REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Janusz Radek: Wszyscy jesteśmy zwykli

2016-09-12
...
Kochają się w nim i matki, i córki. Gdy śpiewa recital z tekstami Haliny Poświatowskiej z jednymi i drugimi wchodzi w erotyczną interakcję. Jest kojarzony z piosenką aktorską, która według niego nie istnieje, oraz ze śpiewem klasycznym, z którym nie ma do czynienia. U nas Janusz Radek jeździ na rowerze i obala mity, świetnie się przy tym bawiąc.

Jak się panu wiedzie poza miastem?

Mieszkam pod Wieliczką. Przez trzy lata szukaliśmy z żoną miejsca, które byłoby pod miastem, a jednocześnie trochę na wsi. Tam właśnie tak jest – mamy kawałek lasu i łąki, nasz dom jest ostatnią chałupą w siedlisku, swobodnie przychodzą do nas sarny i jelenie.

JanuszRadekJak wygląda pana dom?

Kupiłem normalny dom, a mój przyjaciel zasugerował, żebym stworzył w nim pewną przestrzeń kontemplacyjną. Jako urodzony snob od razu chciałem taką przestrzeń mieć. Pracowałem na nią trzy lata i szkoda, że nie poprzestałem na tym „gargamelu”, którego kupiłem. Mam dom, który nie jest funkcjonalny, lecz pięknie wygląda. Teraz trochę muszę, a trochę chcę żyć wśród takich rzeczy, które rzeczywiście wyglądają pięknie, ale tak jak wszystko – psują się. Cieszę się, że tam mieszkam, bo jest z mną rodzina. Dobrze nam w tym miejscu, jednak moglibyśmy żyć zupełnie gdzie indziej.

Ostatnio często urządza pan domówki.

Tak, to prawda. Urządzam na żywo z mojego domu próby muzyczne, pokazuję nowe utwory i proces ich tworzenia. Mało tego, te spotkania są na tyle inspirujące wzajemnie, że na bazie komentarzy fanów powstała na przykład piosenka „Szczęście to ja bym chciał codziennie”. Do tych live sesji z fanami wykorzystuję narzędzia dostępne na Facebooku i tam też można w nich uczestniczyć. Rekord oglądalności to 2 tysiące osób, a średnie dotarcie do widza z zapisanym już filmem, sięga czasem nawet 10 tysięcy. Mimo tego nadal uważam, że to bardzo kameralne koncerty. Domówki nie wymagają scenografii, świateł czy produkcji - kamera obejmuje tylko moją głowę i kawałek tułowia. Ludzie wykorzystują łącza internetowe i komunikatory czasem w głupi sposób – nagrywając umierającego kotka albo robiąc memy. To wszystko mnie trochę śmieszy i nudzi. Dzielenie się tego rodzaju powierzchownymi wzruszeniami jest nużące. Ja wolę przekazywać to, co głębsze. Wiem, że dzisiaj jakakolwiek głębsza niż na szerokość paznokcia zadra już człowieka męczy , ale jestem naiwny i ufam, że można dowiercić się głębiej niż do naskórka, który interesuje większość. Taka też naskórkowa jest obecnie muzyka – ślizga się człowiek po niej i ją głaska. Domówki są moimi próbami, komunikuję się w najbardziej wiarygodny dla mnie sposób.

A co, gdyby nastoletnia córka chciała urządzić prawdziwą domówkę?

Prawdziwe domówki były w latach osiemdziesiątych, kiedy nie otwierano knajp, a za wyjście po dziesiątej można było dostać pałą po łbie. Ludzie spotykali się w domach wczesnym wieczorem i tam siedzieli już do rana. Mojej córki nie bawi to, żeby zrobić imprezę w domu. Gdziekolwiek będzie chciała, może tam pojechać. Kiedy nie ma się ograniczeń, ceni się swoją wolność. Gdyby pragnęła zademonstrować swoją wolność i niezależność urządzeniem imprezy w domu, myślę, że sama zastanowiłaby się nad tym, czy to właśnie oznaka dorosłości.

JanuszRadek2Tata-muzyk to tata zwykły czy niezwykły?

Niezwykłość – tak jak szczęście – zdarza się czasami. Tak jak miłość, uniesienie czy orgazm. Te rzeczy są chwilowe. Istnieją momenty, w których ludzie osiągają coś, co jest niezwykłe. Trzeba je łapać, spisywać, notować w piosenkach i impresjach malarskich, a wtedy można się nimi cieszyć na co dzień. Ale tak naprawdę wszyscy są zwykli.

Trzy kobiety i mężczyzna-artysta. Myślę sobie, że to dużo emocji jak na jeden dom.

Wdrażam rodzinę w moją pracę i uświadamiam ją, że pisanie piosenek to właśnie praca. Cały czas myśli się o tym, ale trzeba też uważać, żeby nie odlecieć. Gdyby człowiek nie robił nic innego tylko funkcjonował w sferze swojego ego i swoich pragnień, to nie byłby społeczny. Niektórzy artyści poświęcają się temu całkowicie, ale czy są szczęśliwi? Nie uprawiam muzyki po to, żeby być nieszczęśliwym. Nie umiem śpiewać będąc zrozpaczonym. Nie interesuje mnie artysta, który opisuje swoje traumy. Wywlekanie flaków jest bardziej pretensjonalne niż artystyczne. Jeżeli jestem radosny, to piszę wodewilową płytę. I to, że ktoś ocenia: „ten Radek nie wie, w którą stronę pójść, bo raz śpiewa rzeczy soulowe, a raz bawi się w teatr”, to jest jego sprawa. Ja świetnie się bawię i wyzwalam emocje, które w danym momencie są dla mnie ważne. Bez sensu byłoby rozwieść się z żoną i nagrać płytę o traumie i samotności. Oczywiście nikt nie napisał żadnej dobrej piosenki o szczęściu. Tym jest disco polo. Opowieść o facecie, który ma dwójkę dzieci, żonę i szczęśliwy dom – nuda. Jestem najzwyklejszym facetem na świecie. Uwielbiam myć podłogi, bo robię to dobrze i się tym pasjonuję. Dobrze umyta podłoga to tak, jak dla mojego sąsiada wykoszenie trzydziestu arów trawnika. Dlatego ja powinienem mu być podłogi, a on mi kosić trawnik. (śmiech)

Jestem dowodem na to, że zachwyt pana muzyką jest dziedziczny. Przechodzi z matek na córki.

Miałem możliwości, by wejść w tak zwany „target”. Ta droga nie ma perspektyw. Jest wielkie „bum”, wielkie „halo sralo” i wybierasz „odpowiedni” target, który później z ciebie wyrasta. Wstrzelasz się w pewien modny nurt i stajesz się jego ikoną. Jednak za chwilę, jak wszystko co jest współczesne, to też się dewaluuje i czas sprawia, że ta ikona za dwa lata jest całkowicie démodé. Wielu artystów opłaciło to życiem – już ich nie ma. Nie mówię tego, bo jestem taki mądry, ale los zawsze mi podpowiadał, że się do tego nie nadaję. Lepiej realizować rzeczy, które wynikają z prawdziwego zachwytu, bo wtedy przenikają do kogoś innego. Ten prawdziwy zachwyt przechodzi, jak się okazuje, z matki na córkę. Słuchaczowi to zostaje, on nie wyrasta z tych krótkich portek. Artysta nie pozostaje cały czas w rock’n’rollowej skórze – wtedy mamy takie rupiecie, co to śpiewają o wolności, a nie mają nawet zębów, by tę wolność pogryźć. Ja wybrałem inną drogę. Mam obok siebie znajomych, którzy mają po siedemdziesiąt lat i czują ze mną wspólnotę, ale też osiemnastoletnie koleżanki mojej córki, które uważają, że piszę świetne teksty.

JanuszRadek4Może to przez Poświatowską? Jej poezja to wdzięczny, chociaż trudny temat. Marek Niedźwiecki czytał jej wiersze na antenie i zmagał się potem z listami od fanek. Czy pana słuchaczki także odbierają recitale bardzo osobiście?

Ja bym to bardziej uczłowieczył. Poświatowska była bardzo współczesnym człowiekiem, wykraczającym poza mierność szarej, zgnuśniałej Polski lat 60. Była mądrą kobietą, jednak zdawała sobie sprawę ze słabości swojego ciała. Była namiętna, a jednocześnie czuła, że to wszystko jest chwilowe i bardzo ulotne. Uniwersalizm jej poezji i osobowości łamie stereotyp poezji kobiecej. Traktuję poezję Poświatowskiej jak poezję ludzką, w wymiarze unisex. Często lepiej komunikuję się za pomocą poezji Poświatowskiej, niż tego, co sam napiszę. Niektórzy słuchają tego, co śpiewam, nie wiedząc nawet, że to słowa nie moje, a poetki. Nie trzeba tego nazywać. Mam mądrą publiczność. To nie tak, że słuchaczki myślą, że Janusz Radek śpiewa bezpośrednio do nich…

…że kocha, że pragnie…

Więc na tej płaszczyźnie się spotykamy – ja ich pragnę. Moda na homoseksualizm jest dla mnie zrozumiała, bo ja jestem formą homoseksualną. Czuję się lesbijką. Jestem mocno zadeklarowanym miłośnikiem kobiet. Kiedy śpiewam i widzę publiczność – jesteśmy wszyscy razem. Nawet na poziomie uniesienia erotycznego. To normalne, gdy śpiewa się o kochaniu, dotykaniu, erotyce. Przecież nie śpiewa się do powietrza. Wszyscy jesteśmy podnieceni. Kiedy robię domówkę – jestem podnieconym facetem. Zresztą podejrzewam, że święty Franciszek, kiedy miał swoje wizje, także był bardzo podniecony. Był w stanie uwolnić swoje myśli, dlatego został świętym. To nie jest przecież pornografia, tylko forma erotyki i uniesienia.

Podobno lubi pan trzy rzeczy: samochody, bieganie i jedzenie. Samochodów nie odróżniam, biegam tylko na bieżni, więc porozmawiajmy o jedzeniu. Jakość jedzenia wpływa na jakość życia?

Jedzenie jest wyznacznikiem smaku i dobrego gustu. Musisz wiedzieć, co jesz. Nie jestem zwolennikiem wykwintnej kuchni, bo też nie mam wyjątkowo skomplikowanej osobowości. Jestem dosyć zdystansowany, nie popadam w wyrafinowanie. Również w przypadku muzyki. Dlatego z jedzeniem jest też tak, że potrafię się nażreć. Czasami tego potrzebuję – jestem tak zachłanny, że jestem w stanie wszystko w siebie wrzucać. Żarcie też jest fajne – pochłaniasz i kąsasz wszystko dookoła. Potem człowiek jest w opłakanym stanie, dlatego zakłada majty i biega dwadzieścia kilometrów, by odpokutować to żarcie. Ale bliższe są mi smaki, niż żarcie.

Jaki gust w smakach ma Janusz Radek?

Lubię potrawy o maksymalnie trzech rozpoznawalnych nutach. Nie lubię kuchni fusion, mogę zjeść tatara z krewetek, jeśli taki istnieje, ale dobry francuski befsztyk to jest to. Bliska mi jest środkowa Europa, na przykład smaki dawnych Austro-Węgier. Lubię jedzenie wynikające z tradycji, bo to są rzeczy niezmienne i nie podlegają fantazjom oraz modom. Dlatego rumuńska mamałyga z bryndzą ma swój określony smak, dlatego dobrze rozklepany sznycel wiedeński jest rewelacyjny, a węgierska ociekająca tłuszczem wątróbka jest przepyszna.

JanuszRadek3Jedzenie i bieganie to eliksir młodości?

Bieganie jest po to, by oczyścić głowę. Pokazała mi je moja menedżerka dwa lata temu. Gdy biegam, mam stany sięgania głębiej do siebie, czego na co dzień się wstydzę. Można być ze sobą bardzo blisko. Nie biegam maratonów, wolę biegać ze sobą.

Ale z pewnością tematem, który oboje kochamy, jest muzyka. Tylko że to nie ja mam czterooktawową skalę głosu.

Ja też nie! Trzy czy cztery oktawy to miał Farinelli. Nie jestem muzykiem klasycznym, ale ktoś kiedyś wyliczył, że te cztery oktawy być może mam. Nie ma to żadnego znaczenia.

To tak zwany wygar.

Trzeba przeczekać taki moment, kiedy chce się bardzo dużo i bardzo wysoko. Byle by pokazać, jakim się jest świetnym. Potem już się od tego odchodzi. To tak jak z dzikim zwierzęciem. Prawdziwy drapieżnik nie biega cały czas. On leży, rozgląda się i tylko gdy zobaczy coś naprawdę godnego ruszenia całej machinerii, kunsztu, piękna i siły – wtedy ruszy tyłek. Więc nieustanne wypruwanie się jest bez sensu. Od czasu do czasu trzeba pokazać, kto jest królem dżungli. I wtedy pomniejsze karaluszki zdają sobie sprawę z tego, że ten lew istnieje nawet wtedy, gdy go nie widzimy. Fajnie jest się popisać wysokim dźwiękiem i to robię. Jednak bardziej interesuje mnie opowiadanie historii. Wszyscy zachwycają się, jak ja pięknie i wysoko śpiewam, a nie każdy pochyli się nad melodią.

Podobno może pan zaśpiewać męsko-damski duet sam ze sobą.

Technicznie jest to możliwe. Rzeczywiście mam takie rejestry, które mógłbym ze sobą połączyć. Tam, gdzie kończy się tenor, zaczyna się już repertuar dla kobiet. Bawiłem się tym kilka razy, przede wszystkim w teatrze. W tym miejscu wszystko się sprawdza, gdyż teatr jest najbardziej uniwersalną i współczesną ze sztuk. Pozostałe się dewaluują, a teatr pozostaje. Chętnie gram, ale też bardzo lubię oglądać sztuki teatralne.

Nie istnieje jednak coś takiego jak piosenka aktorska.

Piosenka aktorska powstała w czasie stanu wojennego, kiedy aktorzy nie mieli pracy. Ci, którzy się stawiali, byli wyrzucani z teatrów, nie było produkcji telewizyjnych, więc musieli z czegoś żyć i śpiewali w kościołach. W konsekwencji powstało forum takiego rodzaju piosenki, czyli Festiwal Piosenki Aktorskiej. Ten całkowicie się już zmienił – jest formą interpretacji i szerszego spojrzenia na komentarz teatralny. To już nie jest piosenka aktorska, która kiedyś bazowała na dawnej piosence włoskiej czy francuskiej. Gdyby spytać nieżyjącą już Edith Piaf, czy zdaje sobie sprawę, że śpiewa piosenkę aktorską, to wyrzuciłaby nas z pokoju i powiedziała, że jesteśmy idiotami. Ona śpiewała po prostu piosenkę, na owe czasy bardzo współczesną.

Jednak smutne piosenki w pana wykonaniu zyskują dodatkowy kilogram smutku. Tym ciężarem jest interpretacja.

Ja jestem trochę podwórkowym śpiewakiem. Jestem wręcz prosty, a bywam – i jestem tego świadomy – niezwykły. W tym normalnym, grającym na pianinie chłopaku ze Starachowic jest wiele wzruszenia. Wychowałem się w miejscu, gdzie naturalne, małomiasteczkowe wzruszenie rzeczywiście istnieje. Jeżeli śpiewam o prostym kochaniu i w to wierzę, gdy zachwycam się ludźmi i na koncertach wchodzę z nimi w relacje erotyczne – to wszyscy jesteśmy w łóżku. Przeżywamy olbrzymie orgazmy i uniesienia. Nie uważam, że to pochodzi z niesamowitości, a z normalności. Podnoszę to do wyżyn dlatego, że jestem w stanie to zrobić. Wykończyłbym się jednak, gdybym nosił ten ciężar cały czas na plecach.

Po odrobinie oddechu z płytą „Popołudniowe przejażdżki” wydaje pan singiel „Żałuję każdego dnia bez ciebie”. I znowu smutek.

Wszedłem w rytm powtarzalności, co oznacza u mnie posługiwanie się skrótami. Staram się pisać równoważnikami, obrazkami i hasłami. Z nich da się stworzyć mantrę. Gdy powtarza się pewne zlepki słów, one nabierają coraz szerszego wymiaru, uprzestrzenniają się. Nie chcę pisać moralizatorskich tekstów o wolności i równości, bo to przypinanie się do targetu i jazda na czyichś plecach. Wiedzieć lepiej i być predestynowanym do tego, żeby coś mówić – co za głupota.

JanuszRadek5Czy ten singiel to podsumowanie mężczyzny przed pięćdziesiątką?

Nie ma co się oszukiwać – każdy facet przed pięćdziesiątką ma problem ze swoim wiekiem. Żałuję każdego dnia, kiedy jestem bez moich dziewczyn. A każdy żałuje czasu, który przepływa przez palce. Wydaje nam się, że coś jest istotne i poświęcamy temu czas. Późnej okazuje się to już mniej ważne. Chociaż trzeba mieć do tego dystans, bo człowiek by zwariował i stwierdził, że całe życie nie ma sensu. To tak jak z dobrym jedzeniem – wiemy, że to było dobre, bo na języku wciąż pozostaje posmak. Wypadkową tej piosenki jest stwierdzenie – żałuję, że w danym momencie nie mogłem tego smaku przedłużyć, chcę przypomnieć sobie choć zapach i ten powrót już warty jest wspomnienia w tekście. Momenty, które wynikają ze szczęścia są naprawdę nieuchwytne. Nie do spreparowania. Zawsze, gdy mówisz o szczęściu, mówisz o stanie, który już minął. Za tym tęsknimy. „Żałuję każdego dnia bez ciebie” to tekst optymistyczny. Mówi o nadziei na to, że ten stan będzie się miało szansę odczuć przynajmniej w formie sensorycznej.

Co dzieje się z mężczyzną przed pięćdziesiątymi urodzinami?

Biega czternaście kilometrów dziennie i jeszcze ma na to siłę. Jest cholernie wyrafinowany i odrobinę bezczelny, bo tym wyrafinowaniem się upaja. Zna już trochę smaków i jest w najlepszej intelektualnej kondycji. Dobrze się czuje, zachowując dystans do świata. Tak jak ten drapieżnik – wie, kiedy skoczyć i upolować. To nie zadufanie, jednak w wieku pięćdziesięciu lat można sobie pozwolić na obranie pozycji „wiedzącego”. Wiesz, ile zjeść i co powiedzieć, jak nie przekroczyć granicy zaintrygowania sobą. A może w tym wieku faceci dopiero do tego dorastają? Może jestem tak zafascynowany moją odpowiedzią, a to wynika z głupoty? Wreszcie doszedłem do jakiegoś wniosku. Pięćdziesięcioletni faceci po prostu dojrzewają i są w stanie zweryfikować swoje życie.

Chciałby pan, zgodnie z tym, co śpiewa na ostatnim albumie, przeżyć „jeszcze jedno, nawet życia dwa”?

My już w ogóle myślimy, że mamy więcej niż jedno życie. Napisałem to trochę prowokacyjnie. A pewne jest to, że życie jest jedno, chociaż ludzie nie chcą mieć tej pewności.

 

fot. Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA