REKLAMA
Anywhere logo

Piosenki i historie

2016-08-19
...

Lubię dobre piosenki i dobre historie. Lubię rozumieć te dobre piosenki, wiedzieć dlaczego są takie, a nie inne. Dlatego lubię, kiedy ktoś mi o nich opowie. A najlepiej, jeśli te opowieści nie ograniczają się do standardowego opowiadania w wywiadach, że to najbardziej osobista piosenka jaką napisałem, że analizuję w niej stan naszego społeczeństwa i pochylam się nad człowieczeństwem, że piszę o miłości, bo miłość jest najważniejsza. Lubię słuchać i czytać o tym, jakie przypadki doprowadziły do powstania danej piosenki.

Ale dobrze opowiadać trzeba umieć. Na przykład taki Artur Andrus – on potrafi. Jak coś powie, to jest to zabawne (często też śmieszne, ale to zupełnie co innego), zazwyczaj trafne, nierzadko na dodatek jeszcze niegłupie. Połączenie idealne.

Byłem kiedyś na koncercie Artura Andrusa. Siedziałem na środku sali i bawiłem się wyśmienicie. A po koncercie poczłapałem do kącika, który na koncertach metalowych nazywa się „merch”, żeby kupić płytę. Płyta nosi tytuł „Myśliwiecka” i jest zdaje się drugim albumem artysty (i przyznaję bez ogródek, że nie słyszałem ani pierwszego, ani trzeciego). To na tej płycie znalazły się najfajniejsze piosenki Andrusa (chciałem napisać „największe przeboje”, ale jakoś mi nie pasowało). Płytę otwiera „Piłem w Spale, spałem w Pile”, a zamykają „Glanki i pacyfki”. I tyle dobra po drodze!

Ale oprócz fajnych, pogodnych i sprytnie napisanych piosenek, „Myśliwiecka” oferuje jeszcze opowieści. Dzięki nim można się dowiedzieć co tak naprawdę stoi za płytą. I już wiem, że Artur Andrus razem z Piotrem Bukartykiem, Wojtkiem Stecem i Grupą Mo Carta postanowił powołać do życia Chór Męski im. Franka Szwajcarskiego, który nagrał piosenkę „Dam ci ptaszka”, więc wszyscy oni mają kredyty we frankach. Wiem też, że Andrus większość swoich piosenek zalicza do stworzonej przez Włodzimierza Korcza kategorii pt. „głupota, ale starannie wykonywana”. Wiem, jak na Obrońców i Przeciwników ścierających się na Krakowskim Przedmieściu spogląda koń księcia Poniatowskiego. Poznałem też Prawdziwego Barona, Niedźwiedzia Wąsatego i Czarną Helenę. Przeczytałem, że Piotr Baron włożył płytę z piosenką „Czarna Helena po roku” do odtwarzacza w samochodzie i wyjął dopiero po dwóch miesiącach, bo się zacięła do tego stopnia, że niemal doszło do wymiany samochodu. Wiem, jak powstał szalejący po rodzimych kurortach zespół Demony Sanatorium.

Po co mi ta wiedza? Tego jeszcze akurat nie wiem. Ale jakoś lepiej się czuję mając świadomość, że za każdą piosenką stoi jakaś opowieść i że sam ten fakt jest na tyle ważny, że warto te anegdotki spisać we wkładce płyty. Czuję przez to, że moje niekończące się paplanie o każdej płycie, którą chcę pokazać znajomym, ma sens.

A wiecie, o czym jeszcze to świadczy? O tym, że jeszcze pisze się piosenki o czymś i że można napisać radosną pioseneczkę o podrywaniu kobiet na urlopie i nie popaść w kanon disco-polo. Wszystko można zrobić z klasą, ale obawiam się, że żeby taką umiejętność posiąść, trzeba być Andrusem, Młynarskim, Nohavicą albo innym Koftą. A ludzi tego typu jakoś coraz mniej. Również na Myśliwieckiej.

 

REKLAMA
REKLAMA