REKLAMA
Anywhere logo

Sprostać zadaniu

2016-07-06
...
Dyrektor artystyczna Ladies Jazz Festival 2016 to jedna z najjaśniejszych gwiazd światowego jazzu. O tym, czy jazz dzieli się na męski i kobiecy i o ciężkiej drodze na szczyt opowiada fascynująca Urszula Dudziak.

 

uruszla_dudziakJest pani dziś postrzegana jako kobieta sukcesu. Ciężko było osiągnąć ten status?

Jedyną trudnością, jaką napotkałam podczas tej mojej fantastycznej przygody z muzyką, było to, żeby sprostać zadaniom. Kiedy coś mi się udawało, strasznie się tym stresowałam. Tak było, gdy na samym początku amerykański magazyn „Downbeat” typował mnie na czołowe pozycje Myślałam sobie: „Jak to? Przecież ja dopiero zaczynam”. Moja skromność była niezwykła, taka typowo polska. Zawsze jednak miałam szczęście do ludzi, którzy nie tyle mi pomagali, co pchali mnie do przodu. Sama nigdy nie rozpychałam się, nie walczyłam o coś. Moja jedyna walka to właśnie sprostanie powierzonemu mi zadaniu. Jeśli miałam przed sobą muzykę, którą ukochałam, to musiała być ona zaśpiewana perfect. Przede wszystkim musiałam zadowolić samą siebie. Oczywiście potem przekładało się to na zadowolenie publiczności.

Moja droga zaczęła się, gdy miałam cztery lata i dostałam na święta akordeon. Zaczęłam na nim grać kolędy ze słuchu i wtedy tatuś powiedział do mamy: „Gołąbeczku, chyba mamy zdolną córkę”. Potem szkoła muzyczna. Potem, gdy miałam czternaście lat, mój brat powiedział: „Teraz słuchamy jazzu”. Zakochałam się w tej muzyce. Gdy miałam lat szesnaście, do Zielonej Góry, gdzie się wychowywałam, przyjechał Krzysztof Komeda. Zaprosił mnie do Warszawy. Przesłuchał mnie, stwierdził, że dobrze śpiewam. Potem spotkałam Michała Urbaniaka, pod którego skrzydłami się rozwijałam. W 73 roku pojechaliśmy do Ameryki. Byłam bezpieczna. Natomiast potem, gdy się rozstaliśmy, miałam następny etap w moim życiu, który polegał na tym, by utrzymać to, na co razem z nim pracowałam. Bo tak naprawdę jedyna rzecz, która mnie interesowała przez całe życie, to była muzyka.

Po rozstaniu z Michałem Urbaniakiem musiała pani odnaleźć się na nowo.

Zdecydowanie. Zrobiłam niesamowitą woltę, taki „myk”, jak ja to nazywam. Oczywiście to trwało, nie stało się nagle. Całe to przeobrażenie i decyzja, że biorę wszystko w swoje ręce, było niezwykle trudne, bardzo niebezpieczne, jak mi się wtedy wydawało, ale jednocześnie bardzo pociągające. Nagle byłam niezależna: mogłam wybierać menagerów, muzyków, czego wcześniej nie robiłam. To była dla mnie czarna magia! To, że sama wychowałam dzieci i jednocześnie poprowadziłam swoją karierę w takim fajnym, zdrowym kierunku, sprawia, że nabieram szacunku dla samej siebie. Teraz wiem, że mam niezwykłą siłę i nic mnie w życiu nie złamie, ale wcześniej nie byłam tego pewna.

Kobiety w jazzie mają trudniej niż mężczyźni?

Przede wszystkim jazz jest zdominowany przez mężczyzn, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Aczkolwiek widzę, że symbioza płci jest potrzebna. Mamy dużo jazzowych wokalistek, ale niewiele instrumentalistek. One są, ale nie tak wyeksponowane, jak powinny być. Wokalistki mają zespół, który na ogół składa się z mężczyzn. Uważam, że to niesłuszne. Bardzo podoba mi się to, co powiedział Urbaniak: „Bóg wymyślił muzykę, a ludzie zaczęli ją szufladkować”. Uważam, że bardzo dobrze, że jest Ladies Jazz Festival, już jedenasta edycja, i że pozwala on wypłynąć – nie tylko wokalistkom, ale również instrumentalistkom.

uruszla_dudziak3Coś jak parytety w jazzie?

(śmiech) Tak jest, zgadza się.

Z instrumentalistek w jazzie mamy Esperanzę Spadling, która jest gwiazdą.

Ona jest multiinstrumentalistką, osobą gruntownie wykształconą muzycznie. Do tego jest wokalistką, kompozytorką i aranżerką. Młoda, bardzo twórcza. Powinna być guiding light, gwiazdą przewodnią dla wszystkich kobiet, które kochają jazz. Podobnie w tej roli sprawdza się wielka przyjaciółka Ladies Jazz Festival, Candy Dulfer.

Czym kobiety ubogacają jazz?

Przede wszystkim mamy inną energię. Mamy w sobie coś kojącego. Ale możemy też pójść za ciosem i zagrać ostro. Uważam, że w tej materii jest duże pole do popisu i możemy przekazać tę kojącą energię światu, który jest znerwicowany.

Życie w Stanach nauczyło panią pragmatyzmu? Wishful thinking, idziemy do przodu, nie patrzymy w przeszłość? Czy może pozostała w pani słowiańska nuta sentymentalizmu?

Bardzo często jeżdżę do Stanów Zjednoczonych, a właściwie do Nowego Jorku. Mówi się, że Stany Zjednoczone leżą na Zachód od Nowego Jorku. To miasto jest jak państwo! Bardzo dużo mu zawdzięczam, dzięki niemu się zmieniłam. Miałam już predyspozycje do tego, żeby mieć zdrowe podejście do życia, do ludzi – nigdy nie byłam nieufna. Miałam za to kompleksy. Jak przyjechałam do Nowego Jorku, to się tych kompleksów pozbyłam. Radość życia, dobre podejście do ludzi, wiara w siebie – tego wszystkiego nauczyłam się właśnie w Stanach.

Amerykańscy muzycy zdają się w ogóle nie patrzeć w przeszłość. Prą do przodu.

To jest bardzo mądre, ale i praktyczne. Spojrzeć w tył, ewentualnie czegoś się nauczyć – bardzo dobrze. Ale rozmyślać, obwiniać siebie i innych – nie. Amerykanie mają to, o czym pani mówi, żyją dniem dzisiejszym i planują przyszłość.

uruszla_dudziak4Emanuje pani pozytywnym nastawieniem do życia. Ale jakaś malkontentka mogłaby powiedzieć: „No tak, ale ona osiągnęła tak dużo, bo ma talent”.

A kto powiedział, że ona tego nie ma? Jeżeli tak myślimy, to tutaj jest pies pogrzebany. „Ona ma to, to, to, a ja nie mam”. Ja mówię, że każdy ma talent. A niewykorzystanie swojego potencjału jest groźne. Będziecie chorzy! Nie ma nic gorszego jak powiedzieć: „Ja już tak mam, ja mam takie geny”. Przekonałam się o tym na sobie. Była taka sytuacja, że zamknęłam się ze swoimi instrumentami elektronicznymi na strychu. Byłam tak zakochana w tej elektronice, że po dziesięciu dniach siedzenia tam okazało się, że mam: skomponowane dziesięć utworów, zaaranżowane wszystkie utwory, zapamiętane wszystkie głosy. Okazało się, że elektronika to mały pikuś. Przedtem? „Nie umiem komponować, nie umiem aranżować, mam dziurawą pamięć, jestem patałachem elektroniki”. Co się stało? Zapomniałam o swoich ograniczeniach. Ograniczenia prześladują nas całe życie. Jeżeli zdamy sobie sprawę, że to nie my, że jesteśmy oblepieni takim francowatym pancerzem, okaże się, że mamy talent i wybieramy drogę, która nas spełnia.

A czy artystce lepiej żyć z artystą, czy mężczyzną z innej bajki?

(śmiech) Dobre pytanie. Więc tak: ja mam teraz nowy związek. Jestem zakochana, zaręczona. Jest to człowiek z zupełnie innej bajki, to kapitan żeglugi wielkiej. Przedtem byłam związana tylko i wyłącznie z artystami. Zupełnie inny wymiar. Nie mogę powiedzieć, co ja wolę. Na dzień dzisiejszy za parę miesięcy skończę 73 lata. Podobno od 65 zaczyna się starość. Ja absolutnie nie czuję się stara ani wypalona. Kochana, ja się dopiero rozkręcam! Ja to mówię kobietom – starszym, w moim wieku, młodszym. Można tak jak ja, tylko najważniejszy jest stan umysłu. Artyści: bardzo twórczy, ale z nimi zawsze byłam jak niebo i piekło. Teraz mam związek pod tytułem „ulga”. Jest z innego świata, ale kocha muzykę. Razem gramy w brydża, w tenisa. Jesteśmy harmonią. Absolutnie nie brakuje mi zwariowanego artysty. Mam to już za sobą, wielu pięknych rzeczy się nauczyłam, a teraz jestem najszczęśliwszą osobą na świecie.

Ale znajdujecie wspólny język?

Oczywiście! On zna nuty, bo, jak się okazało, grał kiedyś na klarnecie. Nie jest czynnym muzykiem, bo wybrał morze. Całe życie pływał, a teraz dopłynął do portu przeznaczenia i dryfujemy razem.

uruszla_dudziak5Zakończmy na Ladies Jazz. Na czyj występ w tym roku czeka pani szczególnie?

Mam wielki sentyment do zespołu The New York Voices. Zresztą znam ich bardzo dobrze – występowaliśmy razem w Nowym Jorku w fantastycznym projekcie „Bending Toward the Light” w latach 90. Zawsze mi się podobali. Potrafią zaśpiewać wszystko: muzykę klasyczną, blues, jazz, świetnie improwizują. Czekam na nich. Ale też na Stacey Kent.W zeszłym roku byłam na jej koncercie i wyszłam stamtąd rozanielona. W tym roku Stacey przygotowała specjalnie na Ladies Jazz Festival oryginalny, nigdzie nieprezentowany program pełen brazyliady i bossa novy. Do tego będziemy gościć nigdy niekoncertujących w Trójmieście i z jedynym tegorocznym koncertem w Polsce francuskie Paris Combo, a wszyscy przecież wiemy, jak ciekawy mix tworzy amerykański jazz z francuską chanson.
Będę jeszcze wspaniałe artystki w przestrzeni miejskiej Gdyni: całe miasto i letnicy będą mieli okazję podziwiać ich umiejętności i talent na świeżym powietrzu w kontekście spraw miejskich. Cała Gdynia będzie żyła jazzem, tętniła muzyką.

Pojawi się pani na scenie tak jak w zeszłym roku?

Bardzo możliwe. Będę cały czas czuwać! Rozmawiałam już z Anią Serafińską, która dla naszego festiwalu będzie robić projekt ze swoją babcią, Carmen Moreno. Carmen w lipcu skończy 90 lat. Gdynia ma 90 lat, więc to będzie niesamowity koncert. Może przemknę i razem się zabawimy.

 

Ladies Jazz Festival to jedyne tego typu przedsięwzięcie na świecie, składające tak otwarcie hołd kobietom jazzu i muzyki w ogóle. Tegoroczna edycja festiwalu, który odbywać się będzie w Gdyni w dniach 8-25 lipca, jest szczególna: po raz pierwszy w Polsce wystąpi Rumer, na jedynych koncertach w tym roku w kraju będą dawno niesłyszani i nieoglądani Paris Combo i New York Voices, a Stacey Kent przedstawi przygotowany specjalnie na tę okazję swój własny brazylijski program.

 

źródło fot.: Tomasz Sagan

 

REKLAMA
REKLAMA