REKLAMA
Anywhere logo

Krzysztof Zanussi: Składam się z wątpliwości

2016-07-25
...
Krzysztof Zanussi, jeden z najważniejszych i najczęściej nagradzanych polskich reżyserów, zaprosił nas do swojego domu, by na chwile cofnąć się w czasie i opowiedzieć nam jak zaczęła się jego przygoda z kinem. Kinem, które w latach 70-tych stało się głosem pokolenia.

Chciałbym zacząć od „Życia rodzinnego”, pana drugiego filmu, w którym odnajduję odniesienia do pana życia. Wygląda trochę na rozliczenie się z przeszłością, domem rodzinnym. Czy kino było ucieczką, a zarazem smakiem wolności i samodzielności?

Kiedy się zajrzy do moich filmów, szczególnie tych pierwszych, to można odnieść wrażenie, że są to obrazy autobiograficzne, w których rozliczam się z przeszłością, okresem dzieciństwa. Opisuję to, co widziałem, czego doświadczyłem. Rzeczywiście jest w nich sporo mnie. W „Życiu rodzinnym” jest to wątek ojca, on rzeczywiście zaczerpnięty jest z mojej rodziny.

Jednak postać Wita, którego gra Daniel Olbrychski, syna marnotrawnego, który za młodu opuszcza dom i odcina się od korzeni, jest zupełnie przeciwna do mojej. Ja może i chciałem poczuć ten smak wolności, nawet się z tym dusiłem, ale przez dziesięć lat studiów raczej błądziłem, bo nie wiedziałem co tak naprawdę chcę robić. Studiowałem na wielu uczelniach i kierunkach, w przeciwieństwie do mojego bohatera, który czuł się spełniony, chociaż może tylko pozornie.

KrzysztofZanussi1

Mimo wszystko nie jest pan dla swojego bohatera łaskawy.

To były czasy buntu po 68-mym roku wśród młodego pokolenia, które uważało, że można zacząć życie od zera. Tak jak się zachce, odcinając się od wszystkiego i wszystkich dookoła. Uważałem to za kłamstwo. Chciałem z tym walczyć. Przecież po to dźwigamy nasze geny, żeby coś z nimi zrobić. Nie można odciąć się od korzeni rodziców czy dziadków poprzez negację, zapomnienie, tylko trzeba się z tym rozprawić. Poniekąd tak, jak ja w „Życiu rodzinnym” czy innych moich filmach. Od korzeni i tradycji się nie ucieknie, co pokazuje finalna scena filmu. Chociaż początkowo zakończenie miało być zupełnie inne.

Jakie?

Wielki dom rodzinny głównego bohatera miał spłonąć, a wraz z nim zmarły ojciec. Wszystko miało się zajarzyć od świecy, a że nie było tam bieżącej wody, strażacy nie zdążyliby uratować budynku. Specjalnie pod to była już przygotowana scenografia. Wybrałem ostatecznie dla mnie ważniejsze i mniej oczywiste zakończenie, które nie ułatwia widzom odpowiedzi na pytanie. Później Andrzej Wajda powiedział mi, że zmarnowałem genialne, filmowe zakończenie na rzecz intelektualnego łamańca. Rzeczywiście, ale dla mnie nie liczył się efekt wizualny, tylko to, z czym pozostawiam głównego bohatera.

Powiedział pan, że przez wiele lat błądził, studiował wiele kierunków zanim doszedł do kina. Dlaczego?

Kino było moją próbą. Możliwe, że nawet ostateczną. Wcześniej próbowałem być fizykiem i filozofem. Ale to były zawsze kierunki, które sam wybierałem, za każdym razem myśląc, że może ta droga jest odpowiednia. Moja rodzina z pokolenia na pokolenie była rodziną architektów, inżynierów zajmujących się budową i konstrukcją wielkich domów i mosiężnych mostów i kolei. Chciałem odwrócić się od tego, zapisując zupełnie nową kartę w historii, ale nie dlatego, że się wstydziłem korzeni, tylko to były czasy socrealizmu. Ojciec nawet przygotowywał mnie do studiów na architekturę, ale popełnił taktyczny błąd. Oprowadzał mnie po Warszawie. Pokazał Pałac Kultury, tłumacząc dlaczego jest to tak źle zbudowane, w złych proporcjach, a później zabrał na Plac Konstytucji, wskazując niezgrabnie usytuowane budynki. (śmiech)

KrzysztofZanussi2

Czy rodzice panu nigdy nie narzucali drogi, którą powinien pan wybrać? Pytam, ponieważ cały czas szukam odpowiedzi na bohaterów z pańskich filmów, którzy stawiają sobie trzy kluczowe pytania: Kim jesteśmy? Kim chcielibyśmy być? Kim powinniśmy być?

Nigdy nie odczułem ze strony rodziców jakiegoś zawodu czy narzucenia. Oni tolerowali moje wybory i zawirowania wiedząc, że to wszystko nie są lekkomyślne decyzje. Byłem jedynakiem, wszyscy z trudem przeżyliśmy okres wojny, moi rodzice chcieli dla mnie jak najlepiej. Do późnego wieku mieszkałem z nimi, właściwie pierwsze mieszkanie wiąże się dopiero z moim debiutanckim filmem pełnometrażowym „Struktura kryształu”, który powstał tuż po szkole filmowej. To dość późny okres jak na usamodzielnienie.

Kiedy już pan dostał się do Łódzkiej Szkoły Filmowej i to za pierwszym razem, to droga znowu była pełna zakrętów. Po drugim roku pana wyrzucono.

To jest historia, którą bardzo łatwo można byłoby potraktować tabloidalnie. Ale w rzeczywistości było to po prostu chwilowe nieporozumienie pomiędzy mną, a wykładowcami. Jeszcze przed studiami filmowymi, kręciłem wiele amatorskich filmów krótkometrażowych, które zdobywały dobre noty i nagrody na festiwalach. Te filmy dały mi szansę wyjazdu do Francji, by podpatrzeć francuską nową falę. To byli tacy reżyserzy jak François Truffaut. Przebywałem na ich planach filmowych, zrobiłem nawet wywiad z Jean-Luc Godardem. Zupełnie inne kino. Kamera trzymana w ręku. Aktorzy improwizują, w dodatku aktorzy nieznani, często po raz pierwszy występujący przed kamerą. Dla mnie szok. Niestety wykładowcom z Łodzi się to nie podobało, oni tego nie znali. A ja wróciłem stamtąd i chciałem robić tylko takie kino, które dla nich równało się z amatorszczyzną. Nikt z nich nie wyjeżdżał do Francji, nie poznał nowej fali, nowego języka w kinie, który podważał starą szkołę filmowania. Dlatego powstał między nami mur i dla przykładu wyrzucono mnie. Na całe szczęście przywrócili mnie po czasie z powrotem.

Krzysztof Zanussi, głos kina moralnego niepokoju, zawsze był niewygodny. Jest pan chyba odporny na różne konfrontacje, towarzyszyły panu przez całe życie, nawet przy ostatnim filmie „Obce ciało”, który został skrytykowany jeszcze przed powstaniem.

Rzeczywiście, nie było to do końca obiektywne, ale przyzwyczaiłem się do tego. Byliśmy przyzwyczajeni i trochę też nauczeni jak omijać cenzurę tak, żeby przeszło to, co chcemy. Nie zawsze się udawało. Z „Barw Ochronnych” musiałem wyciąć kilka fragmentów z Haliną Mikołajską, wraz z premierą filmu przygotowane były też różne prowokacje, na przykład mające na celu obrazić rektorów, ludzi będących naukowcami, inteligentami czyli tymi, o których jest ten film. Nie udało się na szczęście. Bardzo dużą cenę zapłaciła też „Iluminacja”.

KrzysztofZanussi4

Czy takie filmy jak „Barwy ochronne” i „Iluminacja”, klasyki kina moralnego niepokoju, miałyby szanse dzisiaj powstać? W czasach, kiedy te intelektualne łamańce, o których mówił Andrzej Wajda, zostały zamienione na filmowe obrazki?

Zapotrzebowanie to jest pojęcie, które tworzą marketingowcy, więc pod tym kątem trudno mi się wypowiadać. Absolutnie wierzę w ludzi i w to, że mają potrzebę łaknienia nowych emocji. Nie można poruszać się schematami, nie w kinie czy sztuce. Jeśli widzowi damy to, czego on oczekuje, to nie ma to sensu. Przecież nikt nie czekał na filmy Felliniego czy Bergmana, bo nie wiedział, że taki język kina może istnieć. Dlatego spekulowanie i prowadzenie badań jest bez sensu, tym bardziej, że język filmowy zmienia się dzisiaj dużo wolniej, niż kiedyś. Coraz rzadziej pojawiają się w kinie nowe nurty, dlatego też co dzisiaj miałoby szanse powstać i się przebić jest wielką niewiadomą.

A na co dziś w kinie zwraca pan uwagę?

Najważniejszą rzeczą przy pracy nad filmem jest to, by był on zrobiony w stopniu poważnym, dotyczy to także konwencji. Taka zasada towarzyszyła mi zawsze. Poza tym trzeba odbijać się od swojego poprzedniego filmu, żeby nie popaść w pułapkę, tym bardziej jeśli poprzedni film odniósł duży sukces. Nie wolno tworzyć w materii pewnej, bo ta materia z natury jest przegrana. Podobnie jest z auto-cytatami, cytatami z filmów, gry skojarzeń, którą prowadzi reżyser z widzami. Nie lubię tego, to mi zamyka odbiór. Nie widzę też sensu zmuszania widza do wiedzy, którą narzucam cytując innych. Teraz na przykład zaczynam pracę nad nową wersją „Fausta”, ale muszę zrobić wszystko, żeby odbiór był taki, by widz oglądając mój film nie poczuł, że zna tę historię.

Trzy kluczowe pytania bohaterów z pańskich filmów to: Kim jesteśmy? Kim chcielibyśmy być? Kim powinniśmy być? Czy dzisiaj może pan powiedzieć, że udało się panu odpowiedzieć na te pytania?

Dzisiaj wiem, że na te pytania trzeba odpowiadać sobie nieustannie. To taka metafora horyzontu, który się ciągle oddala. Trudno byłoby się przyznać, że składam się cały z wątpliwości, dlatego, że mam świadomość ile w życiu zyskałem. Natomiast z całą pewnością poniosłem nie raz klęski. Myślę, że istotą moich pytań jest ich nieustanne zadawanie, a nie szukanie ostatecznej odpowiedzi. Mam nadzieję, że takie jest też moje kino i moi bohaterowie.

 

fot.: Monika Szałek

REKLAMA