REKLAMA
Anywhere logo

Zmarli też rozmawiają

2016-11-09
...
Weronika Murek, rocznik 89., została okrzyknięta debiutantką roku. I rzeczywiście, jej zbiór opowiadań, „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” to jedna z najciekawszych rzeczy w polskiej prozie nie tylko ostatniego roku, ale i kilku lat. Weronika wprowadza nas w niezwykły świat sennych fantazji i wiejskich zabobonów, wcale nie siląc się na modny sentymentalizm. Spotykam ją w Sopocie, gdzie była gościem festiwalu Literacki Sopot.

Zawsze lubiłaś literaturę. Dlaczego więc poszłaś na prawo?

Bo wydawało mi się, że to są takie rozsądne studia dla humanisty. Poczytam sobie jakieś ciekawe książki filozoficzne...

Znalazłaś te książki filozoficzne?

Znalazłam, tylko nie znalazłam czasu, żeby je czytać. Te studia prawnicze, bez względu na to, jak bardzo ich nie lubiłam – a nie lubiłam uczyć się na pamięć, nie lubiłam egzaminów, które w dużej mierze polegały na tym, że czekało się pięć godzin, żeby wyrecytować z pamięci to, czego się nauczyło poprzedniej nocy – są studiami, które porządkują myślenie. Uczą tego, w jaki sposób się myśli o zdaniu, w jaki sposób się myśli o świecie.

Poszłaś na aplikację?

Tak. Na adwokacką, ale przerwałam ją po pierwszym roku.

Dlaczego?

Wiedziałam, że szykują mi się takie zobowiązania, które uniemożliwią mi fizyczną obecność na wszystkich zajęciach, praktykach i egzaminach, a regulamin aplikacji nie przewiduje odstępstw od obecności.

Czym miały być spowodowane te nieobecności?

Tym, że wiedziałam, że przez następne dwa miesiące będę mieszkała w Legnicy, bo będę pracowała przy przedstawieniu w tamtejszym teatrze. Albo w Szczecinie. 

WERONIKA-MUREK3

Jak się zaczęła twoja droga teatralna?

W zasadzie od książki. Moja koleżanka zwróciła uwagę, że jest ona bardzo dialogowa i zapytała, czy nie myślałam nigdy o tym, żeby zacząć pisać rzeczy, które są stricte dialogowe.

Książka była pierwsza.

Tak. Spróbowałam napisać coś dla teatru i zupełnie mi to nie wyszło, bo nigdy się nim nie interesowałam. Zakodowało mi się od czasów szkolnych, że to jest potwornie nudne miejsce. Archaiczne, z zakurzonymi pudłami zamiast scenografii, miejsce, do którego się chodziło, żeby nie iść na matematykę. Taki miałam obraz teatru jeszcze przez studia. Ale potem inaczej do tego podeszłam. Pomyślałam sobie, że jeśli mam próbować pisać dla teatru, to muszę się go nauczyć. Po prostu zaczęłam do niego chodzić, żeby odrobić te wszystkie lata. Dopiero wtedy zrozumiałam, jaki potrafi być wspaniały.

I napisałaś dwie sztuki. O czym one są?

Pierwsza, czyli „Feinweinblein”, to sztuka, od której zaczęło się takie poważniejsze pisanie dla teatru, bo za nią dostałam Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną. Ta nagroda pootwierała mi sporo możliwości dalszej pracy. Dramat jest o małej społeczności, o ludziach, którzy spotykają się w wiejskiej świetlicy. Głównymi bohaterami jest małżeństwo, które w czasie wojny oddało swoje niepełnosprawne dziecko, żeby w zamian dostać radio, w ramach akcji „eksterminacja osób niepełnosprawnych”. To autentyczna historia, na którą natrafiłam kiedyś w Żydowskim Instytucie Historycznym. W czasie wojny namawiano ludzi, żeby zgłaszali osoby niepełnosprawne psychicznie, fizycznie czy intelektualnie, kusząc ich tym, że w zamian dostaną kilka marek, radio albo książkę. Małżeństwu z mojej sztuki w pewnym momencie to radio przestaje działać. Idą więc do świetlicy, gdzie znajduje się świetlicowy, jedyny „światły” człowiek w okolicy, który potrafi napisać pismo urzędowe, i proszą go, by coś z tym zrobił.

A druga sztuka?

Druga to „Sztuka mięsa”. Jest na temat różnych zestawów światopoglądowych i tego, w jaki sposób następuje nimi handel.

Jesteś debiutantką. Twój bardzo charakterystyczny styl nie rozwinął się pewnie od razu. Pisałaś wcześniej?

Pisałam i lubiłam pisać. Uwielbiałam wymyślać historie, uwielbiałam książki, i jako przedmioty, i jako sposób spędzania czasu. Nawet jak byłam dzieckiem, bawiłam się, że jestem wydawcą i robiłam sobie książki z kartek z bloku – rysowałam ilustracje, robiłam opis. Dopiero potem pomyślałam, że taka książka z pustymi kartkami w środku nieprawdziwie wygląda i żeby dodać jej autentyzmu, zaczęłam pisać opowiadania. Tak się stało, że mi się to bardzo spodobało.

Skąd wzięły się twoje postaci? Są osnute groteskowością. Mam wrażenie, że to jakby ludzie z opowieści zasłyszanych od mamy czy babci.

Tak, te postaci są posklejane, niemal jak Frankenstein, z różnych gestów, przyzwyczajeń, charakterystycznych cech. To potęguje tę groteskę. Sporo jest też inspiracji bezpośrednich, ze wspomnień. 

Z czego dokładnie czerpałaś?

Na przykład opowiadanie o przedszkolu jest najbliższe osobistym wspomnieniom – moim, moich znajomych czy mojej mamy. Ja właśnie chodziłam do takiej szkoły, w której wieszało się worki na wieszakach pod obrazkami, każdy miał swój. Były tam groteskowe gazetki ścienne, codziennie pani kucharka wydawała zupę z dużego wiadra.

Czy to były złe wspomnienia?

I dobre, i złe. Wszystkie te opowiadania mają taką niepokojącą atmosferę, bo pewnie zawsze mocniej pamięta się jakieś dziwne rzeczy.

A kosmonauta Pączko?

On akurat w całości wziął się z mojej wyobraźni.

WERONIKA-MUREK

Jesteś zafascynowana PRL-em?

Tak, ale też z własnego dzieciństwa pamiętam takie popłuczyny PRL-u. Szkoła, do której chodziłam, nie była jeszcze zupełnie wypłukana z elementów, które kojarzą się z poprzednią epoką. Dlatego chyba umeblowałam sobie te opowiadania rekwizytami, które sama jeszcze pamiętałam.

Twoje miasto to Bytom. Czy to na nim wzorowałaś się, tworząc atmosferę małomiasteczkowości?

Tak, chociaż wychowałam się pod Częstochową. Zawsze fascynowały mnie małe miejscowości ze względu na ich charakter. Ja w ogóle postrzegam świat jako składający się z małych społeczności. Teraz na przykład my mamy swoją małą społeczność, bo siedzimy przy jednym stoliku i rozmawiamy. Interesuje mnie to, w jaki sposób ludzie wchodzą w różne interakcje, albo jak próbują wejść, ale nie do końca im się to udaje. W jaki sposób się ze sobą tłoczą. Nawet Elfriede Jelinek powiedziała kiedyś, że ludzie zbijają się w gromady jak gołębie nie dlatego, że szukają kontaktu, tylko dlatego, że jest im cieplej. Szukają drugiego człowieka po to, żeby się nim ogrzać.

Zmarli też zbijają się w społeczności, żeby im było cieplej?

Tak. 

Twoje opowiadania są też przesiąknięte zabobonami.

Interesują mnie przesądy, wierzenia ludowe. Inspiruje mnie myślenie magiczne. Obłaskawianie świata rytuałami, to, ile jest rytuałów wokół śmierci i pochówku. W jaki sposób ludzie próbują okiełznać śmierć.

Jak do takiego myślenia podchodzisz? Śmieszy cię, utożsamiasz się z nim?

Inspiruje mnie. Sama nie jestem zabobonna, ale myślę, że to otwiera ludzi na inne światy. To takie myślenie, które dla mnie jest niedostępne.

Robiłaś badania, skąd się te poszczególne wierzenia wzięły?

Na przykład to, że jeśli trumna stoi na jakimś stole, to nogi tego stołu wkłada się do misek z solą, jest prawdziwym zabobonem. To, że nie powinno się włączać lampy, tylko zapalać świecę przy zmarłym, to też prawdziwe wierzenie. To są autentyczne zabobony z różnych części Polski. Tak, jak autentycznym wierzeniem jest puenta z pierwszego opowiadania, z Matką Boską i skarpetkami dla Jezusa.

Są jeszcze takie niesamowite specjały jak „barszcz z rurką”.

Tak, jest taka zupa. Czytałam o niej w jakiejś starej książce kucharskiej, ale sama nigdy nie jadłam.

WERONIKA-MUREK2

To chodziło o kostkę, która wystaje z mięsa?

Tak. 

Ile czasu zajęło ci napisanie całości?

Ciężko powiedzieć, bo albo pisałam to kilka dni non stop, albo nie pisałam w ogóle przez trzy miesiące. Razem zeszły dwa lata. Zaczęłam w połowie 2012, a skończyłam pod koniec 2013 i potem robiłam poprawki do maja następnego roku.

Do wydawnictwa Czarnego trafiłaś...?

Przez Warsztaty Pisania Prozą, które organizuje Czarne.

I sami się do ciebie zgłosili.

Tak, byłam bardzo szczęśliwa i dostałam wtedy silny impuls do tego, żeby usiąść i coś napisać od początku do końca.

Kiedy nie jesteś zmuszona, pisanie ci ucieka?

Szybko przechodzę do następnego tematu, który wydaje mi się ciekawszy. Wydaje mi się, że ta poprzednia nie jest na tyle ciekawa, żeby ją kontynuować, że nie chcę się dowiedzieć, co jest na końcu.

A życie codzienne cię nie odciąga? Potrafisz się skoncentrować?

Potrafię się skoncentrować, mogę pisać w pociągu, w każdym miejscu. Jeśli wiem, że muszę pisać, bo później nie będę miała czasu, potrafię skupić się wszędzie. Nie mam wyznaczonych godzin. Jeżeli już jest ten czas albo mam jakiś pomysł, który myślę, że warto pociągnąć, to wtedy siadam i piszę bez względu na okoliczności.

Jak się czujesz jako debiutantka, której książka odnosi taki sukces? Nominacje do kolejnych nagród to coś dobrego?

Jestem bardzo wdzięczna za to, że ta książka spotkała się z takim przyjęciem, bo wiedziałam, że tak wcale nie musiało być. Szczególnie w przypadku debiutu, takiej małej książeczki, zbioru opowiadań, które są nieco inne od tego, co się pisze. Byłam zaskoczona i trochę oszołomiona tym, co się potem stało.

Oszołomiona?

Oszałamiające jest to, że podchodzi do mnie zupełnie obca osoba i opowiada mi swoje wrażenia z książki. Okazuje się, że ta książka naprawdę jest czytana. Niby wiem, że tak jest, ale tu mam świadectwo, że coś, co wyszło z mojego domu, z mojego komputera, pojawiło się w zupełnie innym miejscu, u obcej osoby, z którą pewnie nigdy nie zamieniłabym słowa, gdyby nie ta książka. To ciągle robi piorunujące wrażenie.

Obawiałaś się presji, porównywania do innych autorek?

Byłam bardziej ciekawa, jak te moje słowa przenoszą się na inne osoby.

Gdy zobaczyłaś, że dobrze się przenoszą, to chciałabyś napisać następną książkę?

Tak, ale nie wiem, kiedy to się stanie. Zajęłam się pisaniem teatralnym, więc cały czas coś piszę, ale to coś to nie jest proza. Daję sobie jeszcze trochę czasu, żeby parę rzeczy przemyśleć, coś przeżyć i stwierdzić, że to jest ten moment, kiedy chciałabym coś powiedzieć. Takiego momentu teraz nie ma.

Co to mogłoby być?

Chciałabym napisać powieść. Zobaczyć, czy potrafię napisać coś większego, złożonego jeżeli chodzi o strukturę, narrację.

 

fot.: Tomasz Sagan

REKLAMA
REKLAMA