REKLAMA
Anywhere logo

Janusz Majewski: Arbiter elegancji w polskim kinie

2016-07-18
...
Janusz Majewski od kilku dekad regularnie kręci filmy. Ostatnio obsypany został nagrodami za obraz „Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”, film o czasach powojennej polski, świecie jazzu, nonszalanckiej modzie i inteligenckim środowisku. To także zapis wspomnień samego reżysera, do których wspólnie zaglądamy.

 

Mamy rok 1938. Lwów. Dostaje pan na gwiazdkę dziecięcy projektor filmowy i zaczyna się cała pana przygoda z kinem.

Początek tej przygody miał miejsce parę miesięcy wcześniej, kiedy w polskich kinach pojawił się film „Królewna Śnieżka” – pierwszy pełnometrażowy film animowany Walta Disneya. To było bardzo mocne przeżycie, które zapadło we mnie głęboko. Do tego stopnia, że prosiłem mamę o kolejne seanse. Ale ważniejsza od samego filmu nie była treść czy to, co widzę na ekranie, tylko magia kina, która mnie zafascynowała. Klimat. Ciemna sala, w której ludzie w podobnych momentach się śmieją czy boją. Reagują podobnie, nie kryjąc tego przed innymi. Dlatego dzisiaj też nie lubię oglądać filmów w domu. Na dodatek wszystko jest poprzerywane reklamami. Ludzie nie są w stanie się skupić na jednym obrazie. Potrzebują pauz. To jest smutne. Dopełnieniem tej fascynacji kinem był właśnie projektor, który bardzo szybko przepadł. Wówczas stworzyliśmy z moim kuzynem urządzenie, epidiaskop, który pozwalał nam wyświetlać ryciny z książek. To były moje pierwsze próby stworzenia czegoś na kształt kina.

majewskiZanim pan na dobre rozpoczął swoją edukację w szkole filmowej, przeżył pan II Wojnę Światową pod Lwowem.

To nie są łatwe wspomnienia. Początkowo jeszcze byliśmy w rodzinnym domu we Lwowie, później musieliśmy stamtąd uciekać, żeby przetrwać ten czas w niewielkiej wiosce i czekać na wyzwolenie. Zostaliśmy wygnani z rodzinnego miasta. Najpierw okupacja sowiecka i wywózki przez sowietów na Sybir. Fatalny stan zaopatrzenia i ciężkie warunki życia. Mord profesorów i Żydów, których we Lwowie było bardzo dużo. Pamiętam doskonale stan, który się notorycznie powtarzał. To był strach i czekanie w domu. Obserwowanie wszystkiego zza szyb okna. Ale czerpałem z tego jakieś korzyści. Dobrałem się do biblioteki mojej mamy. Nauczyłem się czytać, kiedy miałem pięć lat, a kiedy miałem dziesięć odkryłem świat literatury francuskiej w tłumaczeniach fantastycznego Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Chcąc nie chcąc musiałem szybciej dorosnąć, zresztą jak całe moje pokolenie.

To były pierwsze solidne podstawy do rozpoczęcia nauki w krakowskim liceum. Liceum, do którego uczęszczał też Sławomir Mrożek.

Wszystko, co przeżyliśmy podczas wojny, zostało w naszej pamięci, dlatego tak istotny był ten Kraków i to, że mogliśmy tam już bardziej swobodnie oddychać, chociaż jeszcze przez kilka tygodni wojna wciąż trwała. Ten czas to moment wybudowania podstawy do tego, co dzisiaj robię. Nauka wielu dziedzin, poznawanie ludzi. Wielogodzinne rozmowy o kinie, sztuce, książkach. Słuchanie sprowadzanych z zagranicy płyt. To były pierwsze lata po wojnie. Wówczas w kinach pojawiły się filmy amerykańskie i cały ten jazz, który we mnie pozostał po dziś dzień. Napływała do nas prasa zagraniczna. Tygodniki ze Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii można było kupić w kioskach już parę miesięcy po zakończeniu wojny. To także początek najważniejszego tytułu w moim życiu – tygodnika „Przekrój”. Miałem wszystkie numery. Co tydzień w piątek ze zniecierpliwieniem czekałem, aż ustawię się w kolejce do kiosku. Ten magazyn kontaktował nas ze światem i ukształtował pokolenie, które musiało odreagować makabrę, jaką była wojna. 

Miał pan to szczęście, że mógł ten kontakt ze światem poszerzać znacznie mocniej. Część pana rodziny mieszkała w USA.

Dostawaliśmy od nich paczki. W nich wspomniane płyty, które u nas nie były dostępne, kolorowe magazyny. Pamiętam dokładnie najpopularniejszy tytuł: „Life”. Oglądało się go jak relikwię. Przeglądało i analizowało każdą stronę czy artykuł. Czas przedmaturalny był też początkiem mojej fascynacji modą.

majewski2Był pan przecież – zarówno w Krakowie, jak i później w Łodzi na studiach filmowych – nazywany arbitrem elegancji.

To był okres, kiedy na ulicach panowała klasyka. Garnitury, koszule, krawaty. Dopiero później nastała moda na styl wojskowy, na modę z demobilu. Taka kurtka amerykańska była na wagę złota. Raz dostałem w paczce czapkę wojskową w kolorze khaki z maleńkim daszkiem i szwem na środku. Czapkę, którą żołnierze amerykańscy wkładali pod hełm, żeby ich mniej uciskał. Dumnie ją nosiłem po ulicy, aż usłyszałem za sobą rozmowę dwóch starszych mężczyzn: „popatrz, popatrz, ten chłopak idzie z dupą na głowie!”.

Sparzył się pan?

Od razu przestałem ją nosić. Ale styl nonszalancki, nawet zaczepny, zawsze mi towarzyszył. Co było, jak widać, ryzykowne, dlatego że mundury amerykańskie czy zachodnie wcale nie były dobrze widziane na naszych ulicach. Na tak zwanej krakowskiej „Tandecie”, gdzie można było kupić przeróżne ciuchy, znalazłem raz trencz oficerski, krój klasyczny jak Burberry. Pewien krawiec skopiował go w kilku egzemplarzach dla całej naszej paczki.

Trochę intuicyjnie wybierał pan te wszystkie bodźce, które pana kształtowały. Jeszcze wtedy przecież nie wiedział pan, że kino będzie tą właściwą drogą.

Tak. Początkowo była to architektura w Krakowie. Na szczęście, co sobie później ceniłem, moi rodzice wybili mi z głowy studia w Szkole Filmowej w Łodzi. Po wojnie rynek pracy w przemyśle filmowym był dość skromny, kręcono trzy-cztery filmy rocznie. Poza tym, żeby zdawać na reżyserię, musiałem ukończyć wcześniej inny kierunek, najlepiej pokrewny. Ta architektura i cały Kraków to najlepszy początek, jaki można było sobie wymarzyć, a po skończeniu architektury pojechałem wreszcie do łódzkiej Szkoły Filmowej. Rozpoczęła się moja przygoda z filmem. Oglądaliśmy je wspólnie z kolegami, by później przez wiele godzin analizować to, co zobaczyliśmy. Uczyłem się języka filmowego. Zrozumiałem, że ważne jest nie tylko to, co się opowiada w kinie, ale jak się opowiada. To była z jednej strony kinematografia sowiecka. Ale nie ta propagandowa, tylko klasyka, od Siergieja Eisensteina po Wsiełowoda Pudowkina. Z drugiej strony filmy zachodnie, amerykańska klasyka: Orson Welles, John Ford... Niestety później nastąpiła inwazja telewizji, która spłaszczyła ten obraz. Zaczęto kręcić dużo gorsze filmy.

majewski4To, o czym cały czas rozmawiamy, o okresie powojennej Polski, zachodnich paczkach z płytami, jazzie czy nawet tym trenczu wzorowanym na Burberry, to wszystko układa mi się w historię, którą widzimy na ekranie w pana najnowszym filmie „Ekscentrycy”.

Na pewno sporo z Fabiana, głównego bohatera, którego gra Maciej Stuhr, można znaleźć w moim życiorysie. Ale było to powszechne, dlatego że większość z nas chciała być częścią Zachodu, nie Wschodu. Taki konglomerat wpływów, o których pan mówi, mnie ukształtował. Szczególnie jazz – to była muzyka, która dawała mi poczucie wolności. Swobodna, improwizacyjna, ale bardzo zdecydowana. 

Mam wrażenie, że takiego filmu jak „Ekscentrycy” w Polsce jeszcze nie było. Chociaż jazz, czy ten z ery swingu, czy później Krzysztofa Komedy, był bardzo namacalny. Świat już dawno opowiadał o zjawisku, jakim jest ta muzyka. Bob Fosse nakręcił „Cały ten zgiełk”, Martin Scorsese „New York, New York”. My musieliśmy poczekać na pański film.

Gdybym nie przeżył tego wszystkiego słuchając tej muzyki i nie był nią tak zafascynowany, pewnie nie zrealizowałbym tego filmu. Wówczas jazz był życiem nie tylko moim, ale też moich rówieśników. To była muzyka pokoleniowa, na niej zostały zbudowane późniejsze gatunki, od rocka, bluesa po wszystkie inne brzmienia. Dzisiaj nie jest to muzyka masowa, ani taka, która odciska piętno na pokoleniu, dlatego nikt takiego filmu za mnie nie opowie.

Należy pan do tych reżyserów, którzy ubierają swoje filmy za każdym razem w inny gatunek. Kiedy zestawimy ze sobą „Zaklęte rewiry”, „Królową Bonę”, „Sprawę Gorgonowej” czy „Siedlisko” to widać, jak każdy film jest inny od drugiego. Ale stroni pan od polityki czy czasów współczesnych.

Uważam, że opowiadanie o tym, po co każdy może na własną rękę sięgnąć, jest zbyteczne. Po co fotografować coś, co można jeszcze zobaczyć i komentować. Mnie interesuje odtwarzanie rzeczy czy tematów, których już nie ma i które nie powinny być zapomniane. Kiedyś sobie założyłem, że każdy kolejny film musi być zupełnie inny od poprzedniego. Napisałem jakiś czas temu książkę „Czarny mercedes”. To kryminał dziejący się w czasach okupacji niemieckiej. Jeżeli uda mi się w tych trudnych czasach zdobyć pieniądze na film, to już niedługo rozpocznę nad nim pracę. Ten kryminał będzie kolejnym, nowym wyzwaniem. Kiedyś usłyszałem, że jestem najbardziej gatunkowym reżyserem wśród polskich twórców. Romansowałem z kinem sądowym, kostiumowym, dramatem, horrorem, komedią. Teraz pora na solidny kryminał i kolejną lekcję kina.

Jesteśmy też w takim momencie politycznym, w którym podobnie jak w czasach cenzury dochodzi do głosu sztuka przepełniona aluzjami.

Takiego raju dla twórców jak czasy komuny już nie będzie. Jak się popatrzy na te osiągnięcia, które zostawił okrutny okres na polskich kartach historii, to się to opłaciło. Wtedy powstawały najważniejsze rzeczy. Film, jazz, polska szkoła plakatu, muzyka, teatr. Takie wydarzenia wyzwalają w twórcach jakieś reakcje, które później są przekładane na działania. Myśmy wówczas nauczyli siebie, a później widownię operować aluzjami, niedomówieniami. Krytycy sami często dorabiali ideologie. Pamiętam, jak pojechałem z filmem „Lokis” na festiwal filmowy do Wenecji. Na drugi dzień po pokazie przeczytałem recenzję, w której twierdzono, że niedźwiedź pojawiający w filmie jest symbolem Rosji, która ciemięży Polskę. W głowie mi nawet nie powstała taka myśl. Czy dzisiaj jest to możliwe – trudno powiedzieć, bo czasy są zupełnie inne i niezliczona jest ilość bodźców i mediów.

Kino to ciągły rozwój. Pan doświadczył ogromnych zmian w tej dziecinie, od wspomnianego na początku dziecięcego projektora po ogromne rozwiązania technologiczne. Dawniej kino było ciemną salą, dzisiaj coraz częściej zastępuje się ją telefonem komórkowym.

Dzisiaj film stracił na magii, wszystko stało się produkcją taśmową. Pamiętam czasy, kiedy do kina można było wejść w trakcie oglądania filmu, obojętnie w którym momencie, i zostać do następnego seansu. Dzisiaj jest to niemożliwe. Ta swoboda, wolność odbioru... Oglądanie na telefonie zdarza się moim studentom. Tępię to i uważam to za szczyt nieposzanowania dla twórców, ale też lekceważenie swojego przyszłego zawodu. Człowiek, który marzy, by zostać reżyserem czy aktorem i ogląda klasykę na telefonie może sobie podarować ten zawód. Jest to nieuniknione, że świat się zmienia. Widzę pewne zniecierpliwienie wśród młodych ludzi, którzy nie są w stanie utrzymać dłużej skupienia na jednym punkcie, a co dopiero przesiedzieć wiele godzin w ciemnej sali kinowej. Drugą, smutną stroną moich obserwacji jest zamknięcie się młodych ludzi na to, co już było. Niestety nie da się, i to w każdej dziedzinie, nie czerpać z dorobku poprzednich pokoleń. Nie da się ominąć lekcji kina, żeby zostać dobrym rzemieślnikiem.

 

fot.: Zenon Żubyrtowicz

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA