REKLAMA
Anywhere logo

Podróż w głąb bohatera

2016-09-05
...
Napisać książkę, która stanie się bestsellerem nie jest łatwo. Katarzynie Grocholi się udaje. I tak już od kilkunastu lat. Ale każdy sukces ma swoją cenę. O poświęceniach jakie niesie ze sobą napisanie powieści rozmawiamy z najpopularniejszą polską pisarką, która właśnie wydała swoją osiemnastą książkę „Przeznaczeni”.
 
Wiek, doświadczenie sprawia, że to co kiedyś wydawało się prostsze do wyjaśnienia, z czasem staje się trudniejsze, wymagające zadania wielu pytań?

Im jestem starsza i dojrzalsza tym bardziej wiem, że nic nie wiem. Ale życie jest coraz ciekawsze. A dla mnie zawsze fascynujące jest to, co pod spodem. To, co między słowami. To, co między ludźmi.

katarzyna_grocholaBudując postacie do swoich książek poznaje je pani bardzo namacalnie. Tak było też przypadku najnowszej książki „Przeznaczeni”, która kosztowała panią sporo pracy i poświęcenia.

O tak! To najdłużej pisana powieść, najwięcej nagrań do spisania, najwięcej notatek, czasu i spotkań z niezwykłymi ludźmi, również uzależnionymi od alkoholu, hazardu, nieszczęśliwych romansów. Najwięcej konsultacji z psychologami. Ale również siedzenia w kasynie, słuchania o oszustwach, przekrętach, kłamstwach. Szkolenie z zakresu manipulacji – bo jeden z moich bohaterów jest manipulantem. Nagrań ze specjalistą od samochodów – bo co ja wiem o kombinacjach złodziejskich? A mój bohater musiał wiedzieć. To była ciekawa dla mnie, pisarki, wyprawa w nieznane.

Kiedy wejście w świat swoich bohaterów staje się dla autora niebezpieczne?

Dopóki autor wie, że istnieje świat realny, oprócz tego, który opisuje – nie jest niebezpiecznie. Ale samo zanurzanie się w emocje bohatera, którego się wymyśla, bywa bardzo trudne. Dopóki jest to szczęśliwy i zakochany bohater, wszystko jest ok, ale kiedy trzeba wejść w skórę człowieka, który jest oprawcą, albo ofiarą – zaczyna boleć. Pamiętam, że kiedy pisałam „Trzepot skrzydeł” – historię toksycznego związku – byli u mnie przyjaciele na kolacji, dokładałam do kominka i któryś z nich podał mi kawał brzozy, dotknął mojego ramienia niespodziewanie i skuliłam się odruchowo, jakby mnie zaatakował. Wtedy zdałam sobie sprawę, że zatracam granice między sobą – pisarką, a moją bohaterką, którą właśnie zadręczał przemocą mąż. Kiedy piszę muszę być psem, który zamarza w drodze do domu i wtedy jest mi zimno. Jestem szczęśliwą narzeczoną i facetem, który utracił miłość, jestem chłopcem, który w poszukiwaniu drugiego brzegu wchodzi w morze. Ale z każdej podróży moich bohaterów wracam do siebie – do swojego psa i swojego miejsca przy stole, a przede wszystkim do własnej duszy. Wzbogacona o nowe doświadczenia i nową wiedzę.

Tego doświadczenia nagromadziła pani przez lata bardzo dużo. Często były to bardzo mocne przeżycia. Było i kasyno i praca w szpitalu.

W jednym rzędzie bym jednak tego nie postawiła. Kasyno jest miejscem, w którym widać życie – to, że bardziej chcemy mieć niż być. W szpitalu jest odwrotnie. Naprawdę bardziej chcemy być. Jak mówi piękne przysłowie chińskie – za pieniądze można mieć seks, ale nie miłość, można mieć lekarstwa, ale nie zdrowie, można mieć budynek, ale nie dom, można mieć stanowisko, ale nie szacunek, można mieć zegarek, ale nie czas. Moja praca w szpitalu była realna. Śmierć czterdziestu sześciu osób, którym wtedy towarzyszyłam, była prawdą. I myślę, że to było dla dziewiętnastolatki za trudne doświadczenie. Kiedy miałam trzydzieści lat usłyszałam, że jestem nieuleczalnie chora. Przeżyłam. Te doświadczenia jakoś mi się jako pisarce przydają. Jestem doświadczoną kobietą. Ale każdy z nas ma swoją historię – jedyna różnica między mną a innymi jest taka, że pan mnie o to pyta, a ja staram się uczciwie odpowiadać. O innych wiemy niewiele. 

katarzyna_grochola1Co panią najbardziej zaskoczyło przy pracy nad bohaterami nowej powieści?

Zawsze to samo. Wymyśliłam im życiorysy, to, co będą robili i w którymś momencie – okazuje się, że znowu mi się zbiesili. Tupią nogą i zmuszają mnie do zmiany. Mówią: „Kasia, jak mogę kochać tego faceta, skoro na sto dwudziestej piątej stronie już wiem, że…albo wykreśl, że wiem, albo daj mi odejść, nie rób ze mnie idiotki! Jeśli mam być niekonsekwentna to napisz mnie na nowo! Nie zgadzam się!” Albo budzą mnie w nocy: „Zmień mnie, niech coś się stanie, żebym zrozumiał, że już dosyć, już tak dłużej nie mogę. Zatrzęś ziemią, bo wiesz, że mnie niewiele rusza! To musi być coś mocniejszego, zabierz mi to, na czym mi najbardziej zależy!” 

Podróże w głąb swoich bohaterów bywają wyczerpujące. Ma pani na to receptę. Z jednej strony dom, z drugiej podróże, które – jak sama pani przyznaje – są momentami bardzo niebezpieczne...

Kiedy byłam w Tajlandii z przyjaciółmi na maleńkiej wysepce, mój szwagier poszedł na spacer i wrócił blady. Powiedział, że widział jaszczurkę, miała może z pół metra. Wiadomo, że jak facet złowi małą rybkę to pokazuje, że miała metr. Nie potraktowaliśmy go poważnie i słusznie. Bo przesadził. Jaszczury na tej wyspie miały przynajmniej półtora metra, mam te warany na zdjęciach. Ale kiedy zapytałam czy są jakieś „danger fish or maybe scorpions”, słyszałam zawsze – „not danger! No scorpions. Nothing danger”. Oprócz waranów. Na Malediwach też nie było nic „danger”. Tylko rekiny. W Libii też wszystko było friendly. Oprócz skorpionów. Jeden mojej koleżance wyszedł spod kranu, kiedy leżała w wannie, w środku miasta. Nie spotyka mnie nic niezwykłego, ale w każdym zwykłym zdarzeniu widzę opowieść. Nie szukam guza. Jestem po prostu ciekawa świata i ludzi. 

Po takich podróżach prócz pamiątek, setek zdjęć i wspomnień przywodzi się też różnego rodzaju obserwacje: zachowania ludzkie czy zwyczaje, których nie znamy na naszym podwórku, a które gdzie indziej są normalnością. Co panią najbardziej zdziwiło podczas takich podróży?

Nie będę oryginalna. Dzieci zajadające robale, podłużne, skrzypiące, chrupiące karaluchy, tak jak frytki, na targu w Bankoku – tysiąc razy widziałam to w telewizji, a jednak przegryzienie takiego robala było surrealistyczne. Ale bardziej zostają mi w pamięci zdarzenia, takie jak święto Matki Boskiej Chorych i Cierpiących i procesja w sennym miasteczku na Sycylii, stare kobiety siedzące na krzesełkach w wąskich uliczkach i zagadujące do mnie po sycylijsku. Nie przeszkadzało im, że nie rozumiem. Biała wapienna plaża, bezludna i bezkresna – to mnie zadziwia. Pies na Rodos, za którym biegną koty, bo niesie w pysku kawał kurczaka, a który dziś u mnie mieszka w Milanówku. Niezwykłe ryby na rafach Malediwskich i bezkresna głębia tam, gdzie się rafa kończy. Tylko bardzo daleko w dole jakaś potężna skała, która nagle odpływa. Wtedy byłam naprawdę przerażona, bo nic nie było takie, jak mi się wydawało. Na dźwięk języka polskiego Tajowie kulą się z przestrachem – dla nich jesteśmy głośni, szeleszczący, a oni cisi, mili i łagodni. Ale zadziwia mnie też orzeł biały na Mazurach, cisza na jeziorze, upał, tylko wanty czasem zagrają, a orzeł poszybuje gdzieś nad lasem i przysiądzie blisko, jakby nie widział łodzi… To są moje zadziwienia.

katarzyna_grochola2Podróże panią zmieniają?

Nie zmieniają, ale wzbogacają. O wszystko, o kolory, wzruszenia, krajobrazy, zdarzenia. Oglądam czasem zdjęcia i filmy z własnych podróży i czuję się jak zdziwiony widz. To naprawdę ja? To ja tam byłam i w tym wszystkim uczestniczyłam? 

A pani bohaterowie panią zmieniają? Pytam dlatego, że zastanawia mnie czy autor zaczyna rozumieć obce sobie problemy, z którymi stykają się jego postacie? Rozumie pani ich zachowania, które wcześniej były niezrozumiałe?

Nie, jest raczej odwrotnie. Ponieważ staram się patrzeć na ludzi „w głąb” i czasem ich rozumiem (choć nie zawsze jest to łatwe i przyjemne), to łatwiej mi wykreować bohatera mojej powieści. Życie jest nieprawdopodobnie ciekawe i tam gdzie kończą się oceny, zaczyna się prawdziwie poznawać świat. A pytanie o zachowania ludzi? Hitler wymordował pół świata. Ale przecież gdybyśmy spotkali to dziecko, którym był kiedyś w przeszłości – dzieckiem bitym, niekochanym, odrzucanym przez wszystkich – to serce by nam pękało z żalu, prawda? Różnica polega wyłącznie na tym, że dziecko nie ma wyboru. Tylko dorosły ma wybór, co robić ze swoim życiem. Dorosłego Hitlera nic nie usprawiedliwia. Dobrze jest pamiętać o tym, że w każdym z nas kotłuje się od zdarzeń, uczuć, myśli, projekcji, przeniesień, wyobrażeń, doświadczeń, o czym inni nie mają pojęcia. Nie wiem, dlaczego ktoś dokonuje takich, a nie innych wyborów. Świat możemy zmienić na lepszy tylko zmieniając siebie w lepszego człowieka.

Nawiązując do najnowszej książki: człowiek może wszystko?

Bóg może wszystko. Ale człowiek ma wolną wolę – a to dużo. Naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, że w każdej sekundzie każdego dnia to my dokonujemy wyboru co i o kim będziemy myśleć, co będziemy czuć, czym pojedziemy do pracy, czy sprawimy komuś radość, czy przykrość. To naprawdę zależy od nas. Możemy kochać – i to jest to „wszystko”.

 

fot.: Edyta Bartkiewicz 

Galeria zdjęć


REKLAMA