REKLAMA
Anywhere logo

Katarzyna Warnke: Mam na imię George, odc. 9

2016-10-10
...

Kenia. Mam interesy w Afryce. Staram się załatwić wszystko sprawnie, żeby jak najszybciej znaleźć się na plaży. Mombasa – trochę współczesnych budynków, jakieś pozostałości po koloniach i dużo innych dziwnych budyneczków, urbanistyczny bałagan. Czuję się nieswojo, kiedy wyjeżdżam z miasta i widzę wielkie reklamy najnowszych telefonów komórkowych, a pod nimi chatki sklecone z czego popadnie, ogrodzenia, za którymi nic nie stoi, małe sklepy z kratami w oknach, bosych ludzi wędrujących poboczem albo siedzących na plastikowych skrzynkach, wpatrzonych w dal błędnym wzrokiem.

Przeprawiamy się przez rzekę promem. Kierowca busa ostrzega, żeby nie wychodzić na zewnątrz i nie otwierać okien. Coś może się wydarzyć. Ale co, pytam. Nie odpowiada. Wiadomo. Co chwila ktoś puka w nasze brudne okna, proponując ciosane kokosy ze słomką albo torebki z orzechami. Pełno ludzi. Mężczyźni i kobiety z dziećmi. Patrzą na turystów z ciekawością, ale jakoś przenikliwie i z niechęcią. Nie dziwię się.

W końcu jesteśmy na drugim brzegu. Uchylam okno, wpada przyjemny, gorący wiatr. Krajobraz dziki, jakby postindustrialny. Smutek tropików – coś w tym jest. Wzdłuż drogi toczy się życie. Kolorowe rzeczy wystawione na straganach ocienionych szmatami, hotele i domy, które wyglądają na opuszczone. Ciekawi mnie wszystko. Życie pulsuje tu w innym rytmie – to odświeżające. Gapię się i chłonę. Mam ochotę wysiąść i spróbować, jak to jest. Ściemnia się, słychać rytmiczną muzykę i śmiechy w knajpkach, które mijamy. Podnieca mnie zapadająca ciemność. Tutaj jest ona o wiele groźniejsza niż w Europie. I niebezpiecznie pociągająca. Ale ja zmierzam do drogiego kurortu. Przygoda mnie ominie, nie poznam tej Kenii, bo wybrałem wygodę i europejski standard. Teraz żałuję.

Dojeżdżamy do hotelu. Co za zmiana! Wjeżdżamy przez wielką bramę. Portier jest uzbrojony. Nagle bucha zieleń, zapach kwiatów, małe wodospady, oczka wodne, w których kumkają żaby. Wielki hol z kamienną podłogą, obsługa w liberii. I te kobiety. Piękne. Ich uśmiechy to magia. Wiem, jak to okropnie brzmi. Ale nie jestem seksistą, po prostu zauważam w ich oczach rodzaj łagodnego flirtu i jednocześnie zawstydzenia, które mnie onieśmiela i każe patrzeć na nie jak na zjawiska, może nawet bóstwa. 

Dostaję klucz do bungalowu nr 157. Idziemy przez ogród z bojem ciągnącym moją walizkę. Mijamy baobaby. Cykady tną gorące powietrze. To stary resort z kolonialnymi nawykami. Będzie mnie męczyła usłużność obsługi. Wolę jednak bezczelnych kelnerów z Włoch, Francji i Grecji. Nie będę mógł odpocząć leżąc na wydzielonej plaży z miękkim ręcznikiem pod głową, ocieniony daszkiem z liści palmy… Parę metrów dalej toczy się brutalne życie. Stąd widzimy tylko jego odpryski. Kobiety przechodzą naszą plażą machając chustami, chcą je sprzedać znudzonym Europejkom. Mężczyźni, kiedy tyko zejdziesz do wody, dopadają cię i proponują safari, wypożyczenie samochodu, kolację na pustyni. Plażę przemierzają białe, stare kobiety trzymające za rękę swoich młodych czarnych kochanków. Seksturystyka. Raj. Przychodzi mi do głowy tylko jedna refleksja: my, biali ludzie, źle urządziliśmy ten świat. Dlatego wymyka nam się z rąk. Przemoc rodzi przemoc. Nic odkrywczego. Piękno Kenii i jej mieszkańców jest porażające. Niestety poczucie winy, jakie mnie dopada w tym złotym świetle, przy szumie fal Oceanu Indyjskiego, kiedy piję kenijskie białe wino, nie pozwala mi odpłynąć. „Hakuna matata!” – rzuca w moją stronę młody kelner i puszcza mi oko, szczerząc zęby w uśmiechu. Hm. Masz rację, bracie – odpowiadam uśmiechem. 

REKLAMA
REKLAMA