REKLAMA
Anywhere logo

Karolina Gruszka: Wstydu mi nie przyniesiesz

2016-09-26
...
We wrześniu na prestiżowym festiwalu filmowym w Toronto zostanie pokazany premierowo film „Marie Curie” w reżyserii Marii Noelle. W rolę noblistki wcieliła się Karolina Gruszka, która opowiedziała nam o pracy nad rolami, poświęceniach i rozczarowaniach jakie przynosi czasem zawód aktora.

Właśnie wróciłem z pokazu najnowszego filmu Pedro Almodovara i znając oczywiście jego język filmowy wciąż nie mogę się nadziwić, ile w tych dramatach optymizmu i koloru. Podejście do tematu śmierci, odejścia bliskich wcale nie musi być podane w pesymistycznych tonach. Dlaczego w Polsce, ale też choćby w Rosji, filmowcy boją się uśmiechnąć do widza nawet opowiadając o śmierci?

KGruszka1To jest dobre pytanie! Myślę, że nasz problem ciągle polega na tym, że uciekamy od formy. Nie potrafimy się bawić kinem, teatrem. Tworzymy sztukę śmiertelnie poważnie. Nie kręcimy filmów osadzonych w formie, raczej staramy się pokazać widzowi obraz, który jest jak najbardziej bliższy naszemu życiu. Tylko im bardziej staramy się uzyskać efekt kopiujący naszą rzeczywistość, tym bardziej jest to sztuczne i nieprawdziwe. Ja jako widz od takiego filmu się dystansuję. Polska i Rosja to są dwa bardzo różne kraje, ale podobnie podchodzimy do tego, o czym mówisz. Nie potrafimy rozmawiać na przykład o śmierci tak, jak to pokazuje Almodovar w swoich filmach. To ciągle jest tabu. Ale to przez to, że jesteśmy pełni napięć i kompleksów.

Na co zatem zwracasz uwagę jak dostajesz scenariusz do ręki?

Staram się dobierać role, a co za tym idzie wykluczać scenariusze, które niosą za sobą jakąś totalną beznadzieję i wywołują we mnie przygnębienie. Po przeczytaniu tekstu chcę zobaczyć jakieś światło, poczuć dobrą energię, nawet jeśli jest to mocny dramat, ale z wyjściem na piękno. Oczywiście zdarzyło mi się kilkakrotnie pomylić. Przeczytałam scenariusz, który nie do końca mnie przekonywał, ale zaryzykowałam. Dziś myślę, że aktor musi pokochać tekst i zrozumieć wizję reżysera po to, by potem na planie ją dopełnić. Podczas zdjęć nie ma już miejsca na spory estetyczne, czy światopoglądowe. Takie rozmowy lepiej prowadzić wcześniej i na tej podstawie podejmować decyzję o ewentualnej współpracy. Czasami wystarczy mi, że popatrzymy sobie głęboko w oczy i już wiem, że się porozumiemy, a czasami pojawiają się wątpliwości i wtedy dyskutujemy. Nie wchodzę w projekty, nawet bardzo znaczących reżyserów, jeśli nie czuję tego w środku. Muszę wiedzieć i zrozumieć o czym będziemy opowiadać. Oczywiście są takie projekty jak film Davida Lyncha, że do końca tak naprawdę nie wiedziałam co wyjdzie z naszej pracy na planie, do czego zmierzamy, jaki to wszystko ma mieć kształt. Dużo improwizowaliśmy. To była ciekawa przygoda, ale ważniejsze są dla mnie projekty, w których czuję, że jestem dla reżysera partnerem.

Czy te błędy, o których mówisz, miały wpływ na to, że od kilku lat w teatrze grasz tylko pod skrzydłami swojego męża Iwana Wyrypajewa?

Robię to w pełni świadomie. Już osiem lat z Wanią tworzymy teatr w różnych miejscach, zarówno w Polsce, jak i w i Rosji. Najpiękniejsze jest to, że mam ochotę na jeszcze więcej. Potrzebę pracy z innymi ludźmi zaspokajam w filmie. Robimy naprawdę dużo projektów osobno. Ale w teatrze istotne jest dla mnie podejście do widza, do pracy nad tekstem, używanie środków do budowania postaci. Nie czuję takiego porozumienia z innymi reżyserami, co nie znaczy, że nie rozumiem, że widzowie potrzebują różnego teatru i miejsce jest dla każdego. Dopiero kiedy poznałam Wanię znalazłam swoje miejsce w teatrze. Wcześniej błądziłam, nawet sama nie wiedziałam czego chcę, czego nie otrzymuję jako aktorka.

KGruszka2Mimo że dostałaś ogromną szansę trafiając zaraz po studiach do zespołu Teatru Narodowego.

Miałam ogromne szczęście, że trafiłam do takiego miejsca i to jeszcze na początku swojej drogi. Bardzo często wracają do mnie jakieś obrazki z prób czy spektakli i to, że grałam u boku wspaniałych aktorów. Natomiast po czasie zrozumiałam, że to nie jest teatr, który pozwalałby mi zrozumieć, co chciałabym osiągnąć wychodząc na scenę. Nie wiedziałam po co na nią wychodzę. Wykonywałam rolę, nie mając świadomości kontaktu z widzem. Nie byłam w stanie sama tego pokonać, a też nikt ze mną takiej rozmowy nie odbył.

Mówisz o ludziach w teatrze?

W teatrze, ale też w czasie studiów na Akademii Teatralnej. Nikt z nami nie rozmawiał o relacji aktor-widz.

Wychodzi na to, że szkoły aktorskie, zamiast kształtować i rozwijać, blokują przyszłych aktorów.

Wychodząc ze szkoły aktorskiej miałam poczucie, że nie zostałam nauczona żadnej metody aktorskiej. Oczywiście nauczono mnie odpowiedniej pracy z głosem, mówienia wierszem, uruchomiania w sobie różnych emocji i pokładów energii. 

To niewiele jak na cztery lata...

Bardzo niewiele. Myślę, że jest problem nauczania w szkołach. Nie pracuje się nad koncentracją, nie uczy się świadomego bycia na scenie, organizowania uwagi widza, prowadzenia tematu, nie rozmawia się o konieczności wzięcia odpowiedzialności za to o czym się ze sceny opowiada, nie uczy się analizy tekstu.

Umiejętność analizowania to chyba największy problem młodych ludzi.

Zwłaszcza reżyserów. W Rosji jest bardzo mocna szkoła analizy tekstu. Oni tłuką tę analizę przez cztery lata. U nas nie ma czegoś takiego. Iwan miał kiedyś zajęcia w Polsce na wydziale reżyserii i był przerażony, że w szkołach teatralnych nie ma w programie analizowania tekstu. Dlatego później wielu aktorów czy reżyserów ma problemy, żeby odpowiednio przekazać problem postaci widzom. Ta szkoła się bardzo pogubiła. 

Szkoła teatralna coś ci zabrała?

Na jakiś czas przygasiła entuzjazm. To jest dziwne, bo po szkole powinno być raczej odwrotnie. Trudno mi powiedzieć, czy tak jest też teraz i czy jest to we wszystkich szkołach aktorskich, ale w Warszawie Akademia Teatralna to miejsce ogromnego stresu i wydaje mi się, że to nie służy otwieraniu młodych ludzi. To smutne co powiem, ale szkoła nabawiła mnie masy kompleksów. Praca z młodymi ludźmi to trudna rzecz. Nie posądzam nikogo o złe intencje, ale myślę że powinno się zwracać większą uwagę na to, jakich metod czy słów używa się w pracy z młodymi aktorami. Myślę, że dużo ważniejsza powinna być próba wydobycia ze studentów tego, co jest w nich naturalnie piękne, prawdziwe, nawet jeśli niedoskonałe, niż wrzucanie ich na siłę w konkretne emploi, lepienie ich według swoich gustów i wyobrażeń.

Czytając „Dziewczynę z Kamienia”, autobiografię Izabeli Cywińskiej, natknąłem się na fragment o twoich narodzinach i na zdanie, że gdyby nie ona, nie poszłabyś do szkoły aktorskiej.

Moja historia zaczęła się bardzo klasycznie. Jako dziecko w podstawówce chodziłam na zajęcia teatralne, grałam w różnych przedstawieniach. Traktowałam to bardzo poważnie. Grałam na deskach Teatru Żydowskiego czy Nowego, oczywiście w spektaklach dla dzieci. Ale dopiero później po przygodzie z „Bożą Podszewką” pani Izabeli Cywińskiej i po kontakcie z plejadą nazwisk nabrałam ochoty na ten zawód. To była produkcja, w której grały takie nazwiska, jak Agnieszka Krukówna, Danuta Stenka, Janusz Michałowski, Andrzej Grabowski, Jolanta Fraszyńska, Anna Dymna i wielu, wielu innych aktorów. Zaczęłam się im przyglądać, rozmawiać o tym zawodzie, także z panią Izabelą. To mnie bardzo nakręciło na ten zawód.

KGruszka3Czyli najlepsza szkoła z możliwych, przez doświadczenie, pracę...

Przed egzaminami wybrałam się do pani Izabeli do domu. Siedziała w fotelu, a ja recytowałam jej różne wierszyki. Po czym powiedziała: „Dobra możesz iść, wstydu mi nie przyniesiesz”. (śmiech)

Izabela Cywińska to także swatka, która trochę pół żartem, pół serio, wyreżyserowała ci życie u boku Iwana Wyrypajewa.

Tak było, poznała mnie z Iwanem na jakimś festiwalu filmowym. 

Czyli jednak taka miłość się zdarza... Mocna, silna, pełna wspólnej pasji. Coś, co kiedyś stworzyli Gustaw Holoubek i Magdalena Zawadzka.

Bardzo często o tym myślę. O tym, że jestem mocno przywiązana do swojej rodziny, traktuję ją jako ogromny dar, cud, który mi się przydarzył. Nie jest to uzależnienie, bardziej silna więź. Czasem pojawia się lęk przez utratą, staram się nad tym pracować, ale to bardzo trudne.

Szykujecie wspólnie na jesień spektakl w Teatrze Polonia. Znowu razem.

Ta przygoda jest o tyle ciekawa, że nie dość, że Wania napisał tekst i reżyseruje spektakl, to jeszcze w nim ze mną gra. W dodatku mówi po polsku. Ogromnym atutem naszej współpracy jest to, że znaleźliśmy kilka lat temu wspólny język i na wielu próbach rozumiemy się bez słów. Chociaż nowy spektakl będzie dla nas jakiś ryzykiem, a czy się opłaci i sprawdzi dla publiczności Teatru Polonia, to czas pokaże. Dla mnie to nowe wyzwanie, kolejny krok na mojej teatralnej drodze. Teraz jest taki czas, że chcę grać na scenie i wiem też po co na nią wychodzę. Temat, który poruszamy tym razem, jest dla mnie w tej chwili niebywale aktualny. To temat komunikacji, umiejętności nawiązania prawdziwego dialogu, kontaktu z drugim człowiekiem.

 

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA