REKLAMA
Anywhere logo

Simone Moro: Góry to nie wyścig

2016-07-27
...
Poszukiwacze przygód i dziennikarze zawsze będą się lubić. Ci pierwsi chcą opowiedzieć swoją historię, ci drudzy tylko na to czekają. Dlatego w rozmowie z Simone Moro zaistniała harmonia. A miał co opowiadać. W lutym on i jego zespół – Alex Txikon, Ali Sadpara i Tamara Lunger dokonali pierwszego udanego zimowego wejścia na Nanga Parbat. Teraz jedynym niezdobytym zimą ośmiotysięcznikiem pozostaje K2.

 

Simone Moro jest jednym z najlepszych alpinistów w historii. Jego największe osiągnięcie to kontynuacja dzieła polskich wspinaczy, Krzysztofa Wielickiego, Jerzego Kukuczki, Macieja Berbeki, Andrzeja Zawady. To zimowa wspinaczka na ośmiotysięczniki Himalajów i Karakorum, najwyższe szczyty świata. Po dwóch wcześniejszych próbach 26 lutego 2016 roku udało mu się zdobyć jeden z najrozleglejszych i najwyższych gór świata, Nanga Parbat.

simone_moroCo porabiasz ostatnimi czasy?

Dużo trenuję i daję wykłady. Trenuję codziennie, to moja mantra. Trening, trening, trening.

Na ściance?

Tak, ale również dużo biegam. Pokonuję 100-120 kilometrów tygodniowo. Robię to codziennie. Dziś rano popracowałem trochę przed komputerem, potem zrobiłem trening na ściance, a teraz jestem w podróży do Bergamo. Potem znowu bieg. Daję dwa do trzech wykładów w tygodniu.

Ciągle w ruchu. Przeczytałam, że studiowałeś bibliotekoznawstwo. Czy to prawda?

Nie, to złe tłumaczenie! Studiowałem księgowość (ang. „book keeper” – przyp. red.). Przez pięć lat siedziałem i wkuwałem liczby, wskaźniki, podatki - wszystkie parametry finansowe firm. Oczywiście nie widziałem się za biurkiem jako księgowy jakiejś firmy. A z bibliotekami mam tyle wspólnego, że sam napisałem pięć książek o moich ekspedycjach i można je znaleźć w bibliotekach.

Przedtem trzy razy próbowałeś zdobyć Nanga Parbat. Ta góra musiała nauczyć cię cierpliwości.

Tak. Miałem dwie próby zimą i jedną latem. Zimą 2012 i 2014 roku, raz od strony flanki Diamir z Denisem Urubko, drugi raz od strony Rupal z Davidem Gottlerem. Próbowałem też znaleźć nową trasę latem 2003, wtedy też nie dotarłem na szczyt.

Jakie to uczucie musieć zawrócić?

Wiele nauczyłem się z moich porażek. Mówię uczciwie: jestem dość krytyczny wobec siebie, jeśli chodzi o analizowanie swoich ekspedycji. Nawet gdy mi się udaje, tak jak to się wreszcie stało w tym roku, zawsze myślę, co można było zrobić lepiej. Zdałem sobie sprawę, że Nanga Parbat to zupełnie inna góra niż pozostałe ośmiotysięczniki. A to dlatego, że to największa góra na świecie. Nie najwyższa – najrozleglejsza. Żeby dać ci wyobrażenie: wspinając się na Mount Everest od północnej, chińskiej strony, różnica między bazą a szczytem wynosi 2400 metrów. Najwyższa baza mieści się na 6400 metrów, a szczyt to około 8800 metrów. Cóż, w przypadku Nanga Parbat po tym, jak wespniesz się do bazy na 2400 metrach, idziesz cały czas wzwyż i przystanki musisz organizować sama. Dlatego potrzebujesz innej strategii. Tego właśnie nauczyłem się z poprzednich prób. Zawsze cieszyłem się z każdej ekspedycji, nawet jeśli nie dochodziłem na szczyt, ponieważ mnóstwo się uczyłem.

simone_moro1W 1997 roku straciłeś partnera, Anatolija Bukriejewa. Wychodząc na ekspedycję, przygotowujesz się na najgorsze?

To zdarzyło się tylko raz w moim życiu. To był ciężki moment, bo straciłem przyjaciela. Zarazem zawsze byłem tym, który potrafił znaleźć coś pozytywnego w każdej złej sytuacji. Kiedy decyduję się na odwrót, jestem w stanie przekonać do tego samego mojego partnera. Nie ryzykuję zbyt wiele. Jeśli spojrzeć na moją karierę, 30% z moich projektów zakończyło się fiaskiem. Ale nadal żyję! Nadal żyję. Mam za sobą 54 ekspedycje, 15 z nich to wspinaczki zimowe. Mimo, że wybieram trudne projekty, jestem osobą, która wie, kiedy przestać, zanim będzie za późno. Oczywiście, jestem przygotowany na wszystko, ale przy tym jestem bardzo rozważny. Zawsze powtarzam, że najlepszy wynik to bezpiecznie wrócić do domu. Zbyt dużo przyjaciół straciłem w górach. Kiedy popełnisz duży błąd, to już koniec, na zawsze. A ja tego nie chcę.

Twoja żona musi być bardzo zestresowaną osobą.

Szczerze? Nie bardzo. Mówię to, bo wiele razy ją o to pytam, nie dlatego, że tak zakładam. Ona bardzo mi ufa i ma dowody na to, że nie jestem kamikadze. Między nami mówiąc, czy myślisz, że gdybym był szaleńcem, nadal żyłbym po takich ekspedycjach? Ja naprawdę potrafię słuchać strachu, kiedy nadchodzi. Jestem też przygotowany na tak duży wysiłek. Dlatego właśnie tak dużo i tak ciężko trenuję. Ilość moich treningów można przyrównać do przygotowań do olimpiady. Dwa razy dziennie, przez wiele godzin. Nigdy w życiu nie piłem ani nie paliłem. Jestem bardzo surowy dla siebie, a moja żona mnie obserwuje. Wierzę też w przeznaczenie i wiem, że pragnę jeszcze wielu innych rzeczy w życiu. No a poza tym ona też się wspina, więc doskonale rozumie to, co robię.


Wydaje mi się, że dzisiejszy alpinizm jest bardzo agresywny. Panuje prawdziwa walka pomiędzy różnymi teamami i ich sponsorami.

To prawda, ale nie dla wszystkich. Istnieją tacy, którzy traktują to jak wyścigi, kiedy jest kilka zespołów zmierzających na ten sam szczyt. Ale to absolutnie nie mój styl wspinaczki. Po pierwsze dlatego, że ja nie potrzebuję konkurencji. Nie chcę zabrzmieć arogancko, ale moja kariera wspinacza mówi o wiele więcej niż kolejne jednostkowe osiągnięcie. Pozostaję taki sam z moimi ograniczeniami i zaletami. Ci, którzy traktują wspinaczkę jak konkurs, nie mają prawdziwej, klasycznej górskiej mentalności. Bo góry to nie wyścig. Jeśli myślisz inaczej, chodzi ci nie o eksplorację, a sławę, pieniądze, sponsorów . O ego. Jeśli przyjrzysz się Kukuczce, Wielickiemu, Zawadzie, Berbece, Messnerowi – wszystkim tym gigantom – im nie chodziło o wyścig. Ścigali się sami ze sobą, próbując przesunąć granicę swoich możliwości. To prawda, że dziś ludzie za bardzo ze sobą konkurują i myślą, że kolejny szczyt zmieni ich życie. I to ich największy błąd, bo mogą zginąć, decydując się na większe ryzyko.

simone_moro2Dlaczego Denis Urubko nie wziął udziału w tej ekspedycji?

Po wydarzeniach w 2013 roku powiedział mi, że boi się zamachów terrorystycznych. Planował też inną ekspedycję. Próbowałem wytłumaczyć mu, że nie ma już ryzyka ataku, ale jestem osobą, która nigdy nie nalega. Z drugiej strony rozpocząłem nową współpracę z Tamarą Lunger. To niezwykłe dla kobiety wybierać się w takie ekspedycje, ale ona jest naprawdę silną alpinistką. W alpinizmie to nie płeć jest najważniejsza.

Nie weszła na sam szczyt. Co się wydarzyło?

Tak, zatrzymała się 70 metrów przed szczytem. Ale wykonała całą 4000-metrową wspinaczkę pionową. Jeśli zatrzymujesz się 70 metrów przed szczytem, to oczywiste, że jesteś w stanie to zrobić. Zatrzymała się, bo była wyczerpana, jak my wszyscy, ale ona dodatkowo była niedysponowana. Była w nie najlepszej kondycji fizycznej, więc podjęła mądrą decyzję, by nie narażać siebie i nie zostać tam na zawsze.

Wyjdziesz jeszcze na ekspedycję z Denisem Urubko?

Być może kiedyś, ale nie teraz. Nasza przyjaźń pozostaje cały czas taka sama. Myślę, że on przygotowuje się do zakończenia swojej kariery w ekstremalnym alpinizmie. Jeśli spojrzysz na Denisa Urubko dziesięć lat temu i dzisiaj, zobaczysz, że nie jest tak zmotywowany jak kiedyś. Przez ostatnie sezony nie zrobił żadnej ekspedycji. Skupił się na trenowaniu i motywowaniu młodych wspinaczy. To może być dla niego piękne zakończenie kariery. Co do mnie, nadal jestem tak zmotywowany, jak 20 lat temu. Poziom mojej wagi, podobnie jak treningów, jest dokładnie ten sam. Mam w głowie tak wiele projektów, że potrzebuję superzmotywowanego partnera. Tamara jest idealna w tej roli.

Co dalej? Zdobędziesz K2 zimą?

Nie. Spotkałem się ostatnio z Krzysztofem Wielickim. Właśnie organizuje zimową ekspedycję na K2. Obiecałem mojej żonie, że nigdy tam nie wejdę. Miała bardzo realistyczny sen o tym, że stamtąd nie wróciłem. Obudziła się zlana potem, cała się trzęsąc. Kiedy coś przewidujesz, może się zdarzyć, że masz szósty zmysł. Poprosiła mnie: „Simone, idź gdzie chcesz, ale nie na K2 zimą”. Szanuję jej przeczucia i nie chcę sprawdzać, czy miała rację, czy też nie. Myślę natomiast o czymś innym. Mam pomysły co do Kanczendzongi albo Mount Everestu. W tym miesiącu zdecyduję, co wybrać.

Denis powiedział, że przyszłością alpinizmu jest wspinaczka techniczna. Zgadzasz się z tym?

Absolutnie zgadzam się z Denisem. Przyszłością alpinizmu jest wspinaczka techniczna, znajdowanie nowych szlaków, nie tylko na ośmio- ale i siedmiotysięcznikach. Jest mnóstwo nieprzetartych tras, jak wschodnia strona K2, północna strona Lhotse, wschodnia strona Kanczendzongi… Te trasy są bardzo techniczne. Jest jeszcze inna przyszłość. Mam nadzieję, że pewnego dnia znajdzie się ktoś, kto zdobędzie wszystkie 14 ośmiotysięczniki zimą. Messner, Wielicki, Kukuczka… w sumie 40 ludzi zdobyło największe góry na ziemi. Ale nikt jeszcze nie zdobył ich wszystkich zimą. To byłoby wspaniałe wyzwanie.

Mount Everest stał się szczytem „dla mas”. Wspinaczka na niego jest tak osiągalna, że stała się atrakcją turystyczną. Co o tym sądzisz?

Tak, to prawda. To smutne, ale z drugiej strony ci, którzy znają ludzi Everestu, wiedzą, że taka uwaga pomoże im finansowo. Mnie bardziej martwi to, że ludzie wspinają się tam bez odpowiedniego przygotowania. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zobligować ich do tego, by mieli za sobą przynajmniej jeden ośmiotysięcznik. To byłby jakiś kompromis. Wielu ludzi wspina się na Everest całą drogę w maskach tlenowych i są zadowoleni, ale nie ma to nic wspólnego z eksploracją. Ale nie będę ostro przeciwstawiał się tym ludziom, bo wiem, że robią też dużo dobrego dla Nepalu.

 

Zdjęcia: The North Face

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA