REKLAMA
Anywhere logo

200 km/h w chmurach

2016-09-29
...
Koniec lata trzeba dobrze wykorzystać. Ja ruszam na Półwysep Helski, do Jastarni. Można ją przeżyć co najmniej na dwa sposoby. Tradycyjnie, z goframi i parawanem, co na pewno ma swój urok. Można też niekonwencjonalnie – skoczyć ze spadochronem.

Decyzja o skoku to nie dla każdego oczywista rzecz. Ludzie to naziemne stworzenia, jedni bardziej, drudzy mniej. Ale czym byłoby to życie, gdybyśmy od czasu do czasu nie zrobili czegoś innego? skoki_spadochronowe3Tak właśnie myślałam, gdy postanowiłam „wyjść ze swojej strefy komfortu”, jak mówią life coache. Mogę nawet powiedzieć, że z niej wyskoczyłam. 

Moją „strefą komfortu” był samolot. Całkiem przyjemnie się w nim siedziało, chociaż stres narastał wprost proporcjonalnie do czasu, który pozostał do skoku. O bezpieczeństwo się nie obawiałam, bardziej o swój błędnik. W końcu wiedziałam, że skaczę z najlepszymi. Przed całą przygodą rozmawiam z Bartoszem „Dragonem” Staśkiewiczem, jednym z dwóch założycieli strefy Sky Camp. To wielokrotny mistrz Polski w skokach spadochronowych, pionier szkoleń AFF w Polsce i tandem pilot.

– Szkoła spadochronowa istnieje od 2001 roku. Strefę zrzutu uruchomiliśmy dziesięć lat później – mówi.

Półwysep Helski to wyjątkowe miejsce. Pytam, jak to się stało, że postanowili tu organizować skoki. 

– Już wcześniej odbywały się tu loty widokowe. Pomyśleliśmy, dlaczego by nie dołożyć do tego skoków spadochronowych? Początki niosły ze sobą wiele niewiadomych, począwszy od zorganizowania przestrzeni powietrznej, poprzez fakt, że na Półwyspie wieje silny wiatr. W końcu to miejsce to mekka dla kite- i windsurferów. Mieliśmy parę wątpliwości, ale pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę.

Rzeczywiście, widoki są niesamowite. Jednym z najbardziej rozsławionych stref zrzutu na świecie jest ta na Wyspach Palmowych w Dubaju. Tyle że słynna palma została usypana przez człowieka. A nasz Półwysep Helski stworzył wiatr.

– Mówili mi o tym goście z zagranicy. Skoki na Półwyspie Helskim są bardziej ekscytujące, bo krajobraz u nas jest naturalny. Mam za sobą kilkaset skoków w tym miejscu i za każdym razem, gdy otwieram spadochron na trzech tysiącach metrów, mówię: „Wow!” – opowiada Dragon.

skoki_spadochronowe2A zagranicznych skoczków w Jastarni nie brakuje. Co roku Sky Camp organizuje tu Baltic Boogie, imprezę dla profesjonalistów z całego świata. Obserwowanie ich z dołu robi niezłe wrażenie.

– Kiedy zaczęła się twoja przygoda z tym sportem?

– Jakieś dziewięć tysięcy skoków temu – śmieje się Dragon. – W 1993 roku wykonałem swój pierwszy skok. Było to rok po mistrzostwach Polski w akrobacjach szybowcowych w mojej rodzinnej Zielonej Górze, kiedy to pomyślałem, że chcę zostać pilotem. Szef szkolenia powiedział mi: „Co będziesz latał na szybowcach. Zacznij skakać, to jest dopiero adrenalina!”. I rozpocząłem szkolenie w tym kierunku. Myślałem, że zrobię podstawowy kurs i na tym koniec, ale niestety, to jest sport, który silnie uzależnia. 

Zaczął skakać zawodowo, dostał się do kadry narodowej. Był pośród pierwszych instruktorów w Polsce, którzy zrobili uprawnienia do skoków w tandemie (z pasażerami) i AFF, czyli skoków ze studentami – nie „na linę”, ze spadochronem o okrągłej czaszy, który otwiera się zaraz po wyskoczeniu z samolotu, a przy pomocy swobodnego opadania z czterech tysięcy metrów przy asekuracji instruktora i ze spadochronem w kształcie prostokąta. AFF to dziś standard w świecie skoków spadochronowych, metoda nauczania o wiele bardziej efektywna i bezpieczna.

Ale pierwsze, a często jedyne podniebne doświadczenie przechodzimy zazwyczaj jako pasażer w skoku tandemowym.

– Zawsze mówię skoczkom, żeby traktowali pasażera tak, jakby to oni wykonywali skok pierwszy raz w życiu. Każdy ma jakieś obawy. Nawet ci, którzy przychodzą tu całkowicie zdecydowani. Zadaniem tandem pilota jest to zdiagnozować. Poza tym zrobić szkolenie, które dużo wyjaśnia. 

W tandemie sprzęt i procedury są bezpieczniejsze niż w skoku indywidualnym.

– Zawsze powtarzam klientom, że od skoku bardziej niebezpieczny jest dojazd na lotnisko. – mówi Dragon. – Skacze z nami całe spektrum społeczeństwa. Moja najmłodsza pasażerka miała sześć lat, najstarsza – osiemdziesiąt sześć.

Ludzie skaczą w tandemie z różnych okazji. Zamiast podróży poślubnej, bo przekroczyli czterdziestkę, bo dostali prezent-niespodziankę. Pytam, jak było. Wszyscy, oszołomieni, mówią, że super. To wsiadam do samolotu.

skoki_spadochronowe– Wielu ludzi mówi na to sport ekstremalny. Ja wolę określenie „przestrzenny”. – krzyczy mi do ucha Dragon, gdy wznosimy się na wysokość 4 km.

Kamerzysta Grzegorz gestykuluje mi przed oczami jak mim. Mam pokazać kciukiem, że jest dobrze i pomachać. Z kamerką, z której strzela foty, wygląda jak ekstremalny Harpo Marx. Nie wiem, kiedy, mój tandem pilot przeszedł ze mną do drzwi. Dobrze, że jest ode mnie większy. Wyskakujemy z czterech tysięcy metrów. Spadanie trwa minutę. Jest szybko, 200 km na godzinę. Chmura jest zimna i mokra. Gdzieś tam w tej bieli miga mi Grzegorz-kamerzysta. Niezły będzie film. Wydostajemy się z chmurzyska. Spadochron otwiera się łagodniej niż myślałam. Odtąd można już tylko cieszyć się lotem.

Przejażdżka kończy się miękkim lądowaniem. Cała? Cała. Nie dopadła mnie choroba lokomocyjna? Nie dopadła. Mimo tego, że bałam się niemożebnie, wiem, że niedługo znowu skoczę, żeby już naprawdę cieszyć się spadaniem. Dragon mówił, że to uzależnia. To działa nawet na „normalsów” takich jak ja, dla których wystarczający poziom adrenaliny pojawia się po przejeździe tramwajem bez biletu. Cóż, może nie jestem jeszcze uzależniona, ale chcę jeszcze raz. 

A co, jeśli pasażerowi w tandemie tak się spodoba, że zechce wejść w świat skoków głębiej?

– Banalna rzecz. Wystarczy przyjść na kurs i tyle. Przechodzisz szkolenie teoretyczne, potem, jeśli warunki pogodowe pozwalają, jeszcze w ten sam weekend są pierwsze skoki. 

Jest jeszcze jeden przyziemny powód, dla którego przygodę ze spadochronem lepiej zaliczyć w Jastarni. Po wylądowaniu można pójść na gofra.

 

fot.: Jakub Konwent

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA