REKLAMA
Anywhere logo

Marcin Kowalczyk: Pięćdziesiąt żyć

2016-08-12
...

Jest jednym z najciekawszych odkryć aktorskich w polskim kinie ostatnich lat. Strzeże swojej prywatności. „Jakiś wywiad raz na jakiś czas. Na potrzeby promocji filmu, nie własnej osoby” – wyjaśnia, dlaczego zgodził się na rozmowę. 8 sierpnia na ekrany wchodzi „Hel”, w którym obok Philipa Lenkowsky’ego gra jedną z głównych ról.

 

Na początku w roli Kaila obsadzony był ktoś inny.

Aktor nieprofesjonalny, nie mógł jednak niestety dokończyć pracy nad filmem.

marcin_kowalczykReżyserzy zgłosili się bezpośrednio do ciebie?

Tak, Paweł Tarasiewicz i Kasia Priwieziencew zadzwonili do mnie z pytaniem, czy mogę pojawić się na planie następnego dnia. Oni już byli na Helu, zaczęli właśnie drugą transzę zdjęć.

Zgodziłeś się od razu?

Od razu, bo wysłali mi materiały, w których pokazali, jak chcieliby to ugryźć od strony plastycznej. Widziałem, że ciekawie zarysowują się wątki i jest z czego czerpać. Przyjechałem i na miejscu wszystko było świetnie zorganizowane, więc nic tylko się w to wtopić. Dużo początkowej pracy odeszło, moja postać już funkcjonowała.

Grałeś już wcześniej bohaterów owładniętych manią, na przykład w „Hardkor Disko”.

Tak.

Jest jakiś klucz do przygotowania się do takiej roli?

Nie, przynajmniej ja go nie mam. Zawsze kimś powoduje pragnienie. Bez tego nie byłoby bohatera. Jeśli jest to mania, psychoza, czy inny tego typu rodzaj popędu, to jest to ciekawsze dla kina. Pytania o motywacje bohatera, o to, co nim powoduje nie są obce aktorowi podczas przygotowywania się do jakiejkolwiek roli.

Miłość też jest manią.

Jeśli jest to miłość maniakalna, to nie jest to zdrowa miłość. Dla mnie taka miłość jest ciekawsza filmowo niż taka z komedii romantycznych.

Nie wcieliłbyś się w rolę amanta?

Kto wie (śmiech). Właściwie to miałem okazję spróbować w „Hardkor Disko”. Postać Marcina, oprócz tego, że owładnięta manią zemsty, jest totalnie amancka. Przez to właśnie to było dla mnie duże wyzwanie. To postać zagadkowa, brutalna, a jednocześnie uwodzicielska.

Jakie pragnienie powodowało tobą, gdy zdecydowałeś się zostać aktorem?

Chęć bycia aktorem, czyli przeżywania wielu żyć, wielu przygód, bycia wieloma osobami z różnym charakterem, stylem życia, światopoglądem. Natomiast jeśli jesteś aktorem, to możesz tych żyć przeżyć pięćdziesiąt i więcej. Poza tym portretowanie ludzkich kondycji bardzo mnie interesuje i obchodzi, i to właśnie za pomocą środków aktorskich. Zawsze pociągało mnie kino. Pierwszym filmem, który obejrzałem, był chyba „Uwolnić orkę”. Pamiętam ten moment. Tak jak ten dzieciak, który miał możliwość obcowania z Willym, tak ja chciałem obcować z przygodą. Wymyśliłem sobie, że będę aktorem i w sumie przez całe życie dość konsekwentnie do tego dążyłem. Przede wszystkim chciałem być związany z robieniem filmów, padło na bycie aktorem.

Żeby przeżywać fascynujące przygody, możesz podróżować i przeżywać je naprawdę. Co takiego jest w filmie?

W filmie też przeżywa się naprawdę. W niewielkim stopniu jest to udawanie, a w znacznie większym stopniu – bycie. Bycie w określonych warunkach przemieszanych z postacią, ale kamera lubi, kiedy to jest coś rzeczywistego. Wtedy to jest interesujące dla widza. To nie jest udawanie.

Kiedy grasz zabójcę, nie boisz się, że przejdziesz na drugą stronę i nie wrócisz?

Strach to naturalna reakcja, bardzo zdrowa. Oczywiście, że się boję. Na szczęście nie aż tak, żebym z tego powodu budził się w nocy z krzykiem (śmiech). Są obawy, że się przegnie. Wolę się bać, że przegnę niż że nie wejdę w postać. To też jest obawa związana z odwagą, żeby jakąś przestrzeń penetrować. Obawiam się tego, żeby to skończyło się dla mnie dobrze, ale im jestem starszy, tym sprawniej mi to wszystko wychodzi.

A jak wygląda wychodzenie z roli?

Podobnie jak wchodzenie. Zaczynasz budować postać, myśleć postacią, zachowywać się jak postać, szukać podobnych ludzi do twojej postaci, wzorować się na swojej wyobraźni. Wychodzenie z roli polega na tym samym, to znaczy zaczynasz sobie przypominać, kim ty jesteś, co lubisz. Podobnie pewnie jak wychodzi się z depresji – zaczyna się wracać do przyjemnych wspomnień, do tego, kim się jest. Natomiast są oczywiście role, które wymagają transformacji i takie, w trakcie grania których po planie możesz wrócić do domu i spokojnie zrobić dla bliskich kolację.

marcin_kowalczyk2Po zakończeniu zdjęć nie zostajesz z pustką w sercu jak żołnierz po wojnie?

Myślę, że to dobre porównanie, ale im jestem starszy i więcej to robię, tym sprawniej mi to idzie. Dobrze jest mieć do czego wracać, dlatego staram się w odpowiedni sposób organizować sobie życie.

Jesteś z krakowskiej PWST, teraz funkcjonujesz w Warszawie. Ciężko było zostawić to miasto, które ma zupełnie inny klimat od stolicy?

Wychowywałem się w Krakowie. Nigdy Krakowa nie zostawiłem i pewnie nigdy go nie zostawię. Nie przeprowadziłem się na stałe do Warszawy, mimo że mieszkałem tutaj ponad rok. W tym momencie mieszkam tutaj i tutaj i jakoś to łączę. W Krakowie mam rodzinę, przyjaciół, podobnie jak tu, w Warszawie.

Co sam sądzisz o środowisku aktorskim?

Jak w każdym środowisku, musisz wydeptać swoją ścieżkę. Są pułapki, są ciepłe kąty. I jest jeszcze przestrzeń dla ciebie, i tylko od ciebie zależy jak ją sobie zagospodarujesz. Mam kilku przyjaciół aktorów, ale nigdy nie czułem się specjalnie związany ze środowiskiem.

W twoim zawodzie można nadszarpnąć sobie nerwy?

Każda praca może być stresująca. Nadszarpnąć sobie nerwy można zamiatając ulice czy prowadząc restaurację. Akurat jeżeli chodzi o aktorstwo, na pewno ciężko jest nosić w sobie przykre uczucia, samotność, pustkę – to chyba najcięższe, z czym obcowałem. Na początku grałem role, które niosły ze sobą olbrzymi bagaż obciążeń psychicznych i nie ukrywam, to jest męczące. To portretowanie kondycji ludzkich, które są tak naprawdę dramatyczne. Kierunek, który skończyłem to aktorstwo dramatyczne, więc cierpienie, doły, ciemne zakamarki ludzkiej duszy naturalnie się z tym wiążą. Ale zawód sam w sobie daje olbrzymie poczucie szczęścia i satysfakcji. Czasami udaje się opowiedzieć dramatyczną historię i widza wzruszyć, bądź, co cenniejsze, skłonić do refleksji. Ostatnio zdarzyło mi się pracować w Kanadzie przy hollywoodzkiej produkcji pod tytułem „The Solutrean”. Reżyserował Albert Hughes. Codziennie z przyjemnością wstawałem na plan, bo postać, którą grałem, nie była obciążona traumą ani bólem. Pomimo że kostiumy były bardzo ciężkie – łącznie ważyły ponad 20kg – czułem się lekko jak nigdy wcześniej.

marcin_kowalczyk3Co to za rola?

To rola Sigmy, przyjaciela wodza plemienia Solutrianów. Jest doświadczonym myśliwym, a oprócz tego najtwardszym gościem z plemienia, więc uczestniczy w każdym obrządku inicjacyjnym.

Solutrianie? To jakieś plemię Indian?

Teoria o Solutrianach mówi o tym, że dwadzieścia tysięcy lat temu ludy z Europy wędrowały do Ameryki cieśniną, za pomocą łodzi. Wtedy jeszcze kontynenty były ze sobą połączone. Nazwa Solutrean pochodzi od nazwy miejscowości Solutré we wschodniej Francji, natomiast ta historia w filmie nie opowiada o tej przeprawie, jest to historia chłopaka, o stawaniu się mężczyzną, przyjaźni i walce o przetrwanie.

Tobie jako aktorowi marzy się przeprawa do Ameryki?

Nigdy nie myślałem, że będę pracował w Hollywood, ale to zaproszenie przyszło do mnie poprzez festiwal. To reżyser znalazł mnie, przyjrzał się dwóm moim rolom, w „Jesteś Bogiem” i „Hardkor Disko”, i zaprosił mnie do współpracy. Uwielbiam kino europejskie, ale amerykańskie też bardzo lubię.

Philip Lenkowsky, z którym grałeś w „Helu”, przebył odwrotną drogę – z Hollywood do Polski. Dobrze Wam się razem pracowało?

Bardzo. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo szybko. Phil jest bardzo profesjonalny i ma ogromne wyczucie aktorskie. Łatwo się z nim pracowało, przyjmuje wszystkie uwagi i pracuje na zasadzie partnera, mimo znacznej różnicy wieku. To naprawdę dało dużą satysfakcję z pracy, z tego, jak można szukać w scenie i nad nią pracować. Bardzo doceniam to spotkanie z Philem.

Jak chciałbyś rozwijać się dalej? Masz obraną jakąś drogę, czy może idziesz od jednego filmu do drugiego?

Idę od jednego do drugiego, bo przecież na tym polega mój zawód. Mam marzenie portretować pewne konkretne kondycje ludzkie i kiedyś na pewno się tym zajmę, ale samo granie, praca z wciąż nowymi ludźmi, w nowych miejscach, już jest szalenie rozwijająca. Oprócz aktorstwa jest jeszcze wiele innych dziedzin, które mnie fascynują, ale zachowam to dla siebie.

O czym dla ciebie jest „Hel”?

W „Helu” mamy zabawę z thrillerem. Cała reszta skupia się raczej na procesie, jaki się uaktywnia pomiędzy twórcą a tworzywem, to znaczy pisarzem i jego bohaterem. Co się z tym bohaterem dzieje, kiedy czyta fantasmagorie tego pisarza na swój temat. Ten film jest o poplątaniu prawdy z fałszem, o tym, jak daleko można się zagłębić w swoich fantazjach, że w końcu stają się rzeczywistością. Fałsz staje się prawdą, a prawda fałszem.

Lubisz Davida Lyncha?

Lubię.

A co ciekawego jest w Kailu?

Właśnie ta mania na punkcie prawdy i fałszu. Kail jest miejscowym przygłupem. Zajmuje się kempingiem, ma natomiast pasję, która polega na udowadnianiu ludziom, że każdy kiedyś prędzej czy później nie wyzna całej prawdy. Używa w tym celu wariografu, czyli wykrywacza kłamstw. Umiejętnie zadaje pytania i czerpie satysfakcje z przyłapania na kłamstwie. Oprócz tego jest zauroczony w swojej koleżance Mili, pracującej jako striptizerka w klubie GO-GO. Kiedy na Helu dochodzi do morderstwa, a miejscowa policja zawodzi, Mila namawia Kaila, aby rozpoczęli swoje własne śledztwo.

Czy polski kurort po sezonie jest straszny?

Jest na pewno nostalgiczny, bo opuszczony, i to dobry punkt wyjścia do tego, żeby był straszny. Każde miejsce można oświetlić tak, żeby było straszne albo piękne. My staraliśmy się podkreślić dysonans między tym jak w miejscowości turystycznej powinno być, a pomiędzy tym, jak się ona prezentuje po sezonie. Na zasadzie kontrastu. Tak samo jak dziwaczny jest opuszczony, działający lunapark.

Jaką postacią jesteś ty sam?

Dużo od siebie wymagam, dużo sobie wybaczam.

 

fot.: Edyta Bartkiewicz

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA