REKLAMA
Anywhere logo

Jacek Górecki: NA AFISZU # 1

2016-10-16
...

Matki i synowie Terrence McNally

Teatr Polonia – reż. Krystyna Janda

Krystyna Janda to nie tylko symbol polskiego teatru czy kina, ale także przemian, jakie miały miejsce w latach 80’ w Polsce. Jej bezczelna Agnieszka w Człowieku z marmuru Andrzeja Wajdy stała się głosem pokolenia Solidarności, ludzi walczących z systemem. To był dla wielu Polaków sygnał, który nakręcał ich do działania.

Później była rola Antoniny Dziwisz w głośnym, zakazanym przez cenzurę Przesłuchaniu Ryszarda Bugajskiego. Oba filmy czy obie role rozgłos zdobyły także na świecie.

na_afiszu_1

Były krzykiem i zwróceniem uwagi na nasz problem. Problem z twarzą Krystyny Jandy. Ta publicystyka artystce towarzyszy i dziś, gdzie między farsami i klasyką w swoich teatrach proponuje aktualne tematy. Nie tak dawno jako Tonka Babić w mocnym Ucho, gardło, nóż Vedrany Rudan komentowała wojnę na Bałkanach i klęła przy tym jak szewc. Dziś za sprawą sztuki Matki i synowie Terrence’a McNally’ego sięga dłońmi do homoseksualizmu, a przy okazji wzrusza.

O sile tego spektaklu możemy mówić głównie dzięki wielkiej roli Krystyny Jandy. To ona jest ponownie twarzą ważkich spraw tego kraju. Aktorka ugina się od nieco jednowymiarowej gry młodszych kolegów i tworzy po raz kolejny postać, z którą identyfikować się będą nie tylko cierpiące matki i ich synowie. To właśnie dla tej roli powinno się pójść do teatru. Jej Katharine Gerard jest zgorzkniałą matką, która nie potrafi się pogodzić z homoseksualizmem dziecka. Syna który w dodatku nie żyje od wielu lat. Janda jest przepełniona bólem i żałobą, tworząc z pozoru kreację demoniczną, unosząc się nad ofiarami w czarnym futrze do ziemi i w rękawiczkach. Jest po prostu suką polującą na niewinne ofiary, w tym wypadku byłego partnera syna. To jego obwinia za śmierć dziecka. Ale to tylko pancerz. Pancerz, kryjący w środku człowieka pełnego obaw. Człowieka, któremu wmówiono zakazy i podziały w wyniku czego stał się agresywny i nietolerancyjny. Przecież nikt nie rodzi się zły, mówią do nas ze sceny aktorzy, to wina edukacji. Janda walczy z tymi podziałami zarówno, jako postać na scenie, jak i poza murami teatru. A co ważne nie poucza palcem, nachalnie nie moralizuje tylko stawia problem, by zmienić w widzu świadomość. I za to należą się jej największe brawa. 

Księgi Jakubowe Olga Tokarczuk

Teatr Powszechny reż. Ewelina Marciniak

Kontrowersja jest wpisana w teatr od samego jego początku. To coś nieodłącznego. Teatr bez wtrącania się i szokowania możliwe, że nie miałby sensu. Tak samo jak i cała sztuka. Czy to w dobrze tematu czy w podawanej widzowi formie w jaką wrzuca się tekst. Oczywiście, jeśli wszystko co rzucone na pożarcie posiada uzasadnienie. Szokował Adam Hanuszkiewicz, Zygmunt Hubner, szokował i Jerzy Jarocki wystawiając Mord w katedrze pod koniec lat osiemdziesiątych, właśnie w jednej z warszawskich katedr.

na_afiszu_2

W poprzednim sezonie sporo szumu wywołała Ewelina Marciniak, która do wrocławskiej inscenizacji Śmierci i dziewczyny zaprosiła aktorów porno. Burza na skale narodową. A Marciniak została przeklęta. Ale to był tylko początek. Pod koniec ubiegłego sezonu w warszawskim Teatrze Powszechnym odbyła się premiera Ksiąg Jakubowych według nagrodzonej nagrodą Nike powieści Olgi Tokarczuk. Można było się spodziewać takiego efektu finalnego. Przepełnionego erotyką, religią i mistycyzmem 4,5 godzinnego dzieła, które nie pozostawia widza obojętnym.

Ogromnym ryzykiem było przenieść na scenę tysiąc stron, żmudnie pisanych kilka lat przez Tokarczuk. Wielu sceptyków postawiło na reżyserce krzyżyk jeszcze przed premierą. Uważam, że całkiem niesłusznie. Sama historia jakże aktualna. To opowieść o Jakubie Franku, XVIII-wiecznym założycielu sekty frankistów, ówczesnych dzieci kwiatów, które podważyły seans wiary, budując nowe idee i wartości. To tygiel zmieszanych nacji od polskiej, żydowskiej, aż po turecką. Strona wizualna Ksiąg Jakubowych zwyczajnie wbija w fotel. I choć zarzucać można Ewelinie Marciniak, że słowo pisane zabiła naszpikowanymi efektami, zjawiskowymi obrazami, to jednak ciągle pozostaje to samo przesłanie. Policzek. Lustro, które jest tak znaczącym elementem scenografii, które tak trafnie odbija ówczesną stronę Polski. Kraju łasego na przykazania Boże i wychwalającego na piedestał kościół katolicki, po uszy ubabrany w brudne pieniądze i afery pedofilskie. A przyjęcie chrztu, podobnie jak dla bohaterów spektaklu Marciniak, jest tylko dulszczyzną, nic nie znaczącym rytuałem, ślepym pokazaniem przed bacznie śledzącymi nasze ruchy sąsiadami. Tym samym udało się zbudować zupełnie nową wartość tekstu Olgi Tokarczuk. To ważny spektakl w jednym z najważniejszych obecnie teatrów w kraju.

REKLAMA
REKLAMA