REKLAMA
Anywhere logo

Wszystko jest podróżą

2016-09-08
...

Tony Kososki, a właściwie Przemysław Śleziak, to dwudziestotrzyletni gdańszczanin, który oruńskie kamienice postanowił zamienić na brazylijskie favele. Swoją samotną podróż autostopem przez Amerykę Południową rozpoczął od wolontariatu na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w Brazylii w 2014 roku. Doświadczenie, które go odmieniło, zawarł w książce „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę”.

 

„Wszystkiego nauczyłem się na Erasmusie. Przedtem nawet nie umiałbym udzielić wywiadu”, śmieje się Tony. Dlaczego Tony? „Tak jakoś wyszło. Znajomi w Portugalii nie mogli wymówić mojego imienia.” W Portugalii wszystko się zaczęło. „Tam polubiłem podróżować i zacząłem to robić. tony_kosowski2Potem założyłem bloga, bo stwierdziłem, że mam fajne historie i tak jak inni mogę je opowiedzieć.” W opowiadaniu, na żywo i w książce, skupia się na każdym szczególe. Każde wspomnienie wywołuje u niego lawinę skojarzeń. Ale nie sposób mu przerwać czy się znudzić, bo robi to tak, że jego przygody przeżywasz razem z nim. 

Ta z Ameryką Południową zaczęła się od mundialu w 2014 roku. Do Rio de Janeiro pojechał jako wolontariusz, miał dwadzieścia jeden lat. Brazylię wyśnił sobie, gdy na Erasmusie poznał grupę Brazylijczyków. To tam postanowił przełamać lęk – przed ludźmi, przed światem. „Sny to taki test. Jak czegoś się boję, ale pokonuję ten strach we śnie, to wiem, że pokonam go na jawie” – mówi. W podróży przekroczył wiele granic. W Boliwii wziął udział w ceremonii z użyciem ayahuasci, szamańskiej rośliny zmieniającej świadomość, w tradycyjnych wierzeniach uważanej za lek. Bo celem całej tej przygody z Ameryką Południową była walka z własnymi ograniczeniami. Mówi, że samotna podróż to najlepszy sposób na poznanie samego siebie.

Przez całą drogę był zdany na siebie i łut szczęścia. Korzystał z uprzejmości znajomych poznanych w Portugalii czy później przygodnych ludzi. By zbić cenę za bilet autobusowy, zatrudniał się jako naganiacz, żeby zwiedzić pustynię solną, został pomocnikiem przewodnika. Zawsze udawało się gdzieś znaleźć schronienie, jakoś przedostać się do kolejnego punktu podróży. Ale naprawdę gorąco zrobiło się dopiero wtedy, gdy miesiąc przed terminem oddania pracy dyplomowej nadal był w Ameryce. „Gdy pisałem swoją pracę inżynierską, byłem w Limie i w tym czasie parę razy byłem bliski wylądowania na bruku.” Lima, stolica Peru, to dziewięciomilionowa metropolia. „Jest jak jedna czwarta Polski zbita w jedno miasto” – opowiada. tony_kosowski
Raz mieszkał na Couchsurfingu, raz w kościele, musiał nieźle się natrudzić, żeby znaleźć miejsce z komputerem. „Gdy moja mama potem przeczytała, co tam wyczyniałem... No, ale nic nie mogła zrobić. Pieniądze nawet by mi nie pomogły. Ale jednak udało się i dokończyłem pracę. Czasem po prostu musiałem powiedzieć mojemu gospodarzowi, że przepraszam bardzo, ale nie mogę dłużej rozmawiać i pić piwko, bo muszę pisać.”

Pytam, czy podróż zmieniła jego sposób patrzenia na własny kraj. Mówi, że poszerzyła raczej jego perspektywę patrzenia na ludzi, środowisko i samego siebie. „Traktuję ją jako inwestycję. Rozwinęło mnie to – nie jako inżyniera, ale jako człowieka. Wiem, jak to jest łapać stopa w nocy, zmarznąć w namiocie. Dlatego teraz łatwiej mi zabrać autostopowicza niż osobie, która nigdy tego nie robiła. Jestem bardziej człowiekiem, bo więcej doświadczyłem. Nie chcę zanieczyszczać wody, bo wiem, że w wodzie jest życie, bo widziałem rafę koralową w Wenezueli. Chcę ją oszczędzać, bo wiem, że gdzieś na świecie jej nie ma, jak nie pada deszcz, na przykład w Kolumbii.” Dowiedział się, że favele, czyli brazylijskie dzielnice biedy, nie są wcale takie straszne. „Po prostu ludzie, którzy tam mieszkają, często piastują zawody, które są słabo opłacane, jak na przykład kierowca autobusu. A życie w Brazylii w porównaniu do zarobków zwykłych ludzi jest naprawdę drogie” – mówi. 

Najgorsze przeżycia Polaco wywiózł z Ekwadoru. „Po dotarciu do stolicy wsiadłem w autobus miejski, żeby udać się do centrum. W środku pewien pan z dzieckiem zaoferował mi pomoc w dostaniu się do albergue – miejsca, gdzie można przenocować za pół dolara. Weszliśmy razem w tłum. Trzy minuty w Quito, a mojego telefonu już nie było” – relacjonuje. To jedyny raz, kiedy mu się to zdarzyło, choć znajomi z Erasmusa ostrzegali, że kradzieże i rozboje w Ameryce Południowej są na porządku dziennym. Ale on wyjechał stamtąd z większą dozą wiary w ludzi niż przedtem. tony_kosowski3Miejscowi, widząc samotnego wędrowca, często ofiarowali mu obiad, a nawet nocleg we własnym domu. W czasie podróży kupił namiot, który rozstawiał czasem w jakimś bezpiecznym miejscu, jak choćby u strażaków, czasem przenocował w przytułku. Ale robił to po to, by jak najwięcej zobaczyć i udowodnić, że do podróżowania nie trzeba mieć dużych pieniędzy.

 Jednym z pomysłów Tonyego na przyszłość są wykłady motywacyjne. By pokazać ludziom, że można podróżować i marzyć. „Niektórzy są tak bardzo zasklepieni w swoim przekonaniu, że nie da się, że nawet, jak pokazujesz im gotowe rozwiązania, widzą w tym jakiś haczyk. Mówię: <Patrz, lot do Brazylii za 800 złotych w dwie strony>. <Na pewno z miejscem stojącym i w trakcie lotu zabraknie paliwa>. Chciałbym zmieniać ludzkie życia, bo wiem, że to co robię, jest dobre. A wcześniej tak nie robiłem. Uważam, że każdy ma misję.” Podróżować chce dopóty, dopóki jest młody, zdrowy i wolny. „Póki jesteśmy młodzi i nie musimy biegać po lekarzach. Później będzie coraz gorzej. Wiem, że nadejdzie moment, w którym będę musiał z tego chociaż częściowo zrezygnować. Wtedy będę brał ludzi na autostopa i opowiadał im swoje historie.” Dlatego też napisał książkę. „Chciałem pokazać, że taki zwykły ziomek jak ja dał radę. Co innego, jak pisze do ciebie Cejrowski, którego znasz z telewizji, a inaczej, jeśli przemawia chłopak, który jest jeszcze nikim.” 

Mówi, że każdy ma swój czas i właśnie teraz jest jego chwila na podróżowanie: „Cieszę się, że teraz ludzie tak szybko się nie żenią jak kiedyś. Ale jeśli zakocham się gdzieś w Australii, to może tam zostanę, pomyślę o jakiejś pracy i nie dokończę już tej podróży”. Tony na swoim blogu ma bucket list, listę rzeczy, które chciałby zrobić przed śmiercią. Oprócz podróży do Rio (odhaczone) i zamieszkania w faveli (jeszcze przed nim, bo na razie był w nich tylko gościem) chce przytulić lwa i spotkać się ze Snoop Doggiem.

Jego blog to „Vai lá cara!”, co po portugalsku znaczy „Dawaj!”, „Naprzód!”, czyli, jak tłumaczy Tony, „nie dawaj pieniądze, tylko dawaj przed siebie”. Od bloga przeszedł do papierowej książki, by mieć pamiątkę i dotrzeć do ludzi. Ale w głowie młodego Polaco tworzy się tysiąc pomysłów na minutę. Jednym z nich jest relacjonowanie kolejnych podróży za pomocą filmików na Youtube. Będzie jeszcze druga książka, relacja z dalszej części wyprawy po Ameryce Południowej, bo „Nie każdy Brazylijczyk...” opisuje Brazylię, Boliwię i kończy się w Iquitos, w Peru. Ma ona nosić tytuł „Co to znaczy być bogatym”. Będzie o Ekwadorze, Kolumbii i Wenezueli.

„Ludzie pytają się mnie, gdzie teraz pojadę. Mówię im, że całe życie jest podróżą.” We wrześniu, czyli wtedy, gdy ukaże się ten artykuł, Tony będzie już w drodze do Senegalu. Właśnie zaczął uczyć się francuskiego. Jak zwykle na własną rękę, z Internetu.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA