REKLAMA
Anywhere logo

Recenzja: "Na zachodzie bez zmian", reż. Lewis Milestone

2016-08-22
...

Jakim trzeba być bęcwałem, żeby chcieć uczyć ludzi hartowania ducha przez „pozytywne, uszlachetniające strony wojny”? Ciężkim, mędrkującym tym zajadlej, im bardziej jest pewien, że na żaden front nikt go nie wyśle. Besserwisserskim grubasem trwale niezdolnym do służby wojskowej, za to chętnie przesuwającym linie frontu palcem po mapie. Zupełnie jak PiSowscy eksperci, chłoszczący projekt ekspozycji gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej za nadmierne eksponowanie okropieństw wojny. Oto, ku czemu zmierza polityka historyczna nowych władz – przekonać mięso armatnie, że wojna to tylko taka dłuższa i bardziej wystawna rekonstrukcja batalistyczna, świetna zabawa dla prawdziwych patriotów, chwalebna i męska przygoda.

Wszelako, paramilitaryści czekają na dozbrojenie przez Antka-świra, tymczasem sublimując swoje popędy na strzelnicach, przy konsolach, lub przed ekranem – wzrostowi popularności gier wojennych towarzyszy moda na bitewne kino. W ostatnich latach chwałę bohaterów głoszą głównie filmy z dalekowschodniego nurtu NATO-wskiego, wszystkie wedle wspólnego schematu, przy czym każdy kolejny słabiej wybrzmiewa. Zaczęło się od całkiem chyżego „Jarheada”, Sama Mendesa, potem był oscarowy „Hurtlocker” Kataryn Bigelow i wystarczyło, żeby pozostałe państwa członkowskie też chciały mieć opowieści o swoich chłopcach w Iraku i Afganistanie. Naszą „Karbalę” cenię za magiczne zdjęcia Arka Tomiaka, który wyczarował sugestywne kino wojenne gdzieś między barakami pod Żeraniem, mającej ostatnio premierę „Wojny” Lindholma już cenić nie ma za co. Chłopaki drepczą na patrolach, w końcu któryś wchodzi na minę, potem parę naparzanek z niewidzialnymi talibami i w końcu powrót w chwale lub niesławie, jeśli się przez pomyłkę dostało cywilom. To są okropieństwa wojny w wersji glamour – owszem, czasem komuś urwie nogi, ale przez resztę filmu można oglądać kulturystów w mundurach i ich szlachetne pobudki (czasem w środku nocy, kiedy cierpią na zespół stresu pourazowego).

Wszelako, bardziej nam trzeba teraz kina pacyfistycznego, które uświadomiłoby chłopakom na siłce, że wojna to przede wszystkim wszy, gangrena, stres, błoto, trupi odór, strachsraczka w gaciach, a wreszcie powolne umieranie w lazarecie. Za instruktaż może służyc cały poczet wybitnych filmów antywojennych, z których jednak na dziś polecam dla was ten najwcześniejszy – pierwsze arcydzieło kinowego pacyfizmu, adaptację powieści Reamarque’a

zrealizowaną rok po ukazaniu się ksiażki. Ten film się nie zestarzał wcale, poraża monotonią frontowej masakry, jest zaiste „sarabandą grozy”, jak go nazwał Jerzy Płażewski z legendarną, finałową sceną motyl-dłoń-śmierć. Ku przestrodze. Bo skończą się wakacje i wojna przyjść może.

  

REKLAMA
REKLAMA