REKLAMA
Anywhere logo

Adam Woronowicz: Apokalipsa

2016-05-16
...
Ktoś kiedyś powiedział o Adamie Woronowiczu, że jest jak czysta, biała kartka, na której można namalować wszystkie możliwe emocje. To aktor-kameleon, który w ostatnich latach stworzył wiele znakomitych ról zarówno w teatrze, jak i w kinie. Tym razem mierzy się z wizją końca świata.

 

AdamWoronowiczW jakieś sytuacji nie chciałbyś być w momencie apokalipsy?

Mój bohater Andrzej w spektaklu „Jezioro“ Yany Ross mówi, że w momencie apokalipsy nie chciałby być na schodach ruchomych i w łazience. Przyznam szczerze, że nie zastanawiałem się nad tym głębiej. Uważam, że miejsce czy sytuacja w takiej chwili jest akurat drugorzędną sprawą, choć dla wielu to dość znaczące, czy będą akurat w trakcie pocałunku z ukochaną osobą, w galerii handlowej czy na bezludnej wyspie.

Zmierzenie się z tematem apokalipsy dla twojego bohatera, jak i dla każdego człowieka, jest tylko zapalnikiem do postawienia wielu innych, znaczących pytań zahaczających o sens życia.

Bohaterowie przedstawienia „Jezioro“ mają wiele różnych problemów, z którymi muszą się zmierzyć. Pytanie, gdzie akurat chciałbym być w momencie apokalipsy było raczej impulsem do wypowiedzi na inne, ważniejsze tematy. To, co mojemu bohaterowi Andrzejowi spędza sen z powiek, to obraz owieczek wpatrzonych w zachodzące słońce. Nazwałbym to przesileniem, które rodzi się w każdym z nas, które widzimy w polityce, ekonomii, świecie. Zapowiedzi kolejnych krachów na giełdzie, wojny – te, które się toczą i te, które zaraz wybuchną – panika, która rządzi światem; to wszystko powoduje w nas totalną bezsilność. Dlatego mojego bohatera Andrzeja tak dręczy ten obraz; obraz, który ma w sobie jakiś spokój.

Historia z obrazem ślepo zapatrzonych w słońce owiec jest prześmiewcza, z drugiej strony jest smutną aluzją do ludzi oszukujących samych siebie. Jesteśmy trochę tchórzami.

Tak to jest w życiu człowieka, że kiedy ma jakieś obawy, to tłamsi je w sobie. Nauczyliśmy się je chować głęboko w środek samego siebie, nie wychodząc z tym na zewnątrz, do ludzi.

Twój bohater Andrzej na tym pozornie spokojnym obrazie dostrzega jednak coś, co powoduje, że zaczyna zadawać pytania.

To ciemna plama w rogu obrazu. Ciemna przestrzeń, w której nic nie ma. Mój bohater zastanawia się, co tam się kryje. Jakie niebezpieczeństwo czyha w czarnej materii? Zadaje sobie pytanie, dlaczego żadna z owiec nie odwraca się w tamtą stronę. Andrzej zapewne tak by zrobił. Podobnie jest z nami. Zaślepieni pięknym, idyllicznym obrazem naszego życia bardzo często nie zauważamy, albo nie chcemy zauważyć, tego zła, które jest tak blisko. Zwyczajnie się boimy, bo jesteśmy słabymi istotami.

Które chowają często problemy za sztucznie doklejonymi uśmiechami.

Tak też jest z moim bohaterem. Andrzej jest optymistą. Patrzy na ten świat przez pryzmat tego, że ludzie chociaż na moment są razem. Łączą się w pary, zawiązują jakieś więzi, odkładają wszystkie spory i po prostu są ze sobą. I to jest najważniejsze. Cieszą się chwilą spędzoną z drugim człowiekiem, odrzucając wszystko inne. Tak się niestety nie da.

AdamWoronowicz3I tak każdego dopada szarość dnia codziennego i jego problemy. Wraz z Agnieszką Grochowską, twoją sceniczną partnerką, dokonujcie trudnego wyboru, który wiąże się z życiem waszego dziecka.

To dramat moralny ludzi, którzy czekają w kolejce na przeszczep serca córki. Ktoś oferuje im pomoc, jak się później okazuje, nie do końca uczciwą, ale życie dziecka jest dla nich najważniejsze, nawet jeśli kosztem tego jest śmierć niewinnego człowieka, który ma pierwszeństwo do przeszczepu. Naszymi bohaterami targają najróżniejsze emocje – od strachu, przez radość, aż do zwątpienia.

Ale nie wskazujecie winnych i ofiar. Nie usprawiedliwiacie zbrodni. Jesteście czystą kartką. Co jest sporą rzadkością dzisiaj, nie tylko w sztuce, ale przede wszystkim w polityce, życiu społecznym.

To jest właśnie fantastyczne w tym spektaklu, że widz nie dostaje jednoznacznych odpowiedzi, wzorów postaw, zachowań. Jesteśmy z jednej strony protagonistami, z drugiej – antagonistami. Publiczność, która przychodzi na nasz spektakl, świetnie reaguje, niemal przeżywa podobne etapy i emocje, co my na scenie. W widzach uruchamia się myślenie, a nie tylko bierne odbieranie ładnego obrazka, który tak prześmiewczo opisuje mój bohater.

Chyba najważniejszą cechą tego spektaklu jest konfrontacja z widzem.

Bardzo często chodzę do teatru i niestety niewiele jest takich spektakli, które rozmawiają z publicznością. My, aktorzy na scenie, nie jesteśmy od naszych widzów ani lepsi, ani gorsi, ani mądrzejsi, przez co możemy być im tak bliscy, podobni, ludzcy. Niby to oczywiste, ale kiedy spojrzymy na to, co dzisiaj wbija się nam do głowy, to często po dawce przyswojonych informacji czujemy się przygnębieni i maleńcy, a problemy przeciekają nam przez palce i stajemy się bezradni.

Dlatego, że wyszliśmy z punktu inteligencji i przekazywania myśli.

Jestem przekonany, że człowiek ciągle jest spragniony odbierania czegoś głębszego. Nie wierzę, że zatraciła się w nas całkowicie zdolność samodzielnego myślenia. Trzeba tylko stworzyć widzom tę możliwość. Przecież każdy z nas chce, żeby go traktowano serio. Mam wrażenie, że taką propozycję daje Yana Ross, która bardzo uczciwie traktuje widzów, która nie mówi, że wie więcej, tylko staje na równi z ludźmi, którzy przychodzą na nasz spektakl.

To spektakl pokolenia inteligencji, trzydziestolatków, którzy żyją w zagrożeniu, którzy są bezradni i nie wiedzą jak tę teraźniejszość umeblować.

Nigdy nie brałem udziału w takim przedstawieniu, które byłoby pokoleniowe. Nie chcemy, żeby była wojna. Nie chcemy, żeby ludzie kłócili się i byli nietolerancyjni w stosunku do siebie. Arka, jaką jest ziemia, pomieści wszystkich, na świecie jest miejsce dla każdego. Problem polega na tym, że są ludzie, którzy mają ochotę ten świat uporządkować i kogoś się pozbyć, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, spychając go w jakiś dół, uniemożliwiając mu funkcjonowanie i zabieranie głosu. Taka sytuacja jest trudna do przyjęcia dlatego, że każdy z nas chciałby zostawić ten świat lepszym dla tych, którzy przyjdą po nas; chciałby świata, który nie ocenia i nie skazuje.

Istotny jest też komunikat, który pada do publiczności, czy bardziej jego język. Pozbawiony agresji, brutalności, będący jedynie ostrzeżeniem. Niemy krzyk.

To jest super, że ten komunikat jest niemy, że jest tylko obrazem. Ktoś widzi wideo z akcji  artystycznej Piotra Pawlenskiego „Wolność“ w St. Peterburgu – płonące opony może zidentyfikować jako wydarzenia na Majdanie sprzed dwóch lat. Ale Majdan może zdarzyć się wszędzie, również u nas może przyjść ten moment przesilenia społecznego. Nie chcemy epatować na scenie agresją, nas i reżyserkę interesuje działanie bardzo pokojowe. Nie używamy argumentów siłowych, próbujemy rozmawiać z widzem. Jednak inteligencja zawsze jest na straconej pozycji, ponieważ myśli, że wszystko można załatwić werbalnie, rozmową, bez użycia amunicji. Niestety, często okazuje się, że druga strona działa zupełnie innaczej – w radykalny, siłowy sposób.

AdamWoronowicz2Jednak to inteligencja zawsze popychała warstwę społeczną dalej.

Dzisiaj przestajemy myśleć, stając się maszynami do przyciskania guzików, nie potrafimy analizować. Często ludzie widząc obraz w wirtualnej rzeczywistości, są przekonani, że jest to prawda. Zadawanie pytań staje się zbędne. A przecież ten obraz to czysta manipulacja, niestety nauczyliśmy się to przyjmować całkowicie bezkrytycznie. Gdybyśmy się cofnęli do jednego pokolenia wstecz, to zobaczylibyśmy, że kiedyś ważne było doszukanie się prawdy, jakieś działanie. Dzisiaj jesteśmy zagubieni.

Nie boisz się, że widz nie zrozumie waszego przekazu?

Widz może mieć problemy z odczytaniem pewnych rzeczy. Nie idziemy na łatwiznę, ale przynajmniej publiczność wie, że nie serwujemy im pustej wydmuszki. Forma jest oczywiście bardzo ważna...

Dzięki formie przełamujecie wizję apokalipsy jako strasznej zagłady. W waszej propozycji to dająca nadzieję idylla. Trochę przypominająca „Melancholię“ Larsa von Triera.

Strona wizualna jest bardzo ważnym elementem dla Yany Ross. „Melancholia“ to taki film naszego pokolenia; był dla nas wielką inspiracją.

Czy zawód aktora sprawia, że łatwiej jest w życiu mierzyć się z tematami, problemami, które przechodziło się w innej skórze, skórze swoich bohaterów?

Życie to jest życie. Nie da się tego przełożyć na to, że ja coś przepracuję na scenie i nauczę się jakichś zachowań, które wykorzystam potem w życiu realnym. To, co jest fajne w tym zawodzie, to świadomość, którą zyskuję mierząc się z różnymi tematami. Nie chcę powiedzieć, że łatwiej się żyje będąc aktorem, bo to nieprawda, ale na pewno zyskuje się  wiedzę, że za wyborami człowieka przeważenie kryją się jakieś dramaty i problemy. Praca aktora jest bardzo ciekawa. Człowiek jest tajemnicą i często sami nie wiemy, co stoi za naszymi decyzjami, zachowaniami czy działaniami. I to właśnie w człowieku jest najciekawsze, że jest ciągłą zagadką i żadna nauka tej zagadki nie rozwiąże. W rzeczywistości każdy człowiek jest aktorem, ciągle przybiera maski. To, co robimy na scenie to tylko

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA