REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Mateusz Rusin: W pozytywie

2016-11-07
...
Chłopak ze Świebodzic. Zawód: aktor dramatyczny. Warszawa była dla niego łaskawa – studiował na wymarzonej Akademii Teatralnej, szybko dostał angaż w Teatrze Narodowym. Teraz swoją stolicę opisuje w tekstach na debiutanckiej płycie. Bez żenady nazwał zespół Cukierki, bo cukierki niosą radość, a jemu największą radość sprawia właśnie muzyka. Ma zadatki na hipstera, ale to normalny facet. Piekielnie zdolny, anielsko usposobiony. Mateusz Rusin.

Jesteś normalsem czy hipsterem?

Nie identyfikuję się z żadną z tych grup. Na pewno bliżej mi do normalsa. Ale jeżeli nazywasz mnie hipsterem, to mogę nim być.

Mateusz Rusin_3

W Świebodzicach, skąd pochodzisz, jesteś celebrytą.

Nie jestem tam anonimowy. Wszyscy dobrze mnie znają, mieszkałem w tym mieście do trzeciej klasy liceum. Byłem Mateuszem, a gdy wróciłem po studiach, okazałem się wikarym z „Rancza”.

Organizuje się dla ciebie spotkania autorskie!

Miałem spotkania w domu kultury, na które przychodzili mieszkańcy pamiętający mnie jeszcze sprzed ról w „Ranczu” czy „Czasie honoru”. Dziękowali i gratulowali. To miłe. Najmniej jestem rozpoznawalny w Warszawie i z tego bardzo się cieszę. Mogę jeździć na rowerze. Nie chodzę na ścianki.

Grasz na akordeonie, śpiewasz, tańczysz – człowiek orkiestra.

Rozwijam się i próbuję różnych rzeczy. Przede wszystkim dużo ćwiczę. Akordeon przyszedł niespodziewanie podczas przygotowań do spektaklu „Fortepian pijany” w Teatrze Narodowym w reżyserii Marcina Przybylskiego. Padł pomysł, aby moja postać grała na akordeonie, a ja nigdy wcześniej nawet nie miałem kontaktu z tym instrumentem. Oczywiście nie umiem dobrze grać, ale umiem dobrze improwizować. Nie ma finezji, ale jest czucie. Teraz gram już drugi spektakl z akordeonem.

Jesteś niezwykle muzykalny i wydaje się, że wszechstronnie uzdolniony.

Muzyka przyszła wcześniej niż teatr. Myślenie o teatrze zaczęło się w szkole średniej, o muzyce już pewnie podczas dyskotek w podstawówce. Podczas studiów na Akademii Teatralnej nie było czasu na myślenie o dźwiękach – to był tak intensywny czas ćwiczeń, że nie było miejsca na sprawy pozateatralne. Później ta pierwsza pasja – muzyka – wróciła ze zdwojoną siłą.

Do jakich utworów tańczyłeś na tych szkolnych dyskotekach?

Jestem z pokolenia Backstreet Boys, pierwszego Daft Punk, disco i walkmanów. Później przyszła Nirvana i Kurt Cobain, byłem w niego bardzo wkręcony. A ty masz ulubiony zespół sprzed lat?

Pidżama Porno. Już nie słucham, ale ich utwory przywołują silne wspomnienia z początków słuchania muzyki. Powiedz mi jednak, po co ci jeszcze to aktorstwo?

Mam wykształcenie aktorskie. Pracuję w zawodzie, który kocham. Muzyka i teatr świetnie się uzupełniają. Jeśli kiedykolwiek to muzyka stanie się moim głównym zajęciem, od tego drugiego zrobię sobie przerwę.

Chciałbyś?

Chciałbym spróbować. Aktorstwo to bardzo nieprzewidywalna profesja. Czasem w teatrze jest lepszy czas i gra się dużo, lub gorszy, kiedy gra się kilka spektakli w miesiącu. Wtedy ma się sporo wolnego czasu. Ale nie chciałbym wybierać między sceną teatralną a muzyczną.

Już w szkole teatralnej dostałeś angaż w Teatrze Narodowym.

I dostałem też nieźle po dupie. Wolałbym zapomnieć o mojej pierwszej roli. Będąc na czwartym roku studiów, nie byłem gotowy na dużą scenę Teatru Narodowego. Zagraliśmy spektakl „Lorenzaccio” w reżyserii Jacquesa Lassalle’a i to było traumatyczne przeżycie. Było bardzo dużo ludzi i bardzo mało czasu na poszczególne sceny. Dodatkowym stresem była obecność prawie całego zespołu Teatru Narodowego – każdy reżyserował każdego i ja dawałem się reżyserować. Po premierze miałem moment zwątpienia. To był słaby spektakl.

Czy akademia teatralna przygotowuje aktorów na takie porażki?

Niekoniecznie. Studentom wmawia się, że są wyjątkowi. Jak w „Harrym Potterze” – wszystko rozgrywa się niczym w bańce mydlanej, baśniowo i magicznie. Człowiek jest wymuskany i gładzony po czółku. Później okazuje się, że rzeczywistość jest inna – etat po studiach dostaje zaledwie parę osób. Ale są też lata bez grania. Dobrze jest widzieć uśmiechnięte twarze ludzi z mojego roku – bo wiem, że mają pracę.

Mateusz Rusin_1

A gdy tego angażu nie ma?

Część osób pije, część siedzi po prostu w domach. Po szkole teatralnej w samej Warszawie pracę dostaje zaledwie pięć czy sześć osób. Reszta boi się wyjechać. Wielu aktorów, pozostając w stolicy i obawiając się ryzyka wyjazdu poza Warszawę, traci szansę na angaż w innym, równie dobrym co warszawski, teatrze. I tu zaczyna się frustracja.

Wmawiano wam, że bycie aktorem to misja?

Ten mesjanizm już się kończy. Uczył mnie Zbigniew Zapasiewicz, który w piękny sposób traktował słowo. Już wtedy mówił, że gdyby za jego czasów były seriale, on też pewnie by w nich grał. Stawianie tego zawodu na piedestał to nie jest dobra droga. Trzeba pracować i traktować aktorstwo jak pospolity zawód – wykonywać go oczywiście rzetelnie i jak najlepiej się umie – ale cały czas z poczuciem wykonywania pracy. Trzeba mieć dystans.

Dorabiałeś sobie poza teatrem?

Przed studiami – żeby na nie zarobić – zbierałem ogórki. Pracowałem też na złomie. Pamiętam stres, kiedy na tydzień przed końcem pracy, kiedy już wiedziałem, że dostałem się na studia aktorskie do Warszawy, po mojej nodze przejechał wózek widłowy. Straciłbym nogę tydzień przed studiami!

Twój wyuczony zawód to aktor. Ale chyba tylko aktorem już dawno przestałeś być. Kim się czujesz?

Czuję się dobrze. Jest mi cudownie w tym mieście. Mam grupę przyjaciół, z którymi odwiedzam wiele miejsc koncertowych. Niech tak będzie, że to aktorstwo mam na papierze. Wyuczony zawód – aktor dramatyczny. Zapasiewicz mówił, że aktor jest „dotwórcą”. To pyszne, ale dobre myślenie. Jeżeli aktor nie daje nic z siebie i odtwarza, robiąc to technicznie, wyjdzie zły spektakl. A jeśli „dotwarza”, wchodzi w to i ma do wszystkiego jakiś stosunek, spektakl będzie zawsze lepszy. Dlatego wolę myśleć, że jestem „dotwórcą”. A na scenie muzycznej? Od początku do końca jestem twórcą. Bardzo tego potrzebowałem.

Od czego zaczynasz nowy sezon w teatrze?

Od styczniowej premiery „Idioty” w reżyserii Pawła Miśkiewicza. Dostałem rolę Rogożyna – to pełnokrwista, mroczna postać. Idealna rola po moich dotychczasowych „jasnych” wcieleniach telewizyjnych.

Zagrałeś w najnowszym filmie Andrzeja Wajdy u boku Bogusława Lindy. To mocne zderzenie z dwoma wielkimi nazwiskami polskiej kinematografii. I sukces, bo „Powidoki” są polskim kandydatem do Oscara.

Przed rozpoczęciem zdjęć dużo rozmawialiśmy z mistrzem Wajdą, oswajaliśmy się z materiałem i granymi przez nas postaciami. My – czyli odtwórcy ról uczniów Strzemińskiego. Po tych próbach i dyskusjach, mogliśmy płynnie przejść do pracy na planie, bez rozbujałej euforii z faktu grania u Wajdy. Kiedy skończyliśmy zdjęcia, dotarło do mnie, że wziąłem udział w wielkim przedsięwzięciu. Gram studenta profesora Władysława Strzemińskiego – Stefana Krygiera, który jest blisko wszystkich zdarzeń. Wajda przypomniał zapomniane nazwisko Strzemińskiego, bardzo zasłużonego malarza, walczącego z Czerwonymi.

Pomogła ci przedwojenna uroda?

Pewnie najbardziej. (śmiech) W przypadku „Powidoków” wszystko potoczyło się inaczej niż w mojej dotychczasowej karierze. Zostałem zaproszony na spotkanie. Zawsze chodziłem na castingi, a tu grupa aktorów została zaproszona na rozmowy o konkretnych rolach.

Czy ten przedwojenny amant to też dobry kandydat na męża?

Oczywiście. Ale to ty nazwałaś mnie przedwojennym amantem i wyciągnęłaś tę przedwojenną urodę. (śmiech)

Mężem i przedwojennym amantem – to już ustaliliśmy. Ale mógłbyś być równie dobrze i gwiazdą disco polo, i artystą wodewilowym.

Oczywiście. Z kabaretem mieliśmy projekt discopolowy. Bardzo lubię, gdy jest niewygodnie – nie za ciepło, nie nazbyt nudno. Nawet w rzeczach z pozoru głupich widzę plusy i ryzyko. Mam satysfakcję z tego, co robię. Nie chcę, żeby ktoś napisał o mnie, że przepracowałem 20 lat na etacie w teatrze i nigdy z tego teatru nie wyszedłem.

Jesteś świadomy swojego uroku, bo w mediach społecznościowych, ku uciesze fanek, roztaczasz go w dużych dawkach.

A zauważyłaś, że większość moich zdjęć jest jednak zaproszeniem do poznania mojego zespołu?

Mateusz Rusin_2Nikt z moich znajomych nie wrzuca tylu zdjęć, co ty. Może tylko ja. (śmiech)

Media społecznościowe funkcjonują bardzo intensywnie. Nie chodzę na ścianki, ale kontroluję to, co dzieje się na fanpage’u. Dzięki temu jest coraz więcej ludzi wokół mnie, którym mogę powiedzieć, nad czym aktualnie pracuję.

Zależy ci na lajkach, prawda?

Zależy mi na tym, aby na moje koncerty przychodziło więcej niż 50 osób.

Jak zachować twarz w tej całej fasadowości mediów?

Z pomocą dystansu. Kiedy wrzucam odpicowane zdjęcie z sesji czy kadr z filmu, za chwilę publikuję zdjęcie z próby, już niewykreowane. Może powinienem zrobić sobie przerwę? Siedzieć mniej na Facebooku?

Dużo ciebie tam.

Gdzie ja jestem? Wpisz „Rusin”, wyskoczy pięć stron na krzyż. (śmiech)

Absolutnie wszystko ci się udaje.

To nie jest tak, że tylko się udaje. Widzi się efekty, ale nikt nie myśli o pracy. Nie mam rodziny aktorskiej, więc nie wybiłem się na niczyich plecach. Jestem w momencie, kiedy realizuję marzenia ze studiów w szkole teatralnej. Po czterech latach oderwania od rzeczywistości wychodzi się ze szkoły głupim. Podczas studiów nie wiedziałem, co dzieje się na świecie. Obserwowałem tylko remontujące się drogi w Warszawie. Po studiach przychodzi czas wyjścia do ludzi – nie aktorów. Poznaje się rzeczywistość, która podczas studiów jest obca. Wrażenie jest takie, że dużo robię, a że dużo robię, to jestem w różnych miejscach. Dlatego dużo mnie wszędzie.

A jesteś szczęśliwy?

Jestem bardzo szczęśliwy.

Ile w tym szczęściu jest grania, a ile szczęścia prywatnego?

Gdy przyjechałem do Warszawy, czułem się wielkim aktorem. Teraz lubię nie mówić o aktorstwie. Mam wielu znajomych spoza środowiska, uwielbiam rozmawiać o wszystkim, tylko nie o teatrze. Nie gram szczęścia, moje szczęście nie jest udawane.

W tym szczęściu objadasz się cukierkami.

Z moim zespołem Cukierki wydaliśmy niedawno debiutancką płytę. To projekt muzyczny, któremu poświęcam dużo pasji, energii i czasu. Gramy muzykę elektroniczną, ale melodyjną. Ma nieść pozytywne skojarzenia, brzmienie jest przyjemnie ciepłe. Jest czymś w rodzaju wspomnienia z dzieciństwa. Cukierki powodują uśmiech.

Jak piszesz teksty?

Mam kilka zdań wcześniej wypowiedzianych do telefonu czy zapisanych w SMS-ie. Resztę dopisuję w trakcie tworzenia muzyki. Tak więc cały tekst powstaje w jednym czasie z melodią. To są wypowiedzi, pojedyncze zdania. Nie chciałem, żeby to była poezja śpiewana. Płyta jest autentyczna. Składa się z miasta. Kolejność numerów na krążku jest istotna. Utwory układają się w cykl miejsc, wrażeń i kolorów podczas spacerów w Warszawie.

No to spytam jeszcze raz – w kontekście tego, o czym mi opowiedziałeś – jesteś hipsterem czy normalsem?

Mogę być trochę hipsterem, a trochę normalsem. Mogę balansować na granicy. Niech będzie, że jestem zawieszony między normalsowością a hipsterstwem. Ale trzymam się mocno.

Mateusz Rusin – absolwent warszawskiej Akademii Teatralnej, aktor Teatru Narodowego, jedna druga duetu Cukierki, z którym wydał właśnie debiutancki album „Euforia”. Widzom TVP znany z roli wikarego Macieja w serialu „Ranczo”. Zagrał w polskim kandydacie do Oscara, filmie „Powidoki” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Ma 28 lat. 

fot.: Monika Szałek 

Galeria zdjęć


REKLAMA