REKLAMA
Anywhere logo

Anna Janik: Przez dziurkę od klucza na scenę

2016-06-24
...
Z jednej strony film, teatr i telewizja. Z drugiej – opera, piosenka czy gry komputerowe. Anna Janik dotyka różnych dziedzin aktorstwa. Wszystko po to, by skłonić zarówno widza, jak i siebie do zadawania pytań.
 
Pamiętasz jakiś obraz z dzieciństwa, film czy spektakl, który spowodował, że zapragnęłaś zmierzyć się z zawodem aktora?

Tak, tak, pamiętam, i to jak! Mam czternaście lat, jestem na próbie w teatrze amatorskim, wiesz, takie patetyczne jakieś, pensjonarskie deklamacje, jak na akademii szkolnej. Stawiam więc te pierwsze kroki, ale bez przekonania. I któregoś dnia wychodzę z małej salki z próby i słyszę przez drzwi na dużej scenie muzykę. Nie mam biletu, spektakl już trwa, zaglądam przez dziurkę od klucza, żeby coś zobaczyć, ale ledwo co widać, przytykam ucho, żeby lepiej słyszeć i coraz bardziej mnie to, co tam na scenie, zaczyna kręcić. Rozglądam się, nie ma bileterek, naciskam klamkę i po cichu wchodzę, jak złodziej do obcego mieszkania, i na stojąco, pod ścianą – oglądam. Coraz bardziej i bardziej zafascynowana. Jak Alicja w Krainie Czarów. To był występ gościnny, ,,Aj waj, czyli historie z cynamonem”, trochę kabaret, trochę teatr, taki literacki cymes na motywach kultury żydowskiej. I od tego dnia wiedziałem, że scena to będzie mój żywioł.

AnnaJanik1To wszystko było w...?

W Kielcach moich ukochanych, rodzinnych, całuje was, Kielce, w oba policzki!

Aktorstwo wybrałaś sama, a drogą muzyczną pewnie poprowadzili cię rodzice?

Właściwie to nie miałam wyboru. Rodzice zaprowadzili mnie do szkoły muzycznej w wieku lat pięciu. Przez ponad rok stukałam w klawisze fortepianu, później mama zapisała mnie na zajęcie w klasie skrzypiec. Pamiętam te męczarnię ćwiczeń, te tortury, udrękę, żeby dojść w końcu do tego upragnionego „wow”! Syzyfowe prace, już prawie na górze i z powrotem na dół. Zabrakło mi wytrwałości i wzięłam z nimi rozwód, choć miłość została. A nuty czytam do dziś i po dłuższej przymiarce zagrałabym. Ale już nie tak, że bawiłabym się dźwiękami, grając koncert Bacha, jak kiedyś.

Pamiętasz swój pierwszy występ przed wielką publicznością?

Przegląd szkół muzycznych, trzy miesiące przygotowań i pełna sala ludzi. Panika totalna, ze strachu trzęsły mi się kolana, ale się udało.

Czy po latach obcowania ze sceną i publicznością dzisiaj jest ci łatwiej opanować tremę?

Ona jest w sumie zawsze przed samym wejściem na deski lub przed kamerę, a znika, ulatnia się w trakcie grania. Trwa dłużej, kiedy jesteś niepewny, kiedy sam wiesz, czujesz, masz świadomość własnych braków. Tego, że mógłbyś zrobić to lepiej, gdybyś miał więcej czasu na opracowanie zadanej ci postaci. Pomaga bardzo przychylność widowni, jej reakcja, a nie tak, że gada dziad do obrazu, a on do niego ani razu. Występowałam na przykład na krakowskim Kazimierzu, śpiewałam razem z zespołem w języku hebrajskim, raz w tygodniu, przez dwa lata. Na początku trema była, jasne, nie znasz języka i musisz śpiewać z głowy. Przed gośćmi z Niemiec, Francji, Izraela. Byli do mnie tak przyjaźnie nastawieni, że zaczęłam się coraz pewniej czuć, tak pewnie, że wkrótce sama zaczęłam się tą muzyką i śpiewaniem bawić.

Miałaś okazję współpracować już z wieloma twórcami, uznanymi nazwiskami, jak i debiutami. Czy młoda osoba wchodząc do zgranego już zespołu, odczuwa niechęć od innych, czy raczej jest wyciągana pomocna dłoń?

Raz niechęć, taka, że aż zimno, raz ciepła, serdeczna, pomocna dłoń. Mam zazwyczaj szczęście. No i udaje mi się pracować z doświadczonymi aktorami, od których dużo mogę się jeszcze nauczyć.

AnnaJanik2A jak wyglądała twoja droga do najbardziej wymarzonego dla aktorów miejsca, czyli Teatru Wielkiego?

Zaczęła się od castingu. Dostałam zaproszenie od mojego agenta na przesłuchanie do opery „Zamek Sinobrodego”. Na sali około czterdziestu dziewczyn i Mariusz Treliński jako jednoosobowe jury. Główne zadanie takie, że musisz być ze wszystkimi na scenie jednym organizmem, czyli ukrywasz swoją indywidualność, a jednocześnie robisz wszystko, żeby być jednak zauważonym. Czyli wiesz, schowaj się, ale tak, żeby było cię widać.

Tobie się udało.

Myślałam, że przepadłam, ale nie, dostałam się do ostatniego etapu przesłuchań. Po czym dyrektor mi podziękował. Odpadłam. Dopiero tydzień później dostałam telefon z Teatru Wielkiego, że wchodzę do obsady.

Mimo młodego wieku zdobyłaś już doświadczenie na wielu płaszczyznach aktorstwa. Od serialu, filmu, piosenki, aż do opery. Gdzie czujesz się najlepiej?

Zawsze chciałam skakać na tym drzewie sztuki po różnych gałęziach. Jak taka wiewiórka. Tak jak mówisz, film, teatr, piosenka, opera lub serial. Teraz doszły mi dwie zupełnie nowe rzeczy, dubbing i audiobooki, które produkuję sama. I jeszcze podkładałam też ruch do gier, między innymi do „Nitro Nation”, którą produkował Platige Image. To zupełnie inne szufladki, mam obawy, nigdy tego nie robiłam, ale może właśnie dlatego to mnie nęci, czemu miałabym nie spróbować czegoś nowego? Sama się zastanawiam… Chyba jest tak, że jedno miejsce to nie dla mnie. Że lubię się przesiadać, co drugi dzień z jednego środka lokomocji na zupełnie inny.

A czy przyjęłabyś propozycję, która byłaby niezgodna z twoimi przekonaniami religijnymi, społecznymi, politycznymi?

Zależy od poziomu scenariusza, idei, projektu. Jestem otwarta. Kreuję, buduję po prostu postać, przecież to nie ja sama, mnie od niej trzeba odkleić.

A czym zatem jest dla ciebie aktorstwo na tym etapie, na którym dziś jesteś?

To ciągła podróż. Podróż wzdłuż siebie i w poprzek, we wszystkich możliwych kierunkach, po wszystkich najciekawszych przestrzeniach. Podróż, która fizycznie wykańcza, a psychicznie buzuje, rozpiera cię energia. To odkrywanie zakamarków, o których nawet nie wiesz, że je w sobie masz. Zdarza mi się czasami, że schodzę ze sceny po spektaklu i czuję jakiś dziwny rodzaj niepokoju, taki, jakiego wcześniej nie znałam. I jakimś pogrzebaczem grzebię w tych moich własnych rozpalonych emocjach.

Z drugiej strony to przekleństwo.

Nie, dlaczego? Lubię nie tylko analizować postacie do zagrania, lubię też rozkładać na czynniki pierwsze siebie samą. Przyglądać się im, poznać się z nimi, a potem układać swoją całość z powrotem, wtedy jestem bardziej spójna. To taka psychiczna samolustracja, polecam i kłaniam się!

 

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA