócz tekstu i kilku sytuacji nie mamy do końca ustalonego działania. Ciekawa przygoda.

W efekcie wychodzi najlepszy spektakl TR Warszawa od kilku sezonów.

Jesteśmy dopiero w połowie sezonu, ale miło to słyszeć. Ja tu mówię o drodze, ale w konsekwencji i tak się wszystko rozbija o efekt.

W „Holzwege postać Sikorskiego porównujecie m.in. do Marilyn Monroe. Mam wrażenie, że od czasów „Marilyn każdy oczekuje od ciebie tego samego. Sandra, bądź na scenie tą zagubioną blond pięknością z pieprzykiem. Ludzie to kupią, bo to już znają. Podobnie było z Sikorskim.

Trudno powiedzieć, czy tak jest. Po „Marilyn” miałam niewiele nowych wyzwań, ale właśnie od jakiegoś czasu to się już zmienia. Nie tylko w teatrze, ale też w filmie. Tak się cieszę. Czuję, że wszystko jest jeszcze przede mną. Marilyn mówi: „ja czekam, bo wierzę, że warto czekać...”. Niedługo w kinach będzie nowy film Pawła Sali. To historia trzech szwaczek, które siedzą w piwnicy i szyją, a każda z nich nosi w sobie tajemnicę. W kwietniu zaczynam zdjęcia do nowej fabuły Piotra Subbotko „Dziura w głowie”. W teatrze Szpecht, Kalwat, zaraz Garbaczewski. I potem jeszcze coś… Marilyn Monroe już byłam, a ja czuję się gotowa, żeby czerpać ze swoich wszystkich doświadczeń i wiem, że to coś dobrego, bo jestem nowa.

Tomaszu_Sikorski3To czerpanie to taki efekt recyklingu, czasem może też pomóc. Wydawałoby się, że Sikorski i Monroe tylko z pozoru mają niewiele ze sobą wspólnego.

To ukryte, tajemne tropy. Po prostu mało o kimś wiesz, bo ten ktoś dawno umarł. No i żeby zbliżyć się do jakiejś prawdy o nim, żeby go na nowo wykreować, stworzyć tu i teraz, oprócz czerpania z różnych dostępnych źródeł, czerpiesz z własnych osobistych doświadczeń. Powołujesz się na nie. I są to na przykład moje role, które są moim osobistym doświadczeniem, częścią mojego życia. Tylko to może mnie zbliżyć do rozpoznania, zrozumienia tego człowieka. Teraz mogę się zakochać w nim, myśląc o Sikorskim jak o Warholu. Mogę mówić o tym jak umarł, o samotności, o tworzeniu, czerpiąc na przykład z doświadczenia „Marilyn”. Mogę wąchać rzeczy i szukać zapachów z przeszłości. But czerwony jest butem czerwonym, który kojarzy mi się z tym butem, który nosiła Monroe. Ja mogę czerpać ze spektakli w których zagrałam, z „Factory” Krystiana Lupy, ze wspomnianej „Marilyn” czy „Mistrza i Małgorzaty”, który kojarzy mi się z wanną, w której leży Sikorski. Ale mogę czerpać tylko dla samej siebie. Widz nie może widzieć po raz drugi tego samego efektu, tylko inną rolę.

Bo jak powiedziałaś kiedyś, aktorstwo to niezwykła podróż... Najlepiej na dziko.

Okazało się, że obie z reżyserką Kasią Kalwat mamy takie samo wyobrażenie, w którym trzymając za stopę Tomka Tyndyka, wcielającego się w postać Sikorskiego, z jakąś nadludzką siłą przenoszę go przez całą scenę do obrazu śmierci Sikorskiego. To było niesamowite, bo dawno, dawno temu, moja siostra namalowała taki obraz, który przedstawiał mnie na scenie i tam było dokładnie coś takiego. Kocham takie tajemnice, dziwne tropy, jakieś znaki… Myślę, że artysta w trakcie tworzenia powinien bardzo mocno otworzyć intuicję i wsłuchiwać się w takie rzeczy. Wracając do tematu wyobrażenia: tej wizji nie ucieleśniliśmy, a przy okazji okazało się, że ten obraz moja siostra dawno temu zniszczyła. Szkoda.

 

fot. Anna Tomczyńska

REKLAMA
REKLAMA