REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Leski: Odwróciłem bieguny

2016-09-16
...

Zaprosiłam Leskiego na śniadanie i wywiad. Z zastrzeżeniem, że tym razem nie będziemy rozmawiać o płycie a drodze, którą przeszedł, by tę płytę wydać. Wiodła przez korporacyjne biura i poważne stanowiska, a on pokonywał ją na desce z zawieruchą słów w głowie. Na końcu była wolność. Wolność tworzenia. 

 

Leski – właściwie Paweł Leszoski. Po dziesięciu latach pracy na różnych stanowiskach porzucił biurowce i wydał solowy album „.splot”. Za swój debiut otrzymał nagrodę „Mateusza” przyznawaną przez radiową Trójkę. Mieszka pod Warszawą.

Pamiętasz, jak umówiliśmy się na wywiad?

Spotkaliśmy się na stacji benzynowej. Byłem w potrzasku, bo zatankowałem, a okazało się, że nie wziąłem z domu portfela. Miałem powichrowaną głowę, ale zwróciłem uwagę na dziewczynę z rowerem. Okazało się, że to ty.

Leski1I od rana myślałam o tym, że zadzwonię do ciebie po południu.

Nie ufam filozofii przypadku. Widać mieliśmy ze sobą do pogadania. Jest jakaś matematyka w zbiegach okoliczności.

Wkrótce potem poleciałeś do Irlandii. Z czym wróciłeś?

Z pluszakiem w głowie. Wywiało mi z głowy trochę zachmurzeń. Udało mi się posmakować surfingu w nieznanych mi dotąd warunkach. Niesamowite. Ten sport zawsze wywoływał we mnie jakiś dziki głód. Jeździłem kiedyś na deskorolce i marzyłem o tym, żeby wbić się na falę. Piękna sprawa! Wskoczyłem też na deskę, bo okazało się, że w Kilkenny, w którym mieszkaliśmy, skateboarding ma się dobrze, a lokalni panowie z deckami są koleżeńscy. Miałem sporo czasu na obserwacje i przemyślenia, spotkałem ludzi, którzy żyją tu i teraz. No i zrobiłem sobie kwarantannę od muzyki.

Ile masz lat?

Trzydzieści pięć.

A przepracowanych lat na etacie?

Dziesięć, z drobnymi pauzami.

Leski2Od początku w korporacji?

Niejako. Zaraz po studiach ekonomicznych dostałem pracę w administracji rządowej. Nie byłem zupełnie na to przygotowany, dlatego długo biłem się z myślami czy podjąć to wyzwanie. A że podejmować lubię, wystartowałem i zrobiło się z tego dziesięć lat.

Czym się zajmowałeś?

Projektem unijnym. Miałem dwadzieścia cztery lata i fiu bździu w głowie. Sporo podróżowałem, grałem po knajpach, odkrywałem świat. Nie mogłem oddać się temu, co buchało mi w żyłach. Miałem jednak kasę i mogłem się usamodzielnić. Po dwóch latach pojawiła się propozycja wyjazdu na staż do Birmingham. Stypendium dla absolwentów. Długo się nie zastanawiałem. Złożyłem wypowiedzenie, zabrałem gitarę i czmychnąłem na wyspy. Odczuwałem silną potrzebę jakiejś zmiany. Myślałem nawet o tym, żeby zakończyć przygodę z muzyką. Chodziłem na koncerty, uczyłem się języka angielskiego, rozmyślałem. Po zakończeniu stażu załapałem się na moment do tajskiej restauracji jako barman, ale ostatecznie zdecydowałem, że kupuję bilet powrotny. Wróciłem właściwie prosto do stacji telewizyjnej, która szukała redaktorów i znów usiadłem za biurkiem. To była praca po 12-13 godzin na dobę w nieregularnych trybach, dlatego po jakimś czasie zdecydowałem się na - jak mi się wówczas wydawało - nieco bardziej systematyczny wariant, ale wpadłem z deszczu pod rynnę. Korporacja finansowa, do której trafiłem, pracowała właściwie 365 dni w roku i wymagała pełnego zaangażowania. Jeśli nie masz w sobie określonych cech, długo tam nie zabawisz. Garnitury, mitingi, projekty, szklane domy. Musisz to lubić.

Tacy ludzie przecież także istnieją. Zakładamy, że korporacja jest zła, a wcale taka być nie musi.

Nie twierdzę, że jest zła. Wręcz przeciwnie. Wiele się tam nauczyłem. Pokory, szacunku dla czasu, powagi, rzetelności. Zawsze są jakieś plusy. Uważam, że praca w korpo to nie był stracony czas, ale przekonałem się, że nie przystaję do tego świata. Sporo było w moim życiu „kontrolowanego przypadku”, od którego zresztą zaczęliśmy naszą rozmowę. Nic nie dzieje się ot, tak. Jeśli wychodzisz do ludzi, pobudzasz energię, wprawiasz w ruch cząsteczki, wszechświat zaczyna pulsować. Siedząc w domu i oczekując, że zrobi się samo, gasisz światło. Ludzie, którzy chcą coś osiągnąć i spełniać marzenia muszą ryzykować. Wiem, bo mi w życiu nic nie spadło z góry. Pojawiło się na mojej drodze wielu dobrych ludzi, ale nie siedziałem i nie przebierałem w ofertach. Musiałem ponosić konsekwencje swoich wyborów i odkrywać na kredyt. Nie lubię stagnacji, dlatego często odwracam bieguny. Karmię się ruchem.

Leski3Jak ważne wtedy były dla ciebie pieniądze?

Na pewno nie robiłem tego dla kasy! Mogłem sobie pozwolić na codzienne życie, czasem małe szaleństwa. Nie doświadczyłem filmowych scenariuszy, które wciskają kit o dolarach na taczkach.

A chciałbyś?

Chciałbym odwiedzić jeszcze kilka miejsc, do których podróż wymaga nieco ponad standardowego budżetu, ale żeby od razu podpisywać cyrograf - nie. Jest też pośrednie rozwiązanie, którego doświadczyłem pod koniec mojej przygody z etatem. Praca w firmie umiarkowanych rozmiarów. Ten rozdział wspominam najmilej. Zajmowałem się PR-em i czerpałem z tego dużą przyjemność. Niestety nie można mieć wszystkiego. Rok temu pożegnałem się z regularną pracą i wybrałem muzykę.

Jak w biurze czuje się ktoś, kto za chwilę stanie na scenie ze swoją autorską muzyką?

Miałem wrażenie, że ściska mnie imadło. Czułem się dziwacznie, choć stanie w rozkroku pomiędzy skrajnie różnymi światami nie było mi obce. Szkoła średnia, studia, praca. Już wtedy miałem wrażenie, że żyję na rezerwie, a to, co najważniejsze, dopiero się wydarzy. W pracy nie chciałem jednak, by myślano o mnie jak o muzyku czy artyście. Byłem tam zupełnie z innych powodów. Przeskakiwanie z zimnego w gorące ma jednak swoje plusy. Łatwiej łapać dystans. Pobudzić krążenie. Moment, w którym wydałem EP-kę bardzo mocno uświadomił mi, że łączenie pracy i muzyki będzie coraz trudniejsze, a trasa z Edytą Bartosiewicz potwierdziła obawy. Wracałem z koncertu o trzeciej nad ranem i szedłem prosto do pracy. Musiałem być kreatywny, a zasypiałem nad klawiaturą.

Wracałeś do domu po pracy i po kryjomu pisałeś piosenki?

Pisałem je już w powrotnym pociągu albo w innych niecodziennych sytuacjach. Kiedyś na przykład na kierownicy samochodu, co ostatecznie zakończyło się mandatem. Wiele myśli zanotowałem właśnie w drodze z Żyrardowa do Warszawy i odwrotnie. Nagle mrowi ci się w głowie i notujesz. Każda okazja jest dobra. Korporacyjna toaleta, kuchnia, tramwaj, pociąg – w różnych miejscach zdarzało mi się zapisywać dźwięki albo tekst na schowany w klapy kurtki dyktafon.

Miałeś koszmary przed kolejnym dniem w pracy?

Koszmarów nie, ale spięty tył - a i owszem. Przekraczając próg biurowca szczelnie zamykałem za sobą drzwi. Przeskakiwałem na inny tryb. Nie doczytywałem w domu. Nie jarały mnie branżowe herbatki. Cały czas miałem wrażenie, że coś przegapiam. Nowy projekt, zmiany w systemach, migracje procesów, środowiskowe ploty. Myślę, że tego typu rozmyślania towarzyszą wielu osobom. Korporacja to też indywidua niezorientowane wyłącznie na kasę. Ludzie z odjazdami, którzy mają jednak rodziny i nie mogą sobie pozwolić na niepewne kombinacje. Jedni coś kolekcjonują, inni szyją, jeszcze inni kolorują ludziki do gier RPG. Komfort uzależnia, a działanie na własny rachunek przypomina jazdę bez trzymanki na rozkręconym rowerze po ciemku. Nigdy nie wiesz, co się wydarzy.

Czego tak naprawdę trzeba mieć dość, żeby rzucić pracę i stałą pensję?

Rzecz nie w tym, czego trzeba mieć dosyć, a w tym, co musi wydarzyć się dobrego, żeby taką decyzję podjąć. Coś, na co nawet nie czekałeś, bo włożyłeś to do szuflady ze szczeniackimi fantazjami. Na przykład reakcja na EPkę, którą planowałeś od dłuższego czasu, i na którą skrupulatnie odkładałeś kasę, jak na rower dwadzieścia lat wcześniej. Twoja piosenka w Trzecim Programie Polskiego Radia w audycji Piotra Metza czy Wojtka Waglewskiego albo trasa z artystką, której muzyka towarzyszyła ci na szkolnych dyskotekach. Wszystko to, co zadziało się z „Zaczynem”, było światełkiem, którego nie można zignorować.

Miałeś w domu awanturę o odejście z pracy?

Bynajmniej. Mam ogromne wsparcie ze strony „domu”, z którym już od dłuższego czasu rozważałem różnego rodzaju scenariusze. Cieszę się, że zadebiutowałem późno, po trzydziestce, obeznany z etatową codziennością, bo w bardziej świadomy sposób podejmuję decyzje i potrafię docenić gest od losu. Jarać się jak dziecko. Dzięki temu dziś, nawet z dwójką dzieci, żoną i kredytem na karku, mam zupełnie inną energię, bo wreszcie robię to, co lubię. Czuję, że przekroczyłem swój Rubikon.

Korporacja to przecież metafora. Wielu ludzi nie pracuje w korporacji, ale robi coś, co nie przynosi żadnej satysfakcji. Ale przecież tak łatwo powiedzieć komuś, żeby rzucił pracę. Trudniej ten krok podjąć.

Czasem ludzie nie mają innego wyjścia i trzymają się jakiejś pracy po to, żeby zwyczajnie przetrwać. Ciężko jest myśleć o samorealizacji w kraju, w którym codziennie dopada człowieka brutalna prawda o życiu. Ludzie funkcjonują od pierwszego do pierwszego. To wywołuje strach przed radykalnym krokiem. Musisz jeść i opłacać rachunki. Żegnając się z etatem miałem świadomość zagrożeń, z jakimi tego rodzaju decyzja się wiąże.

Mój najlepszy dzień pracy jest wtedy, kiedy budzę się, robię kawę, siadam przy stole w kuchni i zaczynam pisać. I jestem w pracy. Jednak wraz z rzuceniem roboty na etat tracisz status, wypłatę, zdolność kredytową i potrzebę wstania rano z łóżka.

Wszystko ma swoje wady i zalety. Sposobów zarabiania forsy na życie jest wiele i każdy powinien sam określić co dla niego jest najlepsze. Każdy z wyborów ma jednak swoje ciemne strony. A status to dla mnie kondycja ducha a nie forma zatrudnienia.

Wyobrażam sobie, że za takimi decyzjami idą nie tylko szczęście i spełnienie, ale też życiowe dramaty. Mężowie odchodzący od żon, kobiety opuszczające rodzinę w rozpaczy poszukiwania siebie.

Czasem ludzie już nie potrafią ze sobą żyć i wcale nie musi to być związane z wykonywaniem wolnego zawodu. To raczej sprawa egoizmu, który trawi umysły. Artystyczne poszukiwania idą w parze z samotnością i potrzebą wyobcowania, ale ktoś mądry kiedyś zauważył, że szczęście jest wtedy, kiedy możesz je z kimś dzielić. 

Leski4Czy korporacja musi być też metaforą związku jako najgorszej formy miłości?

Nie musi, ale oczywiście może, jeśli myślisz o relacji międzyludzkiej w kategoriach automatyzacji procesu. (śmiech) Ludzie dziś szybko się nudzą, łatwo rezygnują. Przewijają drugiego człowieka na swoim najnowszym smartfonie. To chyba prosta droga do metaforycznej korporacji.

Teraz, ile pieniędzy to dla ciebie dużo?

Dużo to mniej niż kiedyś.

Dobrze śpisz?

Różnie. Czasem budzę się z dymem w głowie i zastanawiam, co dalej. Nie odpowiadam przecież tylko za siebie, ale póki co - robię swoje.

Patrzysz czasami w niebo?

Regularnie.

I co, sky is the limit?

Gdybym tak nie myślał, nadal odbijałbym kartę magnetyczną na bramce. 

 

fot. Monika Szałek

 

Śniadania nie zjedliśmy do końca. Podczas rozmowy o tym, co ważne, jedzenie wydaje się właśnie tym czymś mało ważnym. Jednak kawa smakowała znakomicie. Wolnością.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA