REKLAMA
Anywhere logo

Holandia inaczej: Groningen

2016-07-03
...
Holandia to nie tylko Amsterdam. W Groningen, stolicy jednej z dwunastu prowincji Królestwa Niderlandów, znajdziecie wszystkie holenderskie akcenty i zyskacie dużo więcej. Klimat uniwersyteckiego miasta i nieporównywalnie większy spokój. No i polecicie tam bezpośrednio z Lotniska Gdańsk liniami WizzAir.

 

Godzina dwadzieścia i jesteśmy w północno-wschodniej Holandii. Na dzień dobry spada ulewny deszcz. Titus, nasz przewodnik i opiekun, mówi, że nie padało tak jeszcze w tym roku. To tylko wylewne powitanie. gronningenPrzez kolejne cztery dni jest upał, około 25 stopni. Zanim się przejaśni, wsiadamy na łódkę. To będzie rejs dookoła miasta, bo kanał okala Groningen, tak jak dzieje się to w wielu miastach Niderlandów. W przewodniku czytam potem, że w XIX wieku „spacer dookoła kanałów” znaczył tyle samo co spacer dookoła miasta. Podobno ten dookoła Groningen trwa nieco ponad godzinę. Kameralnie. Tymczasem na łódce, gdy zbliżamy się do mostów, musimy zanurkować niemal pod sam pokład, by nie stracić głowy. Nie tylko mosty są nisko osadzone. Wszystkie zabudowy są małe i kolorowe. Wzdłuż kanałów stoją przycumowane domy na barkach. Titus tłumaczy, że w większości z nich mieszkają studenci, którym rodzice sprawiają taki dom na wodzie na czas studiów. Studenci stanowią duży odsetek miejscowej ludności, a to za sprawą Uniwersytetu Groningen (Rijksuniversiteit Groningen), jednej z najstarszych, największych i najbardziej renomowanych uczelni w kraju. Groningen zamieszkuje około 200 tysięcy mieszkańców. 50 tysięcy z nich to studenci, w tym 40 tysięcy mieszka w ścisłym centrum. Gros z nich okupuje właśnie te śliczne, designerskie barki nad kanałami. Podobno koszt samej barki jest dość niski, ale kosztowne jest jej utrzymanie i „czynsz”, czy raczej „miejsce postojowe”. Ale takie lokum okazuje się o wiele mniej luksusowe niż tutejsze akademiki – siedziby bractw. Nie, to nie amerykański film o college’u, to miasto uniwersyteckie w Holandii. W takich ekskluzywnych akademikach urządzane są przyjęcia, których nie powstydziłby się P. Diddy. Tak przynajmniej wnioskuję, patrząc na dach jednego z tych przybytków z wieży Kościoła św. Marcina w poniedziałkowe przedpołudnie. Krajobraz po bitwie.

Życie artystyczne kwitnie podobnie jak akademickie. Ośrodkiem skupiającym największe dzieła sztuki jest Groninger Museum, czyli Muzeum Groningen. To absolutna perła architektoniczna miasta. Ten kompleks, złożony z trzech odrębnych pawilonów, zaprojektowanych przez trzech twórców – Włocha Alessandro Mendiniego, Francuza Philippe’a Starcka i austriacki kolektyw Coop Himmelb(l)au – to muzeum sztuki, ale i arcydzieło samo w sobie. Kolorowe połączenie nieprzystających do siebie brył unoszących się nad wodą przypomina, że opakowanie ma znaczenie. Ale w środku jest nie mniej grania z formą, a może nawet więcej z treścią. Akurat trafiliśmy na wystawę czasową poświęconą niemieckiej grupie malarskiej Die Neue Wilde, czyli Nowi Dzicy, wywodzącej się z Hamburga przełomu lat 70. i 80. Już tylko z tego powodu warto wybrać się do Groningen. Malarstwo ekspresyjne, figuratywne, osadzone w rzeczywistości, prawie plakatowe, prowokacyjne, zabawne i skandaliczne. Jeżeli fowiści byli szaleni, to Nowi Dzicy, zwani neofowistami, byli dzicy do kwadratu. Przykładowe obrazy: „Autoportret. Masturbując się w kinie” Wernera Büttnera, „Złoty mężczyzna uderzający dziwkę” Alberta Oehlena, czy „Bez tytułu” Iny Barfuss, przedstawiający nagiego Hitlera uciekającego przed gigantycznym grzybem. Naprawdę warto. Wystawa potrwa do 23 października 2016. Oprócz prac niemieckich młodych gniewnych w stałej ekspozycji malarstwa Muzeum znajdziemy kawał historii Holendrów, ich dochodzenia do praw, z których dziś słyną, i które dla nas uchodzą za coś oczywistego w tym kraju. Znajdzie się też część historyczna i całe mnóstwo designerskich cudów.

Trochę o obyczajowości. W Groningen, podobnie jak w całej Holandii, większość stanowią ateiści, ale dużą grupą są też największe wyznania chrześcijańskie – kalwini i katolicy. Ale w Groningen wszyscy żyją razem we wspólnej kolorowej bajce. Nikt nie oburza się na sklep, który, gdybym była w stanie odczytać i przetłumaczyć szyld, pewnie brzmiałby „Wszystko z LGBT”, gdzie zakupić można drewniane zabawki dla dzieci z motywem tęczy. Czy tamtejsza społeczność chrześcijan protestuje? Nic podobnego. Holendrzy długo musieli walczyć o prawa równości dla wszystkich i zdaje się, że teraz są dla nich świętością. Może zdziwić fakt, że jeszcze w latach 70. XX wieku otwarty homoseksualizm był tam karalny. Sytuacja diametralnie odwróciła się w 1979 r., gdy Holandia jako pierwsze państwo na świecie zalegalizowała konkubinaty jednopłciowe. Dzisiaj ponad 80% społeczeństwa popiera małżeństwa i adopcję dokonywaną przez te pary. Zdaje się, że chronią tego bardziej niż liberalnego prawa narkotykowego. Jeśli ktoś tylko na to czekał – tak, w spokojnym Groningen też znajdziemy coffee shopy.

To małe miasto ma jeszcze coś prócz uniwersytetu, czym może zabłysnąć w kwestii rozmiaru. To jeden z największych – choć przewodnicy twierdzili, że największy – pubów na świecie. gronningen3„Trzy siostry” (Drie gezusters) to miejsce, w którym na pewno trzeba napić się piwa. Nietrudno tam trafić, znajduje się na Wielkim Targu, głównym placu miasta, niedaleko Kościoła św. Marcina, najstarszego w Groningen. A skoro o tym mowa, to kolejnym punktem obowiązkowym jest wspięcie się na Martinitoren, nazywaną też po angielsku Martinitower, wieżę, z której szczytu rozpościera się widok na całe miasto. Tradycją jest, że każdy, kto pokona całe 260 schodów, musi zjeść surowego śledzia i zapić go ginem. Śledzik w całości, za ogonek, hops do gardziołka. Kto nie boi się wyzwań, niech spróbuje.

Zakupy robimy na Targu Rybnym, w spożywczaku, który mieści się w okazałym budynku przypominającym Panteon, a jak się okazuje, był miejscem skupu kukurydzy. Co sobotę na placu przed sklepem odbywa się targ z warzywami, owocami i serami.

Ostatnie, choć nie najmniej ważne. Żeby poczuć się jak w Holandii, musimy przejechać się rowerem. Wiadomo, że cykliści są tu grupą trzymającą władzę. Zanim sami wsiądziemy na rower, który bez problemu możemy wypożyczyć w wielu miejscach miasta, uważajmy przy przechodzeniu przez jezdnię. Rowerzyści zawsze mają pierwszeństwo. W godzinach szczytu trzeba między nimi przemykać. Nie ma się co zastanawiać, lepiej samemu wsiąść na nasz wehikuł. A gdy już z niego zsiądziemy, uważajmy, by nie wpadł do kanału. Niemożliwe? Mojemu znajomemu udało się tego dokonać. Na szczęście rowerów ci u nich dostatek i nikt nie zrobił problemu, jednak lepiej nie próbować.

Jest jeszcze jeden dowód na to, że Groningen jest inne. „G” w nazwie miasta w tej prowincji, która nazywa się tak samo, wymawia się jak chrzęszczące, gardłowe „h”. Polacy w „Hrrrroningen”, czyż to nie cudowne? My szeleścimy, oni kraczą jak wrony – razem uczynimy świat lepszym.

Będąc tutaj, warto rozejrzeć się po okolicy, na przykład udać się nad morze, by zobaczyć foki wylegujące się na mieliźnie lub samemu skąpać się w błotku. Ale o tym w kolejnym odcinku.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA