REKLAMA
Anywhere logo

Paweł Goźliński: Literatura to nałóg

2016-10-19
...
Jest redaktorem naczelnym „Książek. Magazynu do czytania” i Wydawnictwa Agora. Podopieczny Marii Janion, szuka śladów romantycznych wieszczów w naszej codzienności. Napisał pierwszy polski kryminał romantyczny. Spotykamy się podczas Literackiego Sopotu, by porozmawiać o życiu literackim Polaków.

Jak wygląda życie redaktora i pisarza w jednej osobie? Ciężko jest żyć z dwiema profesjami?

Oczywiście, że ciężko, tym bardziej, że wciąż czuję się aspirantem. Mówi się, że pisarzem to się jest dopiero po trzeciej książce. Moja pierwsza była naukową cegłą, potem były dwie powieści, więc ta trzecia, po której zmienię zawód na wizytówce, dopiero przede mną. Właśnie ją piszę, ale nie wiem, kiedy skończę. Na przykład moja ostatnia powieść miała ukazać się w 2012 roku, ukazała się w 2015. Tak właśnie wygląda próba godzenia pracy literackiej z pracą redaktora i resztkami życia rodzinnego (śmiech). Pisać to sobie mogę – po północy.

PAWEL GOZLINSKI FOT. TOMASZ SAGAN ANYWHERE.PL - 8675
Wcześniej miał pan pracę w redakcji i życie naukowe.

Do życia naukowego powoli wracam. Najgorsze jest to, że ilekroć już dokładnie wiem, co chcę napisać, ktoś z moich pracodawców wpada na jakiś genialny pomysł. Kiedy dokumentowałem w Paryżu mój romantyczny kryminał („Jul” - przyp. red.), chodziłem po starych uliczkach, sprawdzałem różne lokalizacje, nagle zadzwonił telefon z redakcji: „Musisz wracać, mamy dla ciebie nowe zadanie ”. Zaplanowałem sobie – naiwnie – że książkę napiszę w pół roku. Dostałem zaliczkę i właśnie próbowałem wziąć urlop. „Nie, nie, nie, kochany, teraz będziesz pracował nad nowym projektem”. To był nowy magazyn. Pracowałem nad nim przez rok, projekt trafił w końcu do szuflady, a pisanie książki przesunęło się na następny rok. Potem przeciągnęło się o kolejny. Ostatecznie pisanie „Jula” zajęło mi cztery lata. Kiedy się ukazał, powiedziałem sobie, że już nigdy więcej na takich wariackich papierach. Nigdy więcej zrywania się w środku nocy i urlopów z komputerem. No ale podpisałem umowę na następną książkę... Podsumowując: nie ma czegoś takiego jak godzenie pisania i pracy. Jest niegodzenie, nieustanny konflikt dwóch rzeczywistości.

Nie wygląda pan na znerwicowanego z tego powodu.

Nie, bo nie piszę dlatego, że muszę swoim pisaniem coś światu udowodnić. Nie muszę. Ale to jest rodzaj nałogu. Oczywiście uleganie mu może świadczyć o grafomanii. Tyle że grafomania to również łatwość pisania. A ja raczej wykuwam zdania w znoju, więc nie mam chyba tego problemu. Jednak kiedy już się stworzy powieściowy świat, to trudno potem zrezygnować z jednoczesnego życia w fikcji i realu. Przecież nie ma nic bardziej kręcącego niż podwójne życie. Z drugiej strony rozmawiałem niedawno z pewnym doświadczonym autorem, który ma na koncie wiele książek. Przyznał, że naprawdę szczęśliwy poczuł się dopiero wtedy, gdy, mając zaliczki na następne tytuły, powiedział sobie dość i uwolnił się od przymusu pisania. A że jest to specjalista od nałogów, wiedział, jak to zrobić. Tak, literatura to nałóg.

Jak ten nałóg przenieść na innych? Mamy w Polsce problem.

Z mojego redaktorskiego doświadczenia mogę raczej powiedzieć, że autorów jest cała masa.

To porozmawiajmy o książkach od strony pisarzy. Rynek szaleje.

Oj, szaleje. Wydawcy stają na rzęsach, żeby wmówić czytelnikom, że mają do czynienia z kolejnym arcydziełem.

PAWEL GOZLINSKI FOT. TOMASZ SAGAN ANYWHERE.PL - 8713W ostatnim numerze „Książek” była o tym mowa. Wydawcy licytują prawa do tytułów rzekomych bestsellerów zanim w ogóle przeczytają maszynopis.

Tak, i jako redaktor naczelny wydawnictwa Agora sam muszę uczestniczyć w tych grach. Oczywiście w miarę możliwości staram się zachować rozsądek i umiar – a przede wszystkim czytać to, co oferują agenci. Ale wystarczy pojechać na targi książki do Frankfurtu i wejść na piętro, na którym przy stolikach siedzą agenci literaccy i próbują sprzedać książki swoich autorów, żeby zarazić się szaleństwem. To jest jakieś kasyno na zapleczu księgarni. Z drugiej strony patrząc na stosy książek, które szukają swoich wydawców i armię autorów marzących o sławie, wielkich nakładach i milionowych zaliczkach, trudno nie nabrać pokory. Pewien poczytny autor science fiction, kiedy zobaczył, w jakiej mnogości reprezentowany jest jego gatunek, powiedział: „Talent? Nie. Pracowitość? Nie. Błysk geniuszu? Nie. Sukces to tylko kwestia fartu”. Tylko że on nie do końca miał rację. Prawdziwych talentów wcale nie jest tak wiele, wśród setek książek przysyłanych do naszego wydawnictwa jakoś nie było ani jednego arcydzieła. Bo ich zwyczajnie nie ma. Bo nawet nie arcydzieło, ale po prostu dobra książka to jest owoc ciężkiej pracy – autora, redaktorów, wydawcy. Tymczasem u nas jest armia piszących i garstka takich, którzy piszą tak, że naprawdę warto ich wydawać. I jeszcze mniejsza grupka ludzi, którzy potrafią redagować, uczyć, realnie wspierać autorów. W Polsce z niechęcią traktowane są kursy kreatywnego pisania. Oczywiście również dlatego, że rzadko prowadzą je mistrzowie, osoby kompetentne. Są warsztaty Czarnego, z których wyrastają interesujący autorzy, jest Polska Szkoła Reportażu, ale to wciąż za mało. Za mało pracuje się z autorami, za szybko wydaje się ich książki.

Co mają dać warsztaty kreatywnego pisania? Nie można przecież nauczyć się talentu.

Nie można, ale można pomóc utalentowanym ludziom, żeby zdobyli narzędzia, poprawili warsztat. Zdyscyplinowali swój język, popracowali nad konstrukcją, rozwinęli pomysły, żeby nauczyli się rezygnować i wykreślać.

Od tego są redaktorzy.

Owszem, ale jeżeli redaktor dostaje książkę na dwa tygodnie przed wydaniem, to ma za mało czasu, żeby popracować z autorem. Może poprawić błędy. Tyle. Tymczasem jakiś czas temu publikowaliśmy w „Książkach” wywiad z Eleanor Catton, Nowozelandką, najmłodszą laureatką nagrody Bookera. Powiedziała, że od momentu, kiedy podpisała swój pierwszy kontrakt, nad powieścią stale pracował z nią redaktor. Wydaje mi się to idealne rozwiązanie. Najgorzej, kiedy autor jest zostawiony samemu sobie. Niektórzy uważają, że redaktor to ich wróg, ale się mylą. Przecież ostatnie słowo i tak należy do autora. Ale lepiej jest, kiedy ktoś stale towarzyszy mu w pisaniu, pomaga uniknąć wchodzenia w ślepe uliczki, zauważa mielizny. To ważne zwłaszcza w przypadku debiutantów.

W takim razie self-publishing nie jest dobrym rozwiązaniem dla autora?

Przyjrzyjmy się, jak to wygląda. Self-publishing generuje gwiazdy, ale to są pojedyncze projekty z setek tysięcy, które do tego sławę i pieniądze przynosiły autorom dopiero wtedy, kiedy zajęli się nimi profesjonalni wydawcy. Najlepszym przykładem jest „Marsjanin” Andyego Weira. Książka self-publishingowa, następnie znalazł się wydawca i ostatecznie hollywoodzka produkcja w reżyserii Ridleya Scotta. Takie historie się zdarzają, ale jako wyjątki potwierdzające regułę.

PAWEL GOZLINSKI FOT. TOMASZ SAGAN ANYWHERE.PL - 8600Co pan sądzi o zjawisku przenoszenia blogów na kartki książek?

No cóż, coś musiało wydawcom zapełnić dziurę po „Harrym Potterze” (śmiech). J.K. Rowling przywróciła autorom i wydawcom wiarę w to, że na książkach można zarabiać gigantyczne pieniądze. Ale każda saga się kończy i powstaje próżnia. Wydawcy musieli coś zrobić, żeby utrzymać zyski. W miejsce po „Potterze” weszły pomniejsze sagi, ale przede wszystkim zajęła je celebrytoza. A jak już celebryci z wyższej i niższej półki napisali swoje książki, przyszedł czas na celebro-blogerów. To tylko odmiana celebrytozy, powiązanej z syndromem łatwizny. Bo dużo łatwiej niż wypromować nowego powieściopisarza jest opublikować niewiele wartą książkę „gwiazdy sieci”, która ma już twarz, a przynajmniej profil, i dobrze wie, na czym polega autopromocja. Rzeczywiście wydawcy prowadzą dziś łowy na blogerów i parę osób z polskiej blogosfery co roku wydaje swoje książki z dużym sukcesem. Szczerze mówiąc, przeczytałem tylko jedną, „Make life harder”. To kawał dobrej, satyrycznej literatury. Ale właśnie literatury, czegoś, co absolutnie daje się czytać w zamkniętych okładkach, a do tego kpi z celebrytozy.

Literatury, bo przynajmniej jeden z twórców bloga jest poetą.

Tak, i wiadomo, dlaczego ten blog powstał i odpowiedzią na co był. Moim zdaniem gdyby w Polsce było więcej literatury środka, dobrych powieści adresowanych do szerszego grona czytelników, mniej uzależnieni bylibyśmy od celebrytozy. Ale znowu, do tego potrzeba redaktorów, trzeba pracy, inwestycji w autorów. To się zmienia, chociażby jeśli chodzi o krajowy kryminał. Wciąż też pojawiają się – choć to właściwie cud – interesujące debiuty. Całe szczęście są jeszcze w tym kraju wydawcy, którzy ryzykują.

Jakiś czas temu rozmawiałem z Karlem Ove Knausgardem, głośnym autorem „Mojej walki”. Opowiedział mi, że kiedy ukazuje się książka jakiegoś debiutanta w małej, jeśli chodzi o ilość mieszkańców, Norwegii, samych obowiązkowych egzemplarzy, które zamawiają biblioteki, jest półtora tysiąca. Sprzedając te półtora tysiąca egzemplarzy, wydawca już wychodzi na zero, czyli tak naprawdę nie ryzykuje, wydając debiutanta. U nas nie ma takiego systemu wsparcia, więc cały ciężar ryzyka ponosi wydawca. Niektórzy powiedzą: „Tak powinno być”. Ja bym raczej powiedział, że na naszym rynku debiutanci mają aż nadto pod górę. Do tego Knausgard po pierwszej książce dostał kilkunastoletnie ministerialne stypendium, więc mógł od razu przejść na literackie zawodowstwo. U nas literaci-zawodowcy to wciąż rzadki zwierz.

Obecny Narodowy Program Wspierania Czytelnictwa polega właśnie na wspieraniu bibliotek poprzez dofinansowanie. Trzeba tylko napisać odpowiedni wniosek.

To było dosyć skomplikowane. Nie śledziłem tego szczegółowo, więc trudno uznać mnie za wiarygodne źródło, ale z tego co słyszałem, był z tym na początku duży problem. Ale bibliotekarze, tak jak wszyscy, z czasem nauczyli się wypełniać wnioski. A nowoczesnych, fajnych bibliotek jest coraz więcej. One też ożywiają obieg literacki: są nie tylko wypożyczalniami, ale też domami kultury, które zapraszają na spotkania pisarzy. Mają na to środki, więc tak jak w innych krajach, kolejnym źródłem utrzymania pisarzy, oprócz książek, stają się spotkania autorskie.

To akurat nie jest zła zmiana.

Ale oprócz tych nowoczesnych bibliotek wciąż jest cała masa takich, które nie mają pieniędzy na nowości, gdzie oferta dla uczniów kończy się na lekturach. Jednak ważniejsze niż spotkania autorskie czy pieniądze, które mają być teraz wypłacane autorom za wypożyczanie ich książek, jest równy dostęp do literatury dla wszystkich, bez względu na to, gdzie mieszkamy i jaki jest nasz dochód.

Może po prostu potrzeba ludzi, którym się chce?

Oczywiście. Dziś bibliotekarz nie jest tylko panią lub panem, który wypełnia karty wypożyczeń, ale jest też promotorem kultury. No i oczywiście najważniejszym przewodnikiem po literaturze. Gdyby nie bibliotekarka z mojej szkoły podstawowej, nie zacząłbym czytać jako wczesny nastolatek Kapuścińskiego, Miłosza, Lema.

PAWEL GOZLINSKI FOT. TOMASZ SAGAN ANYWHERE.PL - 8625Wracając do celebrytozy, panuje ona też na polu recenzji.

To wszystko związane jest z problemami prasy w Polsce. W Niemczech na przykład dodatki z recenzjami to naturalna część gazet. U nas recenzje zanikają, tak jak zanikają działy kultury. Ale nie ma co porównywać się z innymi krajami, to prowadzi wyłącznie do frustracji, a przecież i tak każdy ma swoje kłopoty. Musimy funkcjonować w kulturowym otoczeniu, w którym jesteśmy. A u nas powszechne czytelnictwo jest stosunkowo nowym zjawiskiem, nie ma nawet stu lat. Tymczasem w Finlandii, żeby przed stu i więcej laty można było zawrzeć związek małżeński, należało dowieść umiejętności czytania i pisania. U nas nie. Czytanie książek i pisanie było zawsze czynnością elitarną, przywilejem, a nie normą.

Ale myślenie elitarystyczne w dzisiejszym świecie nie prowadzi donikąd.

To, że czytanie się upowszechniło, jest elementem czegoś, co Andrzej Leder nazwał prześnioną rewolucją. Pewne zjawiska, które gruntownie przeorały naszą tkankę społeczną, wydarzyły nam się w mrocznych czasach PRL-u, więc trudno je nam do końca zaakceptować. Tak było również z analfabetyzmem. Tak czy inaczej tradycja powszechnego czytania jest czymś nowym. To nie jest coś, co się dziedziczy, choć powinno być, bo nie ma innego sposobu na upowszechnianie czytelnictwa. Żadna szkoła, żadna biblioteka tego nam nie załatwi. Od tego jest rodzina.

Jest pan z „drzewa Marii Janion”, bada pan romantyzm. Czy nadal jest on głównym dyskursem w polskiej kulturze?

Ciągle się temu przyglądam i tak naprawdę jestem rozdwojony. Z jednej strony jest to bardzo wygodny sposób na wytłumaczenie różnych zbiorowych zachowań Polaków. Można pokazywać romantyczne wzorce i to, jak programują nasze niedokończone żałoby, konflikty polityczne, to, że w jakiś sposób jako społeczeństwo ciągle jesteśmy niedokończonym romantycznym projektem. Z drugiej strony zastanawiam się, czy to nie jest jednak taka obsesja „lologów”, mądrali, którzy nauczyli się pewnego języka analizy i kurczowo się go trzymają. Może nie ma sensu odwoływać się do romantyzmu? Może wystarczy dobrze odrobiona lekcja socjologii i psychoanalizy? Może ten romantyzm zamyka nam oczy i uniemożliwia trzeźwą ocenę rzeczywistości? Jednak skłaniam się ku temu, że ciągle nieświadomie odgrywamy w naszym życiu zbiorowym przeróżne romantyczne dramaty, czasami komedie. O tym są moje powieści.

W „Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?” Maria Janion stawiała tezę, że ostatnim zrywem romantycznym w naszym społeczeństwie była „Solidarność”.

Tak, ale później trochę się z tego wycofała. Okazało się, że „Solidarność” wcale nie była domknięciem, nie była ostatnią, wygraną rewolucją. Była tylko kolejną fazą naszego permanentnego rozwoju przez kryzys. Bo inaczej nie potrafimy się rozwijać jak tylko przez kryzysy tożsamości.

Miło byłoby jednak na tym zakończyć i wreszcie uwolnić się od piętna romantyzmu. Szukać nowego języka.

Tylko znowu, z umarłymi. Nie chodzi o to, żeby odwrócić się od naszej tradycji, odciąć się i szukać zupełnie innego kulturowego wzorca. Chodzi bardziej o przemyślenie tradycji na nowo i postawienie na inne elementy. Nie na tożsamość quasi-plemienną, ale na projekty nowoczesnego, liberalnego społeczeństwa wolnych ludzi, które też są obecne w romantyzmie, tylko nie zawsze potrafimy je odnaleźć. Maria Janion pisała za to, że po romantyzmie nie pozostał już jakikolwiek głębszy sens, tylko melodia, za którą bezrefleksyjnie podążamy, jak zahipnotyzowani. Wynosimy nowych bohaterów, obalamy starych, nie licząc się z rzeczywistością.

PAWEL GOZLINSKI FOT. TOMASZ SAGAN ANYWHERE.PL - 8771Jak pan ocenia dzisiejszą politykę kulturalną?

Nie mam nic przeciwko sensownej polityce historycznej. Sensownej, to znaczy opartej na rzeczywistości, a nie spłaszczeniu i prymitywnej mitologii. Dobrym przykładem jest świetnie zapowiadające się Muzeum II Wojny Światowej, które prawdopodobnie zostanie zmienione w jakąś machinę do krzepienia ducha narodowego, do mobilizowania społeczeństwa... Do jasnej cholery, co to za dziki pomysł? Muzeum II Wojny Światowej jako siłka do ćwiczenia tożsamości narodowej? To kompletnie chore. Tak samo jak przyzwolenie na to, żeby manipulowano symbolami i opowieściami, jak dzieje się w to w przypadku Powstania Warszawskiego. To wszystko zmienia się w jakiś ideologiczny bełkot. Tragedia przestaje być tragedią, staje się plakatem propagandowym.

Wracając do początku, czy pańskie zaplecze naukowe pomaga, czy przeszkadza panu w pracy i w życiu?

Przeszkadza. Niektórzy, którzy czytali „Jula”, mówili mi: „Ty to napisałeś dla Marii Janion”.

Po „Dziady” też nie sięgną raczej ludzie bez wykształcenia humanistycznego.

Jasne, „Dziady” to jednak przede wszystkim literacka zabawa. Miała to być szybka, zabawna książeczka, którą napiszę w rok.

Taki „Jul” przeniesiony do współczesności.

Tak, i tyle. Ale z przyczyn, o których już mówiłem, przeciągnęło się to na parę lat. Do tego – ku mojemu zaskoczeniu – niektóre motywy z tej książki okazały się prorockie.

Groźby pod adresem Olgi Tokarczuk.

Tak. Włosy mi się na głowie zjeżyły, kiedy o nich usłyszałem. Wariactwo. Absolutnie nie traktowałem tej mojej opowieści o tym, jak zwykli Polacy próbują pozarzynać swoich niezwykłych pisarzy jako diagnozy społecznej. To było tylko doprowadzenie do absurdu tendencji, które obserwowałem. Zabawa z myślą, co by się stało, gdyby kumulowana w sieci agresja w końcu wylała się na ulicę. A tu okazało się, że ta literacka zabawa zbliżyła się do rzeczywistości. Dzisiaj na Literackim Sopocie będę prowadził spotkanie z Åsne Seierstad, autorką świetnej książki „Jeden z nas”, która opowiada o Breiviku i jego zbrodni. Seierstad streszcza między innymi poglądy Breivika. Jeśli przyjrzeć się temu, co wygaduje u nas na przykład ks. Międlar, okaże się, że ich poglądy są dość zbieżne. To nic niezwykłego, przecież radykałów nie brakuje. Ale chodzi mi o rosnący poziom przyzwolenia na głoszenie chorych idei. Przecież ten klecha udziela wywiadów mainstreamowej prasie! Oczywiście przy takiej okazji stara się powściągnąć swój język, ale pod spodem mamy Breivikoland.

Czy i kiedy wyda pan coś nowego?

Jedną rzecz już za chwilę. W połowie września będzie miała miejsce premiera „Sług Bożych”, kryminału z Bartłomiejem Topą w roli głównej. Przy okazji zrobiliśmy pewien literacki eksperyment i zmieniliśmy scenariusz na powieść. Zwykle jest tak, że to powieści zmienia się w scenariusze. Ale – zapewniam – proces odwrotny jest równie skomplikowany. Książkę firmuje Adam Forman, ale w rzeczywistości stoi za nim czterech facetów: scenarzyści Mariusz Gawryś i Maciej Strzembosz oraz Piotr Głuchowski i ja. Ale to jest rzecz poboczna. Bo przede wszystkim do końca przyszłego roku chcę skończyć pisać biograficzną powieść, która będzie się rozgrywała w Wilnie, Petersburgu, na Sachalinie, w Japonii, w Krakowie, Zakopanem, i w Paryżu. Prototypem jest jeden z najbardziej interesujących Polaków przełomu wieków. Na razie nie powiem kto, ale strasznie mnie kręci ta opowieść.

 

Zdjęcia: Tomasz Sagan

REKLAMA
REKLAMA