REKLAMA
Anywhere logo

Mela Koteluk: Ciągle migruję

2016-05-30
...
„Nikt nie wie, jak potoczą się losy piosenki – wypuszczasz ją spod skrzydeł i ona zaczyna egzystować samodzielnie, wedle odbiorców, i to oni piszą jej dalsze losy” – mówi Mela Koteluk. Ale sama dodaje, że intuicja podpowiada jej, kiedy piosenka ma przyszłość. To jak to z tą piosenką jest, Melu?
 
Spotykamy się w warszawskiej kawiarni na ulicy Francuskiej, kojarzonej z Agnieszką Osiecką, której pomnik stanowi niejako południk zero Saskiej Kępy jako strategiczny punkt spotkań. Tu, po prawej stronie Wisły, żyła i tworzyła poetka o wielkim wpływie, z której twórczością w pewnym sensie wiążą się również twoje początki.

Dokładnie, Osiecka mieszkała kilka ulic od miejsca, w którym siedzimy teraz, przy ulicy Dąbrowieckiej. Zresztą, na froncie jej przedwojennego domu widnieje tablica pamiątkowa w formie zeszytu i wiecznego pióra, z wersem piosenki, którą wszyscy znamy. Jako dziewczyna zainteresowałam się w pewnym momencie poezją. MelaKoteluk1Tak zwyczajnie – na lekcjach polskiego. Szymborska, Miłosz, Różewicz, a w pewnym momencie dodatkowo pojawiła się ta optyka muzyczna, rozczytywanie tekstów piosenek, łapczywe wchłanianie i naturalnie wskoczyłam w ten nurt znakomitych twórców polskiej piosenki, czyli Przyborę, Młynarskiego, Koftę i Osiecką właśnie. I wtedy, jako siedemnastolatka, spróbowałam swoich sił w konkursie na interpretację piosenek z jej tekstami i nie da się ukryć, że były to moje pierwsze, a dokładnie może drugie kroki na scenie. Pamiętam pierwszy koncert w Teatrze na Woli i drugi, nomen omen, w studiu im. Agnieszki Osieckiej w radiowej Trójce, która jako rozgłośnia była od zawsze obecna w moim rodzinnym domu. To było trzynaście lat temu! Trochę jakby wspomnienia z poprzedniego życia.

Agnieszka Osiecka miała na ciebie duży wpływ?

Na pewno w pewnym sensie tak, na którymś etapie. Twórczość, która człowieka zainteresuje, zainspiruje, pochłonie w danym czasie i da jakieś przeżycie, daje jakiś wpływ, to naturalne. Nie wiem w jakiej mierze, ale przez zbitkę różnych doświadczeń pojawia się w pewnym momencie chęć odkrycia własnego języka, znalezienie swojego charakteru, wytrącenia własnej myśli.

Wartość tamtych tekstów – zarówno wspomnianej Osieckiej, Młynarskiego czy Kofty – odbierana jest często przez pryzmat czasów, w których powstawały.

Wszystkie zmiany są przecież dobrym napędem dla artysty, ustrój i sytuacja polityczna napędzała do wypowiedzi. A propos samej zmiany – to piękna sprawa i absolutnie inspirujący temat. Siła do zainicjowania zmiany albo siła do przyjęcia zmiany. Transformacja i te wszystkie emocje, szukanie nowego balansu – niekończąca się historia. Kosmos! Jak pokazuje historia, dla artystów poprzedniej epoki tym napędem była energia z nonkonformizmu, która zawsze dawała większą iskrę twórczą niż podporządkowanie się. Porywał artystę do działania. Paradoksalnie, w tak trudnym ustrojowo okresie, mimo cenzury, kultura miała się dobrze, powstawały ważne inscenizacje, książki, muzyka. Rola artystów była ważna. A teraz mamy inny zestaw spraw: konsumpcjonizm chociażby, choć w ostatnim czasie gwałtowanie przybywa rożnych napięć na globie. Idąc tym tropem: takich przeciążeń wcale nie potrzeba, jeśli mogłabym mieć osobiste życzenie.

Ale w twoich tekstach nie ma polityki. Nie mieszasz się w tym zepsutym sosie, tylko obserwujesz z boku, zwracając uwagę na inne rzeczy, które nas dotykają. Raczej kierujesz się w stronę aktywistycznych postulatów.

Moje teksty nie są publicystyczne. Skupiam się na jednostce, na autentycznym przeżyciu. Jeśli ja coś czuję i znajduję słowo i dźwięk, żeby to wyrazić, ktoś odnajdzie w tym moją i jednocześnie swoją prawdę. Everything is connected. Sama widzę to po sobie – odbiorcy, że ktoś za mnie nazywa coś, na co nie mogłam znaleźć słów. Nagle przychodzi taki moment, impuls, myśl – siadam i zapisuję.

MelaKoteluk2Jak więc napisać dobrą piosenkę, która będzie wartościowa i przebojowa w jednym? Pamiętam jak pewna znana wokalistka opowiadała mi, że swój największy przebój pisała pół roku, doklejając raz na kilka tygodni po zdaniu.

Nikt nie wie, jak potoczą się losy piosenki – wypuszczasz ją spod skrzydeł i ona zaczyna egzystować samodzielnie, wedle odbiorców, i to oni piszą jej dalsze losy. Każdy ma swój styl pisania i swoje tempo. U mnie najgorzej działa nadmierne przygotowywanie się, kiedy chcę coś napisać, zabieram się do tego i powstaje cała piramida jakichś przeciwstawnych okoliczności. Może można wyrobić jakaś regularną metodę pracy – z lekką zazdrością czytałam, że tak, ale u mnie na razie nie wypala to w ten sposób. Piszę dla samej siebie i to daje taki efekt. Mam wiele dowodów na to, że słuchają ich ludzie o podobnym światopoglądzie. I tak tworzą się chyba te styczne – przez teksty. Lubię siedzieć po nocach i pisać, nagrywać, wypalić przy tym paczkę papierosów. Niewykorzystanego materiału wystarczyłoby na trzy kolejne płyty, ale niechętnie po nie sięgnę, muszą być przede wszystkim aktualne dla mnie, żebym mogła je śpiewać. Mam taki tryb działania, że jak jest już tekst i melodia, to od razu chcę nagrywać, na tak zwane świeżo. Nieraz demo pokazywało siłę nad docelowym ujęciem. Wiem kiedy piosenka ma przyszłość. To chyba kwestia intuicji. I takim momentem weryfikacyjnym jest chwila, w której gramy ją na koncertach po raz pierwszy – wtedy czuje się energię tej muzyki, z ludźmi.

Co jest zatem najważniejsze przy pisaniu tekstów?

Dla każdego coś innego jest ważne, więc nie umiem odpowiedzieć uniwersalnie. Dla mnie – emocje, niezależnie od intelektu. Nie chodzi mi o skrajny jego brak oczywiście. To emocje są „klejem”, posłańcem informacji. Inspiruje mnie sztuka, inspirują ludzie, podróże i zmiana perspektywy. Taka ciągła migracja umysłu.

Miałaś to szczęście, że wychowałaś się w domu muzycznym. Rodzice puszczali ci nie tylko Trójkę, ale Joy Division, co nie jest taką oczywistością w każdym domu. Po za tym jazz. Dostałaś solidne postawy, żeby dzisiaj z tego czerpać i łaknąć nowych inspiracji, ciągle poszerzać horyzonty i przekazywać tę naukę innym.

Rzeczywiście, nie w każdym domu słucha się Joy Division. Ale miałam też sporo grzechów muzycznych. Naprawdę słuchałam obciachowej muzyki. Jakbym miała spisać listę takich grzechów, wiele osób mogłoby się na mnie zawieść. (śmiech) Miałam rożne okresy, ale sporym szczęściem jest na pewno dom pełen dobrej muzyki. Edukacja, którą ktoś gwarantuje ci na początku. Podstawy, które można nawet odrzucić, ale które dają chęć szukania swojego dźwięku.

MelaKoteluk4W jakim muzycznym kierunku będziesz teraz migrowała?

Kierunek formuje się na bieżąco. To proces, który nabiera formy i przede wszystkim potrzebuje powietrza, luzu. I w takiej atmosferze myślę o trzeciej płycie: swobodnego tworzenia w domu, po nocach. Wtedy jest cicho i można się skupić. Może w przyszłości uda się wyjechać w trasę dalej w świat? Zobaczymy.

Rozumiem, że zespół wie o twoich światowych planach?

Cóż, nie bardzo! (śmiech) Po kolei, przyjdzie czas. Mam wspaniały zespół ludzi obok siebie. Utalentowany i spontaniczny. Umiemy ze sobą żyć – grać, gadać, urządzać burze mózgów, organizować tydzień prób przed trasą, tak jak ostatnio na Mazurach. Pełna frajda, i to jest coś.

Uważam, że to, że przemieszczacie się wspólnie w jednym samochodzie podczas trasy koncertowej, na pewno was wyróżnia. To znaczy, że – mimo bycia już ponad trzy lata non-stop w trasie koncertowej – nie czujecie przejedzenia sobą.

Tak, słyszałam o zespołach, które już ze sobą nie podróżują, nie spędzają ze sobą czasu przed koncertem i spotykają się na scenie. Ciężko to sobie nawet wyobrazić. Muzyka to suma energii ludzi gadających ze sobą na scenie w jakimś instrumentalnym wymiarze, mówiąc trochę filozoficznie. Samo czyste odegranie akordów nie niesie nic, poza czystym zagraniem akordów – tak to widzę. W trasie jest tak, że czasem ktoś nie ma ochoty gadać w busie – śpi, czyta, zamyka się w pudełku nicości i to jest ok. Normalna sprawa i dowód pewnej zażyłości wręcz! Czasami mamy kreatywne próby, kiedy dymi się od pomysłów, a czasami nici. I wtedy umiemy sobie odpuścić w czas. Przybraliśmy system tygodniowych zlotów w dziczy i to działa. Reset poza miastem, przewietrzenie głów, relaks i granie od rana do wieczora. W styczniu, przed wznowieniem trasy „Migracje”, wyjechaliśmy na tydzień do Kwaśnego Jabłka, gdzie w przerwach obiadowych zajadaliśmy się warzywami i ziołami z tamtejszej, ekologicznej uprawy. Wspaniali właściciele i pracownicy tego miejsca wyznali, ze z pełnym zaciekawieniem przysłuchiwali się naszym rozmowom podczas prób, które były nieraz długim sporem o jakiś dźwięk albo o brzmienie czegoś. A tydzień później zagraliśmy pierwszy koncert trasy w Filharmonii Szczecińskiej, będący pierwszym z cyklu osiemnastu gęsto zaplanowanych koncertów. Jak widać – ciągle migruję!

 

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA