REKLAMA
Anywhere logo

Dorota Kolak: Uczę się mieć marzenia

2016-05-23
...
Myśl, komunikacja i słowo są w teatrze najważniejsze. A może w życiu? Dorota Kolak.

 

kolak1Wrażliwość widzów w teatrze się dzisiaj stępiła?

To zależy na co człowiek trafia, zarówno w teatrze, jak i w innych dziedzinach sztuki. Ale powiem coś z własnego podwórka. W Teatrze Polonia gramy „Seks dla opornych”, wydawałoby się farsę w czystej postaci, której zadaniem jest rozbawianie widza. A chyba udaje się nam z Mirkiem Baką grać to tak, żeby widz uruchomił myślenie i nie tylko dobrze się bawił, ale też zrobił pauzę, kiedy ona jest potrzebna, kiedy następuje moment zastanowienia się nad tym, co mówimy. Nie zrzucałabym też winy jedynie na widownię. Czasem niestety twórcy sami gdzieś się gubią, a potem wymagają od odbiorców wejścia w ich niezrozumiały świat.


Od ponad trzydziestu lat jest pani związana z gdańskim Teatrem Wybrzeże. Do tego dochodzą gościnne występy w innych teatrach. Jak zmieniła się publiczność na przestrzeni tych lat? Lat, które zmieniają rzeczywistość w zawrotnym tempie.

Za każdym razem w pracy musi upłynąć czas, zanim zrozumiem, jakich mam użyć dzisiaj środków, żeby do widza dotrzeć. To jest bardzo trudny proces. Raz się udaje, a za drugim razem – nie. Ale dzisiaj jest to na pewno trudniejsze, właśnie przez znak czasów, w których żyjemy. Ilość i siła bodźców nagromadzonych w mediach powoduje, że aktorzy w teatrze też zaczynają sięgać po mocniejsze środki wyrazu.

Nowe media zmuszają was trochę do prowokacji, żeby teatr przypadkiem nie wpadł w jakiś archaiczny zakątek.

Teatr mimo wszystko cały czas opiera się na komunikacji werbalnej, a żyjemy w czasach kultury obrazkowej. W związku z tym „słowo” czasem widzowi umyka, a to wymaga od nas, aktorów, większej ilości pracy. Mam jednak nadzieję, że teatr cały czas ma status elitarny, że trafiają do niego ludzie, którzy łakną porozumiewania się z drugim człowiekiem poprzez słowo, a nie tylko komunikat obrazkowy. Ja zawsze moją publiczność przytulam mocno do piersi, bo to wcale nie jest taka wielka grupa, jakby się mogło wydawać. To nie jest połowa społeczeństwa, która na przykład chodzi do kina czy ogląda seriale w telewizji.

Te znane twarze na widowni zapewne się już rozpoznaje.

To jest taka mała „rodzina”, która cyklicznie pojawia się na naszych spektaklach.

Aktorstwo studiowała pani w krakowskiej szkole teatralnej, wówczas jej rektorem był wybitny reżyser teatralny Jerzy Krasowski. Wydawałoby się, że po takim przygotowaniu wie się już wszystko, a jednak to, co dzieje się poza teatrem ma znaczenie i powoduje, że aktor uczy się całe życie, jak grać.

Oczywiście bardzo duże znaczenie dla mnie miało to, jaki miałam start i przygotowanie do tego zawodu, ale uczę się ciągle zarówno nowej publiczności, jak i wspomnianych wcześniej nowych środków wyrazu. Na pewno gdzieś można znaleźć archiwalne nagrania ze spektaklami z Teatru Telewizji sprzed dwudziestu lat. Porównując mnie wtedy i dziś, znajdzie się wiele różnic. Ktoś może zarzucić, że tamte role były archaiczne, mało odważne. To normalne, ja cały czas ewoluuję. Zawsze, kiedy pojawiają się w teatrze czy na planie filmowym młodzi ludzie, to bardzo lubię ich obserwować, bo to oni są nośnikami „nowego grania”.

kolak3Ale młodzi twórcy, często zachłyśnięci obrazem, zapominają o tym, że poza stroną wizualną, ładną okładką, ważna jest też treść.

Pan to powiedział. Żeby nie było na mnie (śmiech). Bardzo rzadko mam szansę z nimi współpracować, ale wydaje mi się, że często w przedstawieniach początkujących reżyserów warstwa intelektualna czy komunikacja z widzem nie nadążają za formą i bogatą stroną wizualną.

Prowokacja i forma od zawsze budziły dyskusje. Przypomnijmy sobie chociażby Adama Hanuszkiewicza, który w „Balladynie” postawił na scenie hondę, albo scenografię Xymeny Zaniewskiej w „Miesiącu na wsi”, która wyłożyła scenę prawdziwą trawą obrastającą niewielkie jeziorko. Po scenie biegały psy, kaczki...

No tak, awangarda była zawsze. To były wielkie spektakle. Dzisiaj jednak często jednak forma zastępuje myśl. Czy to dobrze, czy źle? Nie wiem. Lubię wiedzieć, w jakiej sprawie aktor jest na scenie. Wydaje się to logiczne, ale niestety nie jest to dzisiaj normą.

Przywiązuje się pani do swoich ról?

Nie. Chociaż z całą pewnością zagrałam w swoim życiu role, które tak obciążały psychicznie, że siłą rzeczy chodziłam z tą postacią od rana do nocy. Czułam się wtedy jak taki sztangista, który budzi się z myślą, że wieczorem musi podnieść ileś tam kilo.

Stawia sobie pani rolę nauczyciela w tym zawodzie?

Zawsze uważałam, ze teatr pełni także rolę edukacyjną. Powiem coś anegdotycznie: słyszałam, że jest ksiądz, który wysyła małżeństwa do Teatru Wybrzeże na „Sex dla opornych”, żeby poprzez słuchanie nas na scenie, kształtować w nich umiejętność rozmawiania.

kolak4W Akademii Muzycznej w Gdańsku uczy pani aktorstwa młodych ludzi. A pani się czegoś od nich uczy?

Przychodzę do tych młodych ludzi po radość i optymizm. Świat jest dzisiaj przerażający. Budzimy się rano i nie daj Boże słuchamy wiadomości. Ten świat nie napawa nas optymizmem. Zwłaszcza mnie, człowieka bardzo dojrzałego, który ceni sobie przede wszystkim spokój. Studenci mają w sobie pewną naiwność, która mnie już trochę opuściła. Ci młodzi ludzie uczą, że warto zawsze mieć marzenia.

Takim marzeniem był film? Debiutowała pani w późnym wieku. To była rola matki w filmie „Jestem Twój” Mariusza Grzegorzka. Mocny debiut i od razu nagroda na Festiwalu Filmowym w Gdyni.

Naprawdę długo nie liczyłam na to, że jeszcze zagram w filmie. Kiedy nie dostało się takiej szansy za młodu, później, w dojrzałym wieku o tych marzeniach się zapomina. Pozostaje teatr, w którym również można się spełniać. Jest przecież wielu aktorów, którzy funkcjonują tylko na scenie. Ludzie poza teatrem ich nie rozpoznają, nie potrafią wymienić ich ról, co nie oznacza, że są to aktorzy niespełnieni. W teatrze tworzymy i odpowiadamy za rolę od początku do końca. W filmie nie spoczywa na mnie odpowiedzialność za efekt końcowy. Moja rola może być przemontowana, a epizod wycięty. W filmie aktorzy są tylko podwykonawcami. To od reżysera i montażysty zależy ostateczny efekt. Niemniej praca przed kamerą ma w sobie coś magicznego.

Spotykamy się na kilka dni przed światową premierą filmu „Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego, który startuje w konkursie głównym festiwalu w Berlinie. Jakie są pani oczekiwania?

Nie mam oczekiwań. Ja się ciągle wszystkiego uczę. Ta premiera jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Podobno przewodniczącą jury została Meryl Streep, do tego czerwony dywan, fotoreporterzy, nie wiem, jak się w tym odnajdę. Sam film też jest dla mnie wielką niewiadomą. To historia czterech kobiet, które mierzą się z rzeczywistością po upadku komunizmu. Późno debiutowałam w kinie, a jednak warto było czekać na takie chwile.

 

fot.: Edyta Bartkiewicz

 

Galeria zdjęć


REKLAMA