REKLAMA
Anywhere logo

Tomasz Wasilewski: Kino pełne kobiet

2016-08-22
...
Cudowny chłopak polskiej kinematografii nazywa się Tomasz Wasilewski. Poznała się już na nim Polska, poznał się na nim też świat. Do kin wchodzi właśnie jego trzeci film „Zjednoczone stany miłości”, nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie. To film pełen kobiet, podobnie jak jego życie. Gdyby nie one, możliwe, że nie było by jego kina.

 

Mamy początek lat 90-tych. Upadek komunizmu. Początek wolnej Polski. Czas, w którym rozgrywa się twój nowy film „Zjednoczone stany miłości”. Jakie obrazki z tamtego okresu zostały w tobie?

To ciekawe, ale nie pamiętam tamtych czasów wcale pod kątem politycznym. Możliwe, że byłem jeszcze zbyt młody, miałem dziewięć lat, kiedy zaczęły się przemiany w Polsce. To czas, kiedy całe moje życie skupiało się w jednym miejscu, betonowym osiedlu. Wielkie blokowiska i klatki schodowe, na których kiedyś rozgrywało się życie, podobnie jak u bohaterek mojego filmu. Mieliśmy tam klub, gdzie dzieciaki w wolnym czasie uczęszczały na lekcje tańca, a matki chodziły na aerobik. wasilesi3Do tego wypożyczalnia kaset video i taka pierwsza namiastka zachodu, który do nas pomału wchodził. Pamiętam dobrze całą serię „Rambo” na VHS-ach. Spędzałem w wypożyczalni mnóstwo czasu. To było moje pierwsze obcowanie z kinem. Ale tak naprawdę nikt z nas nie wiedział co przyniesie upadek komunizmu. Jak jeść tę wolność, jak na nią reagować. Pamiętam, że szokiem dla mnie było, kiedy pewnego dnia w sklepie zamiast kajzerek pojawił się ciepły chleb.

Byłeś świadom, że coś się dzieje, że dokonuje się zmiana, która ma zmienić życie na lepsze?

Czułem, że coś się dzieje, ale trudno było mi to nazwać. Myślę, że ludzie w mniejszych miasteczkach, z dala od Warszawy, wciąż żyli swoim dotychczasowym życiem. Trudniej nam było od razu przeskoczyć te zmiany. Ale pojawiały się za to pewne nowości. Nagle w moim domu zaczęła lecieć „Dynastia” i inne amerykańskie produkcje. Pamiętam też dzień, kiedy mój ojciec wrócił do domu z wizą amerykańską i oznajmił, że wylatuje na kilka lat do Nowego Jorku. Dla młodego chłopaka z jednej strony była to jakaś strata, ale wiedziałem, że dla moich rodziców i ich pokolenia coś to oznacza. Jakaś zmiana, nowe możliwości. Coś, co powoduje, że ich marzenia i pragnienia mogą stać się realne. Że w ogóle można do siebie dopuścić jakiekolwiek marzenia.

Tym bardziej, że – jak wcześniej powiedziałeś – wielu ludzi nie wiedziało jak przyjąć te zmiany, jak je skonsumować.

Pokolenie moich rodziców to pokolenie, które wychowało się w komunizmie i niczego innego nie znali. Julia Kijowska bardzo ładnie to nazwała na konferencji prasowej w Berlinie. Jeżeli zwierzę całe życie wychowywane jest w klatce, to kiedy nagle się tę klatkę otworzy to zwierzę i tak w niej pozostanie. To jest jego dom. Nie ma narzędzi by zbudować nowy, nie potrafi korzystać z tej wolności. Zwyczajnie się boi. Podobnie jest z ludźmi. Przynajmniej na samym początku.

Twoją ucieczką w inny, wolny świat było kino. Jak wyglądał ten początek?

Pierwszy świadomy film to „Oliver, Oliver” Agnieszki Holland. Moje dziecięce wyobrażenie o kinie przybrało właściwie postać tej reżyserki. Moja starsza siostra bardzo często mi opowiadała o jej filmach, o tym, że wyjechała do Francji, Stanów Zjednoczonych i tam robi film. To mnie szalenie interesowało i inspirowało. Agnieszka była i nadal jest dla mnie wzorem do naśladowania. Wytyczona przez nią droga stała się drogą dla tego chłopca z Inowrocławia, którą konsekwentnie od tamtej pory podążam. Ale były też nieudane próby obalenia mojej fascynacji kinem (śmiech).

wasilewski2Filmy zakazane?

Nie chciano mnie wpuścić na seans „Pożegnania z Afryką” Sydneya Pollacka. Naprawdę! Pani w kasie mówiła, że będę się bał sceny z lwem i nie sprzedała mi biletu. Ostatecznie nie zobaczyłem tego filmu wtedy, chociaż później ta miłość wybuchła ze zdwojoną siłą. Do Meryl Streep również. Do dziś jest to jeden z moich ukochanych filmów, do którego regularnie co kilka miesięcy wracam.

Po raz pierwszy w swoim filmie cofasz się w przeszłość. To moment rozliczeniowy czy raczej nostalgiczne wspomnienie za tamtymi czasami?

Myślę, że ani jedno, ani drugie. Nie mam się z czego rozliczać, to nie były dla mnie traumatyczne czasy, wręcz przeciwnie – pełne obrazów. One mnie ukształtowały. Ale dziś zdałem sobie też sprawę, że ludzie, a szczególnie kobiety, o których opowiadam, miały wówczas zupełnie inne wybory, niż my teraz. To mnie najbardziej intrygowało przy wchodzeniu w ten film. Zadawanie pytań, zastanawianie się jak wyglądało ich życie codzienne, pełne dylematów. Ale też życie beztroskie, szczęśliwe, ponieważ taki był mój dom i ludzie, którzy otaczali mnie dookoła. Dzisiaj rozwód rodziców jest normalnością, zdarza się to praktycznie w co trzeciej rodzinie. O tym się też mówi. Kiedy byłem dzieckiem było to dla mnie nieznane, obce. Ja w wieku szesnastu lat poznałem dziewczynę, która pochodziła z rozbitej rodziny. Czasy się zmieniają bardzo szybko.

Lata, o których opowiadasz, to już historia.

Dokładnie! Ktoś mi ostatnio to uświadomił, że zrobiłem kino historyczne. To zaledwie dwadzieścia parę lat wstecz, ale to już historia, a nawet film kostiumowy. 

Właściwie wszystkie twoje filmy to siła kobiet, nawet „Płynące wieżowce”, gdzie stanowiły drugi plan. Podobnie twój dom, ten z początku lat 90-tych. Dom pełen kobiet... Kobiety są ciekawsze w opowiadaniu?

Kobiety mnie inspirują. Nie powiedziałbym, że są ciekawsze, ale znajduje w nich więcej wrażliwości. Jestem przekonany, że gdybym dzisiaj zaczął pracę nad „Płynącymi wieżowcami” to opowiedziałbym tę historię z perspektywy Sylwii, a nie chłopaków. Wówczas byłaby w tym mniejsza oczywistość. Ale możliwe, że za jakiś czas myślenie o kobietach jako głównych postaciach moich filmów się zmieni. Tego nie da przewidzieć. Najważniejszy i dla mnie jest człowiek i jego historia, a kostium to już drugorzędna sprawa. 

wasilewskiScenariusz do „Zjednoczonych stanów miłości” powstał jeszcze przed nakręceniem poprzednich dwóch filmów. Musiał dojrzeć do tej realizacji?

To czysty przypadek, że ten scenariusz został zrealizowany jako trzeci mój film. Wszystkie trzy scenariusze napisałem przed swoim debiutem. Po zrealizowaniu „W sypialni” odezwał się do mnie producent, który zainteresował się i „Płynącymi wieżowcami” i „Zjednoczonymi stanami miłości”. Kolejność jest zupełnie przypadkowa.

Czasy w twoim najnowszym filmie przypominają wyblakłe, stare zdjęcia. Są pozbawione koloru, za którym marzą bohaterowie. To wszystko za sprawą zdjęć rumuńskiego operatora Olega Mutu, który kilka lat temu odpowiadał za zdjęcia do nagrodzonego Złotą Palmą arcydzieła „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” Cristiana Mungiu.

Zawsze chciałem pracować z Olgiem, jestem wielkim fanem jego zdjęć. Początkowo była to fascynacja jego zdjęciami w takich filmach jak „Śmierć pana Lazarescu” Cristi Puiu czy „Szczęście ty moje” Siergieja Łoźnicy, później filmy Cristiana Mungiu. Postanowiłem do niego zadzwonić. To, że zdecydował się na pracę ze mną, jest ogromnym wyróżnieniem, ale też pokazuje, że polscy twórcy są dziś na świecie. Naprawdę już dawno przestaliśmy być w tyle. To, co najważniejsze, to że od początku nasza współpraca była równa. Wymienialiśmy się uwagami, rozmawialiśmy o kinie, o tym co mnie fascynuje, czego w kinie szukam, a czego od niego oczekuję. W efekcie powstały zdjęcia, które są znaczącym elementem filmu. Mogłoby się wydawać momentami pozbawione kolorów, czekające na pomalowanie, podobnie jak bohaterki, które zaczęły wraz z nadejściem zmian marzyć.

A o czym ty marzyłeś będąc na początku tych przemian?

Marzyłem, żeby zostać aktorem. Jako dziecko należałem nawet do kółka teatralnego, ale szybko zrozumiałem, że bardziej interesuje mnie praca po drugiej stronie kamery. Miałem jednak problemy, żeby dostać się na reżyserię do wymarzonej Szkoły Filmowej w Łodzi. Jakoś nie było mi to pisane. 

Dzisiaj jesteś w takim samym wieku, w jakim byli twoi rodzice na początku lat 90-tych. Odnajdujesz się w dzisiejszej rzeczywistości?

Moi rodzice mieli z jednej strony trudniej, ponieważ wychowali się w zupełnie innych czasach, z drugiej strony mieli w sobie chęć zmiany, złapania własnego życia i zawalczenia o jego lepszy byt. Ostatnio coraz częściej myślę o swoim życiu. Robiąc to, za każdym razem, się uśmiecham. Uświadomiłem sobie, że prowadzę niepozbawione problemów, ale szczęśliwe życie.

Jeśli mowa o szczęściu, to na zakończenie powiedz mi jaka jest właściwie Meryl Streep? Ta Meryl Streep, którą dwadzieścia parę lat temu oglądałeś w zakazanym filmie, a od której dziś otrzymujesz nagrodę na jednym z trzech najważniejszych festiwali filmowych na świecie.

Jest fenomenalna, ale przy tym bardzo ludzka. Normalny człowiek o wielkim talencie. Po ceremonii zamknięcia berlińskiego festiwalu zostałem wraz z aktorami zaproszony na kolację z jurorami. Oczywiście była też Meryl Streep. Zapytała mnie czy mam już pomysł na nowy film, pobieżnie opowiedziałem jej o scenariuszu, który piszę dla dojrzałej aktorki. Wyciągnęła tylko głowę bardzo wysoko i spojrzała na mnie znacząco... Nigdy bym nie przypuszczał, że ta Meryl Streep, w której się zakochałem oglądając „Pożegnanie z Afryką” będzie kiedykolwiek na sali kinowej oglądała mój film. Poza tym oceniła go i w efekcie nagroda za scenariusz. To było niewiarygodne, ale chyba na tym właśnie polega kino i jego magia.

 

fot.: Edyta Bartkiewicz

Galeria zdjęć


REKLAMA