REKLAMA
Anywhere logo

Spacer po dnie morza

2016-08-11
...
„To życiowe doświadczenie!” – namawiał do wyczynu opiekun wycieczki. Spacer po dnie morza to nie bajka. To brodzenie po kolana w błocie. Wtedy czekałam aż to się skończy, a dziś, gdy wspominam ten najdziwniejszy spacer w moim życiu, myślę, że w sumie zrobiłabym to jeszcze raz. 

Entuzjazm zmalał szczególnie wśród damskiej części grupy, gdy doszło do nas, że chodzenie po błocie to tylko pierwsza część. Potem trzeba będzie w ubraniach i butach zanurzyć się po pas w zimnej wodzie, wynurzyć i iść dalej. A nie było najcieplej. Kto jest kobietą i choć raz przeżył zapalenie pęcherza, ten zrozumie nasze obiekcje tamtego dnia.

holandiaRzecz działa się w Holandii, na wyspie Schiermonnikoog we Fryzji, około godziny drogi od Groningen, gdzie przylecieliśmy prosto z Gdańska różowo-fioletowym airbusem WizzAira. Z Lauwersoog, przynależącego jeszcze do prowincji Groningen, wypłynęliśmy łodzią ratunkową, by poznać holenderską wieś. Nazwa wyspy tłumaczy się ze staroholenderskiego jako „wyspa szarych mnichów”, bo w przeszłości należała do cystersów. Dziś to najrzadziej zaludniona wieś w kraju, choć chętnie odwiedzana przez turystów. Nasi organizatorzy cały dzień przekonywali nas, że mudwalk to tutejsza największa atrakcja, unikatowa na światową skalę. Godzinę płynęliśmy do miejsca, gdzie miała się rozegrać ta fantastyczna przygoda. Naszym lokalnym przewodnikiem był srebrzysty pan w trampkach o imieniu Stas, totalnie zakochany w tym miejscu. Patrząc z łodzi, dookoła krajobraz płaski jak stół, na widocznych w oddali cyplach wygrzewają się foki. Ale poza tym żywej duszy. Na lądzie porządne, śliczne małe domki z odsłoniętymi oknami (przyzwoity człowiek nie ma nic do ukrycia, mówią protestanci), większość z XIX wieku. Płaskie pola. By nabrać sił przed tajemniczą przygodą, zaszliśmy do Ambrosijn, lokalnej knajpki serwującej najlepsze specjały w okolicy. Okazały się nimi sałatka z wodorostów z malutkimi krewetkami i zupa szparagowa z mulami i rybą. Z lekkim sceptycyzmem, ale wdzięcznością przyjęłam te dary morza. Godzinę później, depcząc po takich samych mulach i glonach, zielonych jak ta zupa, poczułam się równoprawnym dzieckiem Matki Ziemi. Trzeba przyznać, że rybka z sopockiej smażalni to nieco inne pojmowanie dania „prosto z morza”.

Odpływy na wyspie mają miejsce dwa razy na dobę. Wtedy woda odsłania kilkukilometrowe połacie morskiego dna pełnego mułu, glonów, żyjątek, które nie zdążyły się ewakuować, no i oczywiście błota. Przed wejściem do tego osobliwego SPA przechodzimy przez krajobraz przypominający tundrę – niskie krzaki, występujące tylko tam rośliny, a pośród nich... rower, zostawiony tam przez kogoś. Może ktoś zbierał właśnie wodorosty na sałatkę? Grunt, że nie zapomnieliśmy, że jesteśmy w Holandii. Kilkadziesiąt metrów jaskrawej zieleni i zaczyna się charakterystyczny, bagienny odgłos.holandia1 Buty zaczynają chlupotać w kontakcie z lepkim podłożem. Trzeba było je dobrze zawiązać, najlepiej mieć takie do kostek, żeby nie zostać boso. Z kolejnymi krokami spacer staje się coraz bardziej wciągający. Na szczęście to nie ruchome piaski. „Po prostu idźcie dalej!”, zagrzewał do walki przewodnik. „To jest życie!” – dodawał uradowany, nie wiadomo, czy bardziej tym dziwnie przyjemnym uczuciem oblepienia ziemią czy naszą nieporadnością. Rzeczywiście, jedyne, co można było zrobić, to iść dalej. Czasem też podnieść głowę, żeby zobaczyć, że dookoła tylko błotna równina, a w oddali majaczy łódź. Stas, idący przed nami z kijem służącym mu do badania głębokości gruntu, wyglądał jak Mojżesz w trampkach. Raz, dla frajdy, zafundował nam przeprawę przez wodę, która pojawiła się nagle w postaci strumyka. Dość głębokiego strumyka, bo trzeba było zakasać koszulkę, założyć torbę na głowę i brodzić. No, a później oczywiście iść mokrym dalej. Głębiej już nie będzie, to najważniejsze. Pod koniec, przy samym brzegu, piach wyglądał jak srebrne kratery na Księżycu. Do łodzi jeszcze kilkadziesiąt metrów. Przez morze, po drabince, wciągają nas panowie majtkowie. I wreszcie – jesteśmy, jesteśmy uratowani! Będzie co opowiadać wnukom. Po przypłynięciu z powrotem do Lauwersoog pan z pieskiem pyta nas „Mudwalking?”. Przytakujemy, dumni z siebie odkrywcy, policzki wysmagane wiatrem. „Robię to średnio raz w tygodniu” – odparł.

Turysto, jeśli szukasz wygód, hotelu pięciogwiazdkowego i cafe latte w urokliwej knajpce, to atrakcja, jaką zapewnia Schiermonnikoog jest jak najbardziej dla Ciebie. Trochę brudku nikogo jeszcze nie zabiło, a świeże, morskie powietrze działa wyjątkowo dobrze na samopoczucie. Poza tym stąpanie po grząskim gruncie to świetne ćwiczenie na mięśnie nóg! Nie mówiąc już o zdrowych owocach Morza Północnego, które uprzednio zjesz na wyspie. Ale przede wszystkim taka wycieczka to frajda. Frajda brodzenia w błocie!

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA