REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Jacek Cygan: Ciągle zaczynam

2016-11-02
...
Przyznaję, do kawy wypiliśmy po kieliszku grappy. Bynajmniej nie za błędy, a za dary losu i życie, co jest nowelą. Jacek Cygan, poeta i autor tekstów piosenek, wydał niedawno zbiór opowiadań „Przeznaczenie, traf, przypadek”. Mimo że miał już romans z wieloma gatunkami literackimi, nadal mówi, że ciągle zaczyna.

„Całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę”.

Ta piosenka potwierdza to, że nigdy nie wiadomo w jakiej sprawie i dlaczego autor coś pisze. Pojechaliśmy z Jurkiem Filarem na Giełdę Piosenki Studenckiej w Szklarskiej Porębie. Miałem dwadzieścia pięć lat. Okutany w śpiwór w sylwestrową noc napisałem zwrotkę z kawą, która wtedy nie miała żadnego uzasadnienia. To było tak: „Dokończę swą najnowszą książkę” – jaką książkę? Miałem wtedy w szufladzie trzy teksty i parę smutnych wierszy. „Na chandrę znów będę za twardy/ Całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę/ Więc nie dzwoń do mnie, kiedy będę stary”. To jest dowód na metafizykę. Dzieje się coś takiego, że nie wiadomo, dlaczego człowiek pisze pewne rzeczy. Z czasem jednak okazało się, że to ma jakiś sens – teraz możemy napić się kawy.

To rzeczywiście moja trzecia kawa dzisiaj.

Moja pierwsza. Celebruję picie kawy. Lubię napić się jej koło południa. Zwłaszcza gdy pracuję, to kawa i mały koniaczek są bodźcem i sygnałem, że żarty się skończyły. Teraz musisz coś napisać – mówię do siebie – przymierzałeś się, ale jak już usiadłeś, to weź coś napisz. A dzisiaj nie pisałem, więc kawy nie było. Nie zasłużyłem.

JacekCygan2

Czyli to nie tak, że Jacek Cygan budzi się rano, robi kawę i siada do pisania?

Ależ skąd! Ja bym tak nie umiał. Tak pracuje pan Wojciech Młynarski. Opowiadał mi, że jeśli nie ma żadnych spraw rano, po prostu siada i chce przesiedzieć parę godzin do obiadu pisząc. Ja tak nie umiem. Piszę, kiedy wpadnę na pomysł albo gdy… muszę. Na przykład, gdy dzwoni Maryla Rodowicz i mówi, że już dłużej nie może czekać na piosenkę, którą obecnie dla niej piszę. Na razie chodzę z muzyką w głowie i na tym się kończy.

Nie spytam pana o przepis na hit. Spytam o chęć na wiersz. Kiedy przychodzi?

Wiersz to taka wolna bestia, że nie ma na nią żadnej metody. Ten pomysł na wiersz musi w dowolnym, przez siebie wybranym czasie i miejscu na człowieka zlecieć. Jonasz Kofta miał powiedzenie: „Spadło to na mnie jak pijany kominiarz” – to mi się bardzo podoba. Pomysł na wiersz tak czasami spada, wtedy trzeba go złapać i zapisać, bo ucieknie.

Wiemy, że ukochał pan słowo. A gdyby tak słowo opisać?

Nie wiem, co to znaczy „ukochał słowo”, choć to ładne określenie. Słowo jest czymś, czym się param. Nie mam jednak do niego stosunku nabożnego czy uczuciowego. „O, ukochałem słowo, jestem wielki, bo lepię ze słów!” Traktuję to bardzo przyziemnie i z dystansem. Josif Brodski powiedział, że niektórzy uważają, że są ważniejsi od słowa, bo je kształtują. Tymczasem poeta jest środkiem istnienia języka. Słowo było, jak nas nie było, jest, jak my jesteśmy i doskonale poradzi sobie, kiedy nas już nie będzie.

Jak wyglądałoby, jaki kolor miałoby to słowo „słowo”?

Słowo nie ma koloru. JacekCygan6 Gdyby go miało, byłoby chyba nieciekawe. Słowo jest jak czysta woda, bezbarwne. Przyjmuje taki kolor, jaki nada mu autor. Człowiek pogubiłby się, gdyby słowa miały kształty i kolory.

Usłyszałam kiedyś, że najbardziej polskim słowem jest „żółć”.

A szelest? A wierzby? Wierzby to fenomenalne polskie słowo. A na przykład łagodność... W ogóle te słowa z końcówką „ść” są przepiękne. Ość na przykład.

A miłość?

To niedaleko od ości. (śmiech) Młodsza koleżanka ości.

Bo miłość może w gardle ością stanąć?

Ale też miłość może utrzymywać jakiś kształt, tak jak ość utrzymuje. Miłość może być rdzeniem, kręgosłupem czegoś większego, na przykład szczęścia.

W polszczyźnie mało jest jednosylabowych wyrazów. Podobno skrupulatnie je pan notuje, by wykorzystywać potem w tekstach.

Robili to moi starsi koledzy. Janusz Kondratowicz miał notatnik z takimi słowami. Ja tego nie robię. I tak wszystkich bym nie przeczytał, żeby dobrać do jakiegoś miejsca w piosence. W tym danym momencie, gdy potrzebuję krótkiego słowa, muszę je znaleźć w głowie.

Jak zbudować ten warsztat? Jakiego młotka i jakich gwoździ użyć?

Warsztat autora to rzecz, która nawet jemu nie jest znana. Nie wiadomo, czy to się buduje, czy ma się od Pana Boga. Oczywiście można powiedzieć, że nabiera się doświadczenia. Ktoś już się nauczył po kilkuset piosenkach, że tak a tak nie można. Ale jak można? Z pisarzami jest inaczej. Wiem, że mają swoje metody pisania, technikę. Oczywiście, napisanie powieści jest trudne, to nie jest krótka forma. Iwaszkiewicz pięknie wspominał, że miał plan na powieść, nawet zaczął pisać, ale zabrakło mu postaci kobiecej i nie zrobił tej powieści. Nie znalazł w swojej wyobraźni takiej kobiety, która była mu potrzebna. Opisałby ją, gdyby ją spotkał, ale tak się nie stało. Niektórzy najpierw kolekcjonują sobie postacie, żeby wypełnić nimi opowiadania czy powieści. Inni budują oś dramaturgiczną, którą potem wypełniają postaciami. Rozmawiałem kiedyś o tym z Józefem Henem, jednym z najwybitniejszych pisarzy. Potem spotkałem go na ulicy, a on powiedział: „Nie mogę teraz z panem rozmawiać, bo mam pomysł na opowiadanie” i pobiegł z siateczką do domu. Był taki szczęśliwy i promienny, jak dziecko, które nagle dostaje wymarzoną zabawkę.

A czy pan wynagradza siebie za napisany tekst?

Nagrodą jest już to, że tekst powstał. Przepisałem na czysto, skończyłem, mogę wysłać. Nieraz jest tak, że muszę się z tym przespać, ale często już wiem, że nawet jeśli będę miał jakąś uwagę, to najważniejsza praca jest zrobiona. To największa nagroda. A kieliszeczek i tak mi się należy. Oczywiście, gdy coś poważnego się uda, miło jest otworzyć butelkę szampana w miłym gronie.

W jakim momencie przechodzi się z amatora na profesjonalizm?

Wydaje mi się, że jeśli chodzi o piosenki, to ja cały czas jestem amatorem. Każdą piosenkę pisze się tak, jakby pisało się po raz pierwszy. Nie ma procedury, algorytmu i powtarzalności. W ten sposób człowiek cały czas pozostaje amatorem. Oczywiście ma doświadczenie. Wie, że ta metafora jest tania, to byłoby zbyt banalne, a to jest za trudne do piosenki.

JacekCygan5

Każdy w Polsce zna się przecież na piosence.

Na piosence i medycynie. (śmiech) Teraz ludzie mają odwagę powiedzieć: „Nam podoba się disco polo. Nie wstydzimy się tego, możecie mówić, że mamy zły gust!”. Na szczęście mamy w Polsce grupę ludzi, którzy wychowali się na dobrych piosenkach: Grechuty, Demarczyk, Niemena, Skaldów, Perfectu,Grzesia Ciechowskiego czy, nie wstydzę się tego powiedzieć, mimo, że jestem tu osobiście zaangażowany – Ryszarda Rynkowskiego. Ci ludzie, nasi fani, to największy kapitał polskiej piosenki. Oni nie zadowolą się „I love you, baby”. Liczymy, że ci ludzie wychowają dzieci w podobnym duchu. Często na koncertach tych kultowych wykonawców są trzy pokolenia słuchaczy. Dlatego warto pisać piosenki. Jeszcze.

Parafrazując wypowiedź z pana książki – zrobił pan i furorę, i karierę.

Na razie zrobiłem furorę. (śmiech) A nad karierą jeszcze popracujemy. Może uda się za granicą? W Polsce jest tak, że gdy ktoś odniesie sukces za granicą, to się go ceni. Ja jestem o krok, bo moja sztuka „Kolacja z Gustavem Klimtem”, która jest stale grana w Teatrze Stu w Krakowie, została wystawiona po niemiecku w Teatrze Pygmalion w Wiedniu. W maju była premiera, a w lipcu grana była sześć razy. To są zadatki na karierę. No, może zadateczki!

Że pisać pan potrafi, to fakt. Że śpiewać, też to kiedyś udowodnił. A co z grą na instrumencie?

Gram na gitarze – znam trzy chwyty, ale nazywam je chwytami długogrającymi. Potrafię na nich grać kilka godzin, a funkcjonują one tylko gdzieś koło czwartej rano. O innej porze – nigdy. Gram też trochę na pianinie, bo mam pianino, na którym prezentują nowe pomysły moi przyjaciele kompozytorzy. Jednak gdy ich nie ma, lubię sobie pograć różne melodie z księżyca, bo uważam, że pianino musi żyć. Budzę je. To mój kontakt z muzyką, ale tu nawet na furorę nie ma co liczyć. (śmiech)

Kiedy pytałam o pana, każdy podkreślał jedno: Jacek Cygan jest zawsze uśmiechnięty.

To nieprawda. Jeden taksówkarz namawiał mnie, żebym poleciał do Tunezji na wczasy last minute. Mówi, że tam wszystko jest all inclusive – wszystko za darmo. Pytam: „A czy koniaku także mogę napić się za darmo?” Na co odpowiada: „Pan nie rozumie tej zasady. Tam jest za darmo tylko to, co jest za darmo. Pan taki mądry i nie rozumie?” Tak jest z moim uśmiechem. Uśmiecham się wtedy, kiedy się uśmiecham.

Z książek wynika, że całe życie towarzyskie skupiało się kiedyś w pana mieszkaniu.

Życie towarzyskie to cudowna rzecz. Po to się żyje, żeby mieć przyjaciół, spotkać się z nimi, pośmiać, napić się wina. To jest sens życia. Nawet wtedy, gdy mieszkałem na Dickensa na dziewiętnastu metrach kwadratowych. Podstawą udanego wieczoru czy nocy są trudne warunki. Im trudniejsze, tym lepiej może się wszystko udać. W tym mieszkaniu na środku stał ponton w ohydnym brudnozielonym kolorze, który wygraliśmy na Giełdzie Piosenki w Szklarskiej Porębie. Na tym pontonie układało się głowę i wokół promieniście spali moi przyjaciele. A wcześniej, zanim się położyli, to całą noc żeśmy śmiali się, śpiewali i urzędowali.

Czy tak samo jest z pisaniem – im trudniejsze warunki, tym lepszy efekt końcowy?

Nie mogę tego potwierdzić. Są trudności techniczne – jeżeli ktoś daje mi refren, w którym są cztery sylaby i każda jest akcentowana, to bardzo trudno jest to po polsku napisać i coś wyrazić. Nie lubię takich rzeczy, ale muszę to robić. To jest kłopot. Wtedy bardzo się człowiek męczy – niemal fizycznie.

I poci się, i jęczy…

Oj, jak jęczy! Przeklina i złorzeczy kompozytorowi. (śmiech) Gdy jest dłuższa fraza, jest lepiej.

A jednak zdradził pan dotychczasową miłość – piosenkę, z nową – prozą, czyli opowiadaniem.

To nie jest zdrada, bo gdy pisze się białym wierszem, jest się blisko prozy. (śmiech) W moich opowiadaniach jest dużo poezji. Całe życie pisałem małe formy, a opowiadania są małymi formami. I tak samo, jak w przypadku tekstów piosenek i wierszy muszą mieć pomysł i wyraźną pointę. Poza tym to nie jest taka zdrada bolesna, bo przecież na sobotę muszę skończyć piosenkę.

Jedna miłość wie o drugiej.

Nawet razem mieszkają. (śmiech) Dogadują się bez słów – jak Warszawa z Wisłą.

Jak musi wyglądać kobieta, żeby napisać o niej, że jest „tak piękna, że zadrżały ściany”?

Tak musi wyglądać. Jak pani to powiedziała – to już mam taką kobietę przed oczami. Ja już opowiedziałem jak ona wygląda – tak, że zadrżały ściany. Gdybym chciał ją inaczej opisać w opowiadaniu „Zrobiona na drutach”, to bym ją opisał. Ale właśnie takie określenie było mi potrzebne.

W hotelu Victoria toczy się nie tylko akcja jednego z opowiadań, ale przed laty zaczęła się tam także historia wielkiego przeboju.

Rozumiem, że nawiązuje pani do opowiadania „Daj powróżyć, Biały Panie”. Chciałem, żeby w tym opowiadaniu była przestrzeń, którą wszyscy znają. Moja bohaterka siedzi na murku przed hotelem Victoria w Warszawie, jest szósta czy siódma rano, z kasyna wychodzi bohater, a ona mówi: „Z tym człowiekiem mogłabym uciec na koniec świata”. A potem zostaje sama i to jest jej przestrzeń, gdzie operuje: Ogród Saski, Plac Piłsudskiego, Bristol, Europejski. Ona tam wszystko przeżywa i każdy wie, gdzie to przeżywa. To jest też moja przestrzeń, jedna z ulubionych. A jeśli chodzi o piosenkę „Black and white”, której pisanie zacząłem w hotelu Victoria to wspominam to z rozrzewnieniem, bo wtedy pierwszy raz jako młody chłopak byłem w apartamencie, gdzie mieszkały gwiazdy.

Czy Jacek Cygan pisząc o Ogrodzie Saskim przechadza się po nim, czy też ma jego obraz na stałe w pamięci?

To jest moje ulubione miejsce. Przechadzam się bez konieczności opisania go, ale akurat Ogród Saski to miejsce, które wystąpiło w dwóch moich opowiadaniach.

W tych opowiadaniach Warszawa to piękne miasto.

Warszawa jest pięknym miastem, ale jest nim przez ludzi. Żyjemy tu z bliskimi, mamy swoją robotę, swoją redakcję i ulicę – to ma sens. To nie tak, że zachwycamy się architekturą. Ona nawet nie musi być najwyższych lotów, ale to jest nasze. Inne miasta także są piękne, ale nie mają tego powabu codzienności. Nie możemy sprawdzić jak tam jest, kiedy jesteśmy wkurzeni, chorzy, kiedy mamy wszystkiego dosyć, a mimo to musimy żyć, pracować i się uśmiechać. W Warszawie to mamy.

A potem lecimy do Włoch.

Siedzimy w Rzymie i myślimy: „Ludzie tu nic nie robią! Wszyscy się uśmiechają, jak oni tu mogą żyć?” Lecimy z innych powodów. Tu jest żona, a tam jest kochanka. JacekCygan3 Kochanką może być także Kraków, nie musi to być od razu Rzym. Śledzę ślady przeszłości w Warszawie, bardzo interesuje mnie, jak to wszystko wyglądało przed wojną. Jak wyglądał Bristol, a jak Europejski? Co było tu, gdzie Victoria? Jacy ludzie tu mieszkali? Nawet rozmawiam o tym ze starszymi ludźmi. Dowiedziałem się, że pani Nina Andrycz mieszkała przy Ogrodzie Saskim na ulicy Niecałej 14 i spytałem: „Jak tam było?” Powiedziała: „Na Niecałej przeżyłam największą miłość swojego życia”.

Co jest takiego we Włoszech, że ukochał pan ten kraj?

Prostota – mur, kościół, jedzenie, wino, pomidory, mozzarella. Ludzie też są tak skonstruowani. Są bardzo prości w okazywaniu uczuć, w radości, smutku czy złości. Cały neorealizm włoski jest stąd, przez takie podejście do życia. Za to kochamy Włochy. Jednocześnie są niesamowite krajobrazy, pejzaże, zabytki, muzea i obrazy. Ktoś pyta: „Dlaczego jest tylu sławnych włoskich projektantów? Dlaczego oni?” Dlatego, że od dziecka patrzą na piękne rzeczy. Polacy mają ułatwiony kontakt z Włochami, bo jesteśmy trochę podobni. Lubimy proste reakcje i szczere zachowania. Francuz jest już bardziej skomplikowany. We Włoszech jest też ta radość życia. Kucharz wychodzi na papierosa, właśnie ugotował lunch, po włosku „pranzo”, dla czterdziestu osób, wszystko zrobił „perfetto”, jest spocony ale szczęśliwy i śpiewa: „Te voglio bene assai”. Można podejść i zanucić razem z nim. To fragment piosenki „Caruso” Lucio Dalli, a Włosi traktują swojego najsłynniejszego tenora Caruso niemalże jak świętego!

Kochał się pan w Claudii Cardinale?

Naturalnie. W Sophie Loren także. Dlatego nie mogłem wybaczyć Mastroianniemu, że w filmie „Prêt-à-Porter”, gdy zaprosił do swojego pokoju hotelowego Sophię Loren i ona zaczęła się rozbierać, to on zasnął. I ona przestała się rozbierać. Do dziś nie mogę mu tego zapomnieć. W Polsce także są wspaniali aktorzy i marzy mi się, żeby z tymi starszymi, genialnymi aktorami ktoś zrobił cudowne filmy. A zwłaszcza marzy mi się, by Andrzej Wajda zrobił dzisiaj film z Danielem Olbrychskim. Żeby jeszcze zdążył (rozmowa odbyła się jeszcze przed śmiercią Andrzeja Wajdy – przyp. red.).

Jacek Cygan – autor” to już związek nierozerwalny. Czy istnieje prywatny Jacek Cygan?

Na pewno tak. Jacek Cygan jest autorem wtedy, kiedy pisze albo myśli o pisaniu. Ale jak już przepisze na czysto, wyśle i zamknie komputer, może wtedy staje się prywatny? A może jestem taki sam, jak wtedy, gdy pisałem? Chyba nie ma takiego podziału – na prywatność i nieprywatność. Obudzę się w środku nocy i myślę czy to, co napisałem, jest dobre. Albo coś mi w nocy wpada do głowy i wiem, że muszę zaświecić światło, wziąć ołówek i zapisać, bo zapomnę. To wszystko jest jednocześnie prywatny Jacek Cygan.

Foto: Monika Szałek

Specjalne podziękowania dla Teatru Polskiego w Warszawie za udostępnienie wnętrz na potrzeby sesji zdjęciowej.

Galeria zdjęć


REKLAMA