REKLAMA
Anywhere logo

Kasia Warnke: Mam na imię George odc. 8

2016-09-09
...

Lotnisko. Nieważne dokąd lecę. Dla mnie to teraz nieistotne. Widzę dwoje ludzi, siedzą naprzeciwko siebie, piją kawę w oczekiwaniu na swój lot. Oni są w podróży, tej prawdziwej. Mają na palcach obrączki. Chyba noszą je już bardzo długo – wyglądają na takie, których się nie zdejmuje z palca przez lata, które założono w młodości, nawet o nich zapomniano i teraz tylko z pomocą mydła można je ściągnąć z wielkim trudem. Z pewnością, kiedy się to uda, zostawią jasny ślad, wyraźny odcisk.

Tych dwoje przekroczyło już jakiś czas temu pięćdziesiątkę. Są spokojni, uśmiechają się do siebie co chwila, prowadząc nic nieznaczącą konwersację. Ona co chwilę wraca do przeglądania pisma, on do czytania wiadomości w telefonie. Jest w tym istnieniu we dwoje jakaś lekkość, pozbawiona zwykłej nerwowości innych otaczających ich ludzi. Tych którzy wodzą wzrokiem po obcych twarzach, czegoś szukając i którzy są zapatrzeni w horyzont za oknem i krzyczących do słuchawek. A także tych, którzy wiecznie się spieszą. Mężczyzna i kobieta przy stoliku z kawą wyglądają, jakby płynęli w czasie. Ten czas im sprzyja, udało im się z nim chyba zaprzyjaźnić. Choć nie sądzę, żeby byli maniakami siłowni i zdrowej diety, jest w jej kręconych półdługich włosach coś z uroku młodej dziewczyny. A kiedy on wstaje, żeby podać jej cukier z sąsiedniego stolika, emanuje z jego ruchów jakiś rodzaj przekory i ironii, która przyciąga wzrok i budzi natychmiastową sympatię. Znowu uśmiech. Nie zachłystują się sobą, ale smakują wspólny moment. Nawet tutaj, na lotnisku. 

Patrzę na nich już od pół godziny. Coś mnie uwodzi i wciąż zaskakuje w ich obecności. Czuję nagły przypływ zazdrości, niezrozumiały dla mnie samego. Patrzę nachalnie i zachłannie, mając nadzieję, że mnie nie odkryją i pozwolą się obserwować jeszcze przez chwilę. Bezkarnie. Wzruszenie ściska mi gardło. Nagle czuję się samotny i niepotrzebny. 

W tej chwili bardzo pragnąłbym, żeby ktoś na mnie czekał. W jakimś domu, którego zapach tak dobrze znam i umiem go opisać. Niezmienny, słodki i świeży. Chciałbym pamiętać, móc przypomnieć sobie, jak rano wpada światło do sypialni i zahacza o komodę w korytarzu, na której, wracając z każdej mojej podróży, kładę klucze. I widzę kobietę śpiącą w pościeli w żółte kwiatki. Nie musiała przyjeżdżać po mnie na lotnisko. Wiem, że nawet śpiąc, czeka na mnie. Jestem pewien jej uśmiechu, kiedy otworzy oczy i zobaczy, że już jestem. Powie wtedy: „Już jesteś!”, a potem mnie pocałuje. Wdycham powietrze głęboko w płuca, żeby wypełnił je zapach mojego domu. I czuję łzy na policzkach. Dobrze, że założyłem ciemne okulary. Co za absurd. Co za absurd. 

Oni wstają, idą do gate’u numer 33. On łapie ją za rękę. Trochę śmiesznie wyglądają. Mam nadzieję, że mnie nie oszukaliście i jesteście szczęśliwi od wielu lat. I że nie zdążyliście się jeszcze sobą znudzić, ani nawzajem się znienawidzić. Że lubicie się nawet bardziej niż kiedyś, w tamtych chwilach, kiedy wszystko jeszcze było niewiadomą. Nie chciałbym, żeby te moje głupie dwie łzy były po nic. Bon voyage!

REKLAMA
REKLAMA