REKLAMA
Anywhere logo

Ich miejsce pod Biegunem

2016-11-10
...
Piotr i Dagmara Małżeństwo, które pracowało dla Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk. Okrągły rok spędzili w Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie na Spitsbergenie. A teraz – powtórzyli wyprawę! Kiedy napisali do redakcji, ucieszyłam się. Witam starych przyjaciół. Z drugiego końca świata.

Ponad rok temu pisałam o was na łamach Goforworld, zafascynowana małżeństwem, które zamieszkało pod biegunem… Jak to się stało, że trafiliście tam ponownie?

Piotr: U wielu osób, które spędziły rok w Arktyce, objawia się tzw. gorączka polarna. Tak było też z nami. Po naszym pierwszym zimowaniu wiedzieliśmy, że nie będzie ono ostatnim i robiliśmy wszystko, żeby wyjechać bliżej drugiego bieguna. Aplikowaliśmy nie tylko do Polskiej Stacji Antarktycznej im. H. Arctowskiego, ale i do stacji Halley VI, należącej do British Antarctic Survey, czy do amerykańskiej bazy SRI (Sondrestrom Research Facility) na Grenlandii. Do Halley VI z pozytywnym skutkiem, ale niestety zaproponowali pracę tylko mnie. A my chcieliśmy razem, tak jak w Hornsundzie. Jak to się mówi – do trzech razy sztuka i udało się! Obecnie zimujemy w „Arctowskim” w ramach 40. wyprawy antarktycznej.

Dagmara: Po Spitsbergenie powrót do rzeczywistości wcale nie był taki, jak sobie wyobrażaliśmy. Ciężko było z powrotem wpasować się w pewien schemat, który już dawno przestał być nasz. Brakowało nam Arktyki i tego bardziej intensywnego przeżywania otaczającej rzeczywistości. Wiedzieliśmy, że coś musimy zmienić.

biegun3

Co was tam ciągnie? Przyroda? Smak przygody? Klimat tamtych rejonów?

Piotr: Chyba wszystko po trochu. Na pewno nie można narzekać na brak wrażeń czy monotonię życia codziennego, jak w mieście. Może czasem niewiele się dzieje, ale wystarczy, że ktoś wyjdzie na zewnątrz i zaraz zawoła: „Weddell na brzegu”, „Pingwiny koło samolotu” albo „Super, widać Drogę Mleczną!”. Dla nas to słowa klucze, bo kiedy drugi raz może trafić się okazja do zrobienia zdjęć wdzięcznie leżącej na brzegu, pokrytej śniegiem foce? Albo ciekawskim pingwinom, tak blisko naszego domu? Droga Mleczna za to jest widoczna w całej okazałości: jasny pas przecina niebo i obraca się wokół Bieguna Południowego. Na północnym niebie nad Polską, często zanieczyszczonym sztucznymi światłami, tego nie zobaczymy. Możemy też trochę czuć się wyjątkowi. Zostaliśmy wybrani jako uczestnicy 40. wyprawy i razem stworzyliśmy zgraną grupę, która mieszka wspólnie przez cały rok w tym najbardziej oddalonym na południe Polskim domu. Często czekają nas nowe wyzwania, szczególnie, że przez pół roku jesteśmy zdani praktycznie tylko na siebie. Jesteśmy tutaj ambasadorami Polski i godnie nasz kraj reprezentujemy wśród odwiedzających w lecie turystów czy gości z innych stacji.

Dagmara: Poczucie przygody towarzyszyło nam podczas pobytu na Spitsbergenie. Tutaj trochę też tego jest, ale bardziej przeważa wrażenie, że jesteśmy dokładnie w miejscu, w którym chcieliśmy być i jesteśmy szczęśliwi, że udało się nam to marzenie zrealizować. No i nie ukrywam, że oboje lubimy jak jest zimno, cieszy nas widok śniegu i lodowców, co jest zupełnie niezrozumiałe dla większości naszych znajomych (śmiech).

biegun2

Czy druga podróż to już bardziej jak powrót do domu?

Piotr: Na pewno tak. Co prawda jest on oddalony jeszcze bardziej od rodzinnego domu, niż ten w Arktyce, bo na drugiej półkuli, ale szybko poczuliśmy się jak u siebie. Dom pod Biegunem – tak 4 lata temu nazwaliśmy nasz blog jeszcze nie wiedząc, że nie skończy się na jednorazowej przygodzie życia na Spitsbergenie. Magia Antarktyki połączona z poczuciem, że jest się u siebie, w domu, powoduje, że nic więcej nie trzeba.

Proszę, powiedz, że macie znowu historie z misiami…

Piotr: Pingwinów jest bardzo dużo i chyba przegoniły misie, bo nie zobaczyliśmy żadnego. (śmiech) Najłatwiej zapamiętać, że misie są na górze, a pingwiny na dole. Nigdy na odwrót, nie występują razem. Może wcześniej sami na to nie zwracaliśmy uwagi, ale teraz jest to oczywiste. Dla nas to bardzo dobrze. Nie trzeba nosić ciężkiej broni, choć na początku pobytu na Spitsbergenie była to frajda. Fauna Antarktyki jest o wiele ciekawsza, pingwiny można obserwować godzinami, szczególnie, że nie są dla nas żadnym zagrożeniem. Nawet w przewadze 400 osobników na pingwinisku. Po prostu drą się na siebie, zajęte swoimi sprawami: czy to budowaniem gniazda, podkradaniem kamieni do jego budowy z innego gniazda, wysiadywaniem jaj czy pilnowaniem piskląt. Antarktyka to nie tylko pingwiny, ale liczne foki, uchatki, które pozbawione naturalnych wrogów na lądzie, często są bardzo ufne wobec ludzi. No, może poza tymi ostatnimi. Uchatki są trochę jak psy i warczeniem ostrzegają, aby się nie zbliżać. Ale potrafią też robić bardzo pocieszne minki, co można wykorzystać, mając pod ręką aparat.

Dagmara: Brak niedźwiedzi polarnych to również większe bezpieczeństwo wyjść terenowych – teraz, kiedy chcę iść na narty, nie muszę szukać kompana, ale jeśli mam ochotę, mogę wyjść sama i nie muszę trwożnie rozglądać się dookoła, tylko spokojnie podziwiać widoki. A odnośnie miejsc występowania niedźwiedzi polarnych i pingwinów, to muszę stwierdzić, że uczniowie nie mają z tym problemu, o czym przekonałam się prowadząc ze stacji lekcje przez Internet dla różnych szkół z Polski.

Co was zaskoczyło najbardziej? Co okazało się nową trudnością?

Piotr: Zaskoczeniem na pewno była sama Stacja. Zajmuje o wiele większą przestrzeń niż ta w Hornsundzie. Szczyty górskie są dużo niższe, a odległości, na które można się zapuszczać, mniejsze. Raczej nie ma możliwości zamówienia czegoś pocztą. Raz, że to ogromne koszty, a dwa: podobno czasem paczki giną w Ameryce Południowej. O ile na Spitsbergenie czekanie dwa miesiące na jakąś część do aparatu czy czołówkę wydawało się wiecznością, o tyle tutaj trzeba się całkowicie obejść bez tego. Trudnością na pewno był sam rejs. To nie 7 czy 8 dni, jak na Spitsbergen. Tutaj płynęliśmy 36 dni! Po drodze tylko jeden, dłuższy postój w Mar del Plata w Argentynie. Proszę sobie wyobrazić spędzenie tylu dni w ograniczonej i bujającej się przestrzeni bez możliwości powiedzenia: dziękuję, ja wysiadam (śmiech). Co dzień rano otwiera się oczy i zastanawia, czy nie buja zbyt mocno, żeby wstać i zjeść śniadanie.

Dagmara: Nowością jest też inny system dyżurów w stacji. W Hornsundzie dyżur zaczynało się przygotowywaniem śniadania o 8:00, w ciągu dnia robiło się obiad, sprzątało stację etc. Noc spędzało się w mesie na wypadek, gdyby ktoś wołał na kanale 16 lub dzwonił na telefon satelitarny, a kolejny dzień był normalnym dniem pracy. Na „Arctowskim” dyżur zaczyna się podobnie, z tym że noc trzeba spędzić w osobnym budynku hali agregatów i czuwać, czy wszystko działa, jak należy. Do stacji wraca się nad ranem i od razu odsypia nieprzespaną noc. Dlatego dzień po dyżurze jest dniem wolnym od pracy.

biegun

Za dwa miesiące wyprawa się kończy. Jak się z tym czujecie?

Piotr: Na pewno jesteśmy trochę przerażeni. Kończy się kolejna już przygoda życia. Czy po powrocie będziemy tak samo tęsknili, jak po pobycie na Spitsbergenie? Będziemy chcieli wrócić tutaj za wszelką cenę w kolejnej wyprawie? Na pewno tak. Już raz tego doświadczyliśmy. Tym razem jednak mamy poczucie, że udało nam się przezimować w okolicach okołobiegunowych po obu stronach globu. Roczny pobyt w jednym miejscu to dość długo. Tym bardziej, że związany jest z wieloma ograniczeniami. Brakuje rodziny, odwiedzin znajomych, możliwości wyjścia gdzieś czy choćby przejechania się samochodem. Na pewno oboje trochę inaczej to odbieramy.

Dagmara: Niektórzy tutaj liczą każdy dzień do końca i rozmawiają o powrocie. Ja tak nie mogę – zachowywałam się dokładnie tak jak oni, będąc na Spitsbergenie. Teraz cieszę się każdym dniem tutaj i naprawdę ze smutkiem myślę o wyjeździe.

A po powrocie? Normalne życie czy snucie kolejnych planów?

Piotr: Ciężko powiedzieć. Plany zawsze są, ale wiemy też, że zawsze mogą ulec zmianie. Szczególnie, że jeszcze 4 lata temu nie wiedzieliśmy, że nasze życie i marzenia zmienią się tak bardzo. Pozostaje jeszcze cicha nadzieja, że kiedyś uda się dostać na trzecią, ostatnią już polską stację im. Antoniego Dobrowolskiego na samym kontynencie, Antarktydzie. Obecnie jest opuszczona, ale trzymamy kciuki, że będzie kiedyś reaktywowana.

Dagmara: W ogólnym zarysie plan jakiś jest, ale chyba pozwolimy życiu dać się zaskoczyć.

 

Zdjęcia: Daga & Piotrek Andryszczak, www.dompodbiegunem.pl 

REKLAMA