REKLAMA
Anywhere logo

"Wszystkie nieprzespane noce", reż. Michał Marczak

2016-11-22
...
Powroty nad ranem do domu. Afterparty trwające do popołudnia. Koktajl z rozmów, papierosów i muzyki techno. Ogólnie: szukanie siebie w tym, co gubi. "Wszystkie nieprzespane noce" to laurka wystawiona takiemu życiu. Stanowi ona o sile, ale też słabych punktach tego filmu.

Film, przy którym chcesz zapalić.

Na wstępie poznajemy Michała i Krzyśka. Krzysiek, bo to z nim zostaniemy do końca każdej z imprez, spotyka na domówce swoją byłą dziewczynę. Tańczą. Rozmawiają. Chłopak próbuje się do niej zbliżyć, dziewczyna jednak tego unika. Na wejściu dostajemy więc lekko intymny obraz tęsknoty za tym, co znane. Bohater chce po prostu poczuć się dobrze – mieć u boku swoją byłą, pić i tańczyć. Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie zechciał tych trzech rzeczy na raz.

Była dziewczyna Krzyśka więcej już go nie nawiedza. Robi to Michał – chłopaki się przyjaźnią i są razem na każdej imprezie. Imprezie. To właściwie jedyna przestrzeń, w której oglądamy głównych bohaterów. Od melanżu do melanżu. Super, prawda? 

Otóż nie. Bohaterowie to pewnie moi rówieśnicy. Dlatego chciałbym wiedzieć gdzie pracują, co studiowali, co ich interesuje i o co walczą. Film totalnie pomija osadzanie bohaterów w społecznych kontekstach, innych niż towarzyskie. Dostajemy przez to niepełny obraz entuzjastów nocnego życia, którzy pieniądze na lawirowanie na pewno mają od starych.

Fabularnie film jest płaski. Przedstawia po prostu zlepek powrotów o świcie, wygłupów, pijanych spacerów, damsko-męskich zaczepek. Nie ma tu wątku, który zaczynałby się, rozwijał i znajdował punkt ujścia. W obronie przed tym zarzutem staje celowość takiej formuły. Jak deklarują twórcy, aktorzy grają sami siebie, a sceny reżyserowane były bez konkretnego scenariusza, na podstawie improwizacji. To drugie widać jak na dłoni i tu płynnie przechodzimy do słabości obracającej się w siłę. Bohaterowie są prawdziwi przez każde zająknięcie czy brak zaplanowanej pauzy w mówieniu. Noce w tym filmie są niezagrane. Mimo liniowości w sensie ogólnym, jest wiarygodnie na poziomie szczegółów. 

W tej historii to Krzysiek jest najważniejszy, ale nie bez znaczenia jest jego relacja z Michałem. Panowie zbyt wiele razy wracali razem slalomem do domu, żeby nie był to film o męskiej przyjaźni. I trochę jest. Chłopcy wspierają się w szukaniu uciech, ale duet zawiesza działalność, gdy Krzysiek zaczyna romansować z byłą dziewczyną Michała. Może jestem w błędzie, ale prawdziwi przyjaciele sobie tego nie robią! „Bros over hoes”, czy jakoś tak… Czy wobec tego "Wszystkie nieprzespane noce" są sugestią, jak się nie przyjaźnić? Panie reżyserze, mam miejsce, by o tym pomyśleć. Tak dużo miejsca, że się gubię. Czy kolejne dzieło dokumentalizujące mógłbyś zrobić o kartografach?

Jeśli widz szuka kina kompletnego, które dostarcza czytelną rozrywkę i nie zostawia marginesu na refleksje, "Wszystkie nieprzespane noce" go zawiodą. Film ten nikogo nie prowadzi za rękę. Obraz ten każe o siebie pytać i o sobie dopowiadać. Zadziało się w głowie podczas oglądania? No to jesteśmy w do... a nie, nie. Jeszcze after. 

"Noce" nie są dziełem dla wszystkich z kilku powodów. Utożsamią się z nimi ci, którzy podobnie jak Michał z Krzyśkiem szukają tych rozmów o świcie, które zostaną im w pamięci na długo i pozwolą wyciągnąć jakieś wnioski. Albo ci, którzy nie mają z czym walczyć, nie żyją dla żadnej ze spraw, więc z braku akcji chcą przeciwstawić się porządkowi pracy „osiem godzin dziennie”. Nie wszyscy jednak tak żyją. Mało tego – jestem zdania, że film ten aspiruje do bycia głosem pokolenia, a w istocie jest portretem dość wąskiej grupy społecznej, która jest przekonana, że ich horyzont jest jedynym istniejącym. 

Ponadto, wiele scen jest zbudowanych na tak zwanych small talks. Przez takie rozmowy poznajemy chwilowe intencje bohaterów, ale o żadnym z nich nie dowiadujemy się niczego więcej. Jedynie w wypadku Krzyśka i jego poczynań idzie odkryć wzór jego zachowań. To poszukiwanie adrenaliny, uniesień, łamanie tabu, głód akcji. Chłopak sukcesywnie sprawdza co się stanie, gdy pójdzie w określonym kierunku na polu flirtów, używek, czy awantur. Nie ma w tym filmie scen, które dałyby odpowiedź. Są tylko stany pośrednie – fascynacja napotkaną dziewczyną, znudzenie inną, wymiana obserwacji po narkotykach, samotność.

Krzysiek o poszukiwaniu siebie wspomina wielokrotnie: status quo należy wciąż podważać, sprawdzać, kim się jest i po cichu liczyć na to, że za każdym razem odpowiedź będzie inna. Ze wszystkich małych eksperymentów – zdobywania dziewczyn czy brania narkotyków - klaruje się próba prawdziwego kontaktu z drugim człowiekiem. To dlatego noce są nieprzespane. I dlatego bohaterowie swoim zachowaniem zadają otoczeniu pytanie.

Ktoś idzie zapalić? Michał i Krzysiek na pewno. W prawie każdej scenie ktoś palił papierosy. Rytuał ten, tak spowszedniały, że prawie niewidoczny, w filmie był osobnym bohaterem. Parokrotnie w trakcie seansu miałem ochotę na fajkę. Dzięki twórcom zaczynam szukać kin, w których można palić, ale pewnie pójdzie mi - jak Michałowi i Krzyśkowi w poszukiwaniu sensu – bezowocnie.

"Wszystkie nieprzespane noce" to offowe studium tego, jak zatracać się w chwilach. Film kończy się sceną, w której główny bohater idzie pod prąd środkiem ulicy. Robi to bardzo płynnym, tanecznym krokiem, nie zważając na mijające go pojazdy. Jedyne, co wtedy słyszymy, to muzyka – kolejny, tuż obok papierosów, bezosobowy bohater, będący nieodzowną częścią imprezowego życia. Klubowe, elektroniczne brzmienia są tłem dla przeżyć głównego bohatera i jest to tło dobrane doskonale. Znów jednak czuję, że nie każdy musi być sympatykiem techno czy house, a niektórym wystarczy nawet to, aby film uznać za stratę czasu.

Wyżej wymieniona scena jest esencją filmu, ale obejrzana samodzielnie nie wyczerpałaby tematu. Potrzebne były spotkania w Planie B, nad Wisłą czy w Cafe Kulturalnej. Przedstawiono je bez hierarchii tego, która impreza jest przełomowa. Zmieniały się tylko emocje bohaterów, choć ani razu nie były wstrząsająco mocne. Ciągłe imprezowanie nie zaprowadziło nikogo na odwyk, nie przyprawiło o depresję, a było po prostu częścią życia, o którym nie będzie nam dane nigdy usłyszeć. Chyba że się utożsamiamy z bohaterami. Wtedy film możemy uznać za oprawione w ramkę uniesienia, po których jedynym pytaniem, jakie przychodzi do głowy, jest: „No i co z tego?”.

Tekst: Jacek Tomczak

REKLAMA
REKLAMA