REKLAMA
Anywhere logo

Blondynka na basie

2016-05-21
...
Basistka i frontmen. Byli fenomenem w rockowym światku, zbuntowaną parą, której się udało. Tworzyli główny człon Sonic Youth, zespołu, który zainspirował całe pokolenie garażowego rocka. W 2011 roku para postanowiła się rozwieść. Wtedy okazało się, że niezależny rock też karmi się plotką.

 

Po ogłoszeniu rozstania amerykańska prasa zachodziła w głowę, jak to możliwe. Od lat 80. Kim Gordon i Thorston Moore, niezależnie od tego, co dyktowały trendy muzyczne głównego nurtu, robili swoje. Grali brudnego rocka. Wytrwale i bez wyrzucania telewizorów przez hotelowe okna, bez epatowania swoim życiem prywatnym. Rok temu Kim Gordon zdecydowała zabrać głos w swojej sprawie. Napisała autobiografię, w której podsumowała ostatnie trzydzieści lat swojego życia. Książka ukazała się niedawno w polskim przekładzie. 

blondynka_na_basenieKim urodziła się w Rochester w stanie Nowy Jork. W dzieciństwie przeniosła się z rodzicami i bratem od Kalifornii, zaliczając epizody związane z pracą ojca na Hawajach czy w Hongkongu. Ale to właśnie Nowy Jork uformował jej artystyczne życie, tam poznała też swojego partnera muzycznego i życiowego, Thorstona Moore’a, męża i ojca jej córki. Ale zanim doświadczyła nowojorskiej „autentyczności” lat 80., spędziła dzieciństwo w słonecznym LA. Była córką profesora akademickiego. Jej ojciec był znanym socjologiem, twórcą nazw grup młodzieżowych w amerykańskich szkołach. To ciekawe, ale słowa takie jak normalsi [preps], mięśniaki [jocks], kujony [geeks] czy świry [freaks] są dziełem Wayne'a C. Gordona. Wychowując się w Los Angeles lat 60., odstawała od dzieci filmowców. Rodzice nie pozwolili jej wsiąknąć w atmosferę snobistycznego „bycia cool” i pozornego wyluzowania. Tak już zostało – przez całe życie Kim, będąc w środku rock'n'rollowego młyna, pozostawała trochę na zewnątrz. Jej bohaterkami były pierwsze damy kontrkultury: Marianne Faithfull, Anity Pallenberg czy Joni Mitchell. A głównym celem zawsze była sztuka.

Nie planowała zostać muzykiem. Interesowały ją sztuki wizualne. Zmiana otoczenia ze słonecznego Los Angeles na obdrapany Nowy Jork zadziałała inspirująco. W Nowym Jorku odkryła autentyczność. Dziury na drogach, graffiti na ścianach i Andy Warhol, przechadzający się ulicami – zupełnie inaczej niż hollywoodzkie gwiazdy, ukryte w swoich willach gdzieś na oddalonych wzgórzach. Muzyka była naturalnym elementem nowojorskiego kulturalnego światka tamtych czasów. Panował post punk, a wywodzący się z kręgów artystycznych młodzi twórcy prześcigali się w tworzeniu nowych, jeszcze bardziej punkowych od punku form kontestacji. Taką ożywczą formą był no wave. Kim Gordon, zanim została członkinią Sonic Youth, była świadkiem świata wibrującego dookoła. Niczym Forrest Gump, zawsze w tle historycznych wydarzeń. Była w Los Angeles, gdy zastrzelono Kennedy’ego, w Nowym Jorku w dniu zamachu na Johna Lennona, miała być na koncercie Joy Division, który nie odbył się, bo poprzedziła go samobójcza śmierć Iana Curtisa. Aż sama weszła na firmament gwiazd rocka. Ale tych spokojnych, wytrwale pracujących gwiazd.

blondynka_na_basenie2Sonic Youth to ikona niezależnego rocka. Znają ją nie tylko ci, którzy w młodości przechodzili fascynację grungem i zetknęli się z całą masą amerykańskich garażowych zespołów z lat 80., które wydeptały ścieżkę wielkim gwiazdom lat 90. z Nirvaną na czele. Sonic Youth przez lata szli swoją drogą. Podobnie jak R.E.M czy młodsi koledzy z Radiohead, byli rock'n'rollowymi „miłymi gośćmi”, chociaż ich muzyka nie była miła i łagodna. Byli też chyba pierwszym zespołem, w którym nie dość, że pojawiła się dziewczyna, to jeszcze grała na najbardziej „męskim” instrumencie – gitarze basowej. Później dziewczyna-basistka stała się fetyszem Billy'ego Corgana ze Smashing Pumpkins czy Courtney Love, którzy składy swoich kapel ustawiali pod ten atrakcyjny schemat. I choć, jak wyznaje w książce, nie czuje się muzykiem, Kim Gordon „niechcący” wyznaczała trendy. Będąc poza modą, tworzyła ją. Historia, jakich wiele w amerykańskiej popkulturze.

Czy Kim Gordon byłaby tą Kim Gordon bez Thorstona Moore’a? Na pewno bardziej niż Nancy Spungen bez Sida Viciousa. Z tego, co opowiada, wynika, że to inteligentna kobieta z krwi i kości, która zawsze wiedziała, że w taki czy inny sposób zwiąże się ze sztuką. A że lubimy wierzyć w bajki o księżniczce i księciu, nawet, gdy chodzi o niezależnego rocka… Dziś każde z nich pracuje nad osobnymi projektami. Sonic Youth już raczej nie usłyszymy, chociaż w dobie nieustannych comebacków wszystko jest możliwe. Zresztą wszystko ma swój kres. Nawet Brian Johnson odszedł z AC/DC. Na nic zdadzą się łzy.

 

źródło fot.: mat. prasowe

REKLAMA
REKLAMA