REKLAMA
Anywhere logo

Magda Umer: Uśmiecham się do smutków

2016-12-01
...
„Już ponad pół wieku temu słuchałam przez takie radio z zielonym okiem różnych piosenkarzy i piosenkarek. To było czasami wspaniałe połączenie – słów, które także przecież są dźwiękami, z dźwiękami melodii i barwą głosu wykonawcy. Robiło to na mnie ogromne wrażenie”. Już od ponad czterdziestu lat to my słuchamy jej niezapomnianych wykonań. Tej jesieni powraca płytą nagraną ze znakomitym pianistą jazzowym, Bogdanem Hołownią.

Mówi o sobie, że jest samotnicą, że nie wytrzymuje z jednym człowiekiem więcej niż godzinę. Zmieściłyśmy się w nieco krótszym czasie, więc obyło się bez ofiar. 

Płyta „Bezsenna noc”, która premierę ma 7 października, składa się z piosenek, które wszyscy znamy.

Nie wiem, czy wszyscy, bo na przykład moi synowie połowy nie znali (śmiech). Dostałam propozycję nagrania płyty z genialnym pianistą jazzowym, Bogdanem Hołownią, toteż razem chcieliśmy, żeby z punktu widzenia muzyki były to rzeczy, które można jazzowo zagrać.

Jak zrodziła się państwa współpraca?

To była propozycja pana Roberta Kijaka z Agory. Myślę, że po prostu był na jakimś koncercie, a może na płycie usłyszał nas razem, bo parę piosenek z nim nagrałam. 

Lubi pani wracać do przeszłości?

Jestem w takim wieku, że dużo bardziej niż do przyszłości. Przyszłości się boję, tego, jaka ona będzie dla moich dzieci i wnuków. Jakkolwiek bardzo kocham życie, to moja przyszłość wydaje się już krótkim okresem czasu. Natomiast przeszłość – długim i ciekawym. 

Magda_Umer

Porozmawiajmy chwilę o tej przyszłości.

Znajduję się w fazie tak zwanej wczesnej starości i jestem chyba jakimś wybrańcem losu, bo mam dużo pracy i bardzo ciekawych propozycji artystycznych. Mam wrażenie, że jeśli tylko będę zdrowa i dam radę w sensie fizycznym i psychicznym, to będę miała co robić do końca swoich dni. Więc o siebie boję się dużo mniej niż o przyszłość świata, a w związku z tym także naszego kraju.

Ogląda pani wiadomości?

Raz na tydzień i to jest trudny czas. Kiedyś w telewizji był program „MC2” Manna i Materny. Oni tam pod koniec mieli takiego świetnego chłopaka, który czytał wiadomości, wyssane z palca przez autorów, i kończył to tak: „Dalszy ciąg wiadomości nadamy kiedy indziej”. Zawsze mówię, że „kiedy indziej” to moja ulubiona pora nadawania jakichkolwiek wiadomości. I oczywiście uważam, że jedyną skuteczną ucieczką, taką, która przez całe życie mnie ratowała, jest ucieczka w sztukę.

Kiedy zaczęła się pani ucieczka w świat literatury, poezji i piosenki?

We wczesnym dzieciństwie. Właściwie od kiedy skończyłam siedem lat, gdy zaczęłam czytać. Taką moją pierwszą, podstawową miłością jest po prostu literatura. Tuż potem chyba piosenka. To jest taki środek wyrazu, który był mi bardzo bliski jeszcze przed tym, jak wiedziałam, że będę z tym miała cokolwiek wspólnego. Słuchałam przez takie radio z zielonym okiem różnych wykonawców i piosenek. To było czasami wspaniałe połączenie – słów, które także przecież są dźwiękami, z dźwiękami melodii.

Magda_Umer1

Pamięta pani pierwszą lekturę w szkole, która wywarła na panią wpływ?

To jest strasznie banalne, bo jestem osobą, która zakochała się w „Ani z Zielonego Wzgórza”, co miało ogromny wpływ na to, co potem chciałam robić. Chciałam być nauczycielką, bo Ania nią była. Wydawało mi się, że uczenie dzieci to szczyt marzeń i starałam się robić wszystko, aby tak się stało. Dlatego poszłam na polonistykę.

Na płycie jest tylko jedna piosenka Agnieszki Osieckiej. Dlaczego?

Ja sobie tymi piosenkami układałam jakąś historię i tak się jakoś złożyło, być może dlatego, że ja piosenek Agnieszki Osieckiej zaśpiewałam bardzo dużo na poprzednich płytach. Na tym etapie życia i do tego projektu ta jedna była mi potrzebna.

Pamiętam panią z koncertu „Zielono mi” w 1997 w Opolu. Miałam wtedy dziewięć lat. To było smutne, ale też piękne widowisko.

To był taki smutno-wesoły koncert, bo starałam się, żeby nie było za wiele mazgajstwa. Był wielki smutek, że Agnieszka odeszła, ale też i wielkie szczęście, że w ogóle była – że tworzyła i że tak łapczywie korzystała z życia i kazała nam wszystkim się z niego umieć cieszyć. Umieć docenić dar, że się pojawiło na świecie.

Teraz będzie wspominać pani Marię Czubaszek.

Tak, jutro (8 września – przyp. red.) w Cieszynie i później w „Teatrze 6 piętro”. Myśmy z kolei od trzech lat z Arturem Andrusem, Hanią Śleszyńską i Marysią jeździli po Polsce z takim programem „Dużo kobiet, bo aż trzy”. To było zupełnie przypadkowe. Po prostu spotkaliśmy się na jakimś koncercie w Legnicy i przypadliśmy sobie do gustu, nie tylko jako artyści, ale jako grupa ludzi. Była między nami taka dobra atmosfera. Zobaczyliśmy, jak ożywczo działa to na publiczność i postanowiliśmy z tym jeździć po Polsce. Marysia bardzo to lubiła. Jeszcze dzień przed śmiercią mówiła, że jedzie do Cieszyna i tam mieliśmy się spotkać. Ten jutrzejszy koncert jest „za tamten”. Niezastąpioną osobę, jaką była Marysia Czubaszek, w pewnym sensie zastąpi także niezwykła, wspaniała Joasia Kołaczkowska. A w Teatrze 6. Piętro pojawi się ukochany mąż Marysi, wybitny muzyk jazzowy, Wojciech Karolak.

To też była osoba, która doceniała każdą chwilę.

O, tak. Umiała cieszyć się życiem i kochała zwierzęta. I mówiła często, że właściwie ona za bardzo za ludźmi to nie jest…

Pani woli ludzi czy inne zwierzęta?

Bardzo lubię zwierzęta, w tym niektórych ludzi. Ale niektórych, niektórych. Wie pani, gdyby nie było internetu, tych hejtów na forach, to w ogóle nie wiedziałabym, że w człowieku, tym takim anonimowym, który może sobie bezkarnie pisać co chce, tkwi tyle podłości i najobrzydliwszych cech charakteru. Może to szczęście, że nie znamy języka psów i wydaje nam się, że one by nigdy takie nie były. Ale człowiek to coraz częściej nie brzmi dumnie. Niestety.

No tak, nawet z pozoru altruistyczne pobudki okazują się egoistyczne.

Ciągle musimy się szukać – my, którzy nadajemy na podobnych częstotliwościach. Człowiek, jak znajdzie kogoś, z kim chciałby przebywać, kogo chciałby słuchać, czy wręcz do kogo chciałby się przytulić, uważa, że to jest wielkie znalezisko. Bo tak naprawdę dawniej człowiek bał się groźnych żywiołów, a teraz najbardziej się boi drugiego człowieka. Człowiek staje się nieprzewidywalnym i najgroźniejszym żywiołem. To jest straszny czas. Być może tak było zawsze – w XIV, XV wieku i dwa tysiące lat temu – ale ponieważ nie byliśmy globalną wioską, w której codziennie dowiadujemy się, co strasznego dzieje się na drugiej półkuli, nie mieliśmy aż takiej tego świadomości.

Magda_Umer2

Kiedyś było lepiej?

Wiem, dlaczego pani tak pyta. Że jak się było młodym, to obojętnie w jakiej rzeczywistości się tkwiło, ta młodość była lepsza i łatwiej było to wszystko znosić. Ale też uważam, że czasy, w których żyłam, były tak niezwykłe, że nie zamieniłabym się z nikim na życie. Nie chciałabym być teraz młodą osobą. Dlatego właśnie tak bardzo martwię się o swoje dzieci i wnuki.

Miałam to szczęście, że urodziłam się kilka lat po wojnie, ale jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego wieku – 9 października 1949 roku. Nie pamiętam wojny ani tych strasznych lat powojennych, a jak poszłam do szkoły, był wrzesień 1956 roku, a w październiku była już słynna odwilż. Cała ta moja szkoła, to był jakiś taki czas, kiedy wierzyłam w tę utopię i w to, że teraz zaczniemy naprawiać świat i wszystko będzie lepiej. Potem oczywiście okazało się inaczej i działy się różne rzeczy, ale wszystko było bardziej przyzwoite i szlachetniejsze, przynajmniej w moim środowisku. Oczywiście to był także czas, kiedy wielu rzeczy nie było, nad czym się teraz strasznie ubolewa. Ale kiedy niczego nie ma, to zdobycie czegokolwiek daje takie szczęście! Na przykład jak się cały rok zbiera na buty, a później ma się te buty, to radość z tego faktu jest nieprawdopodobna! Jak to potem opowiedzieć młodemu człowiekowi? Ten brak jest szalenie wychowawczy. Bo kiedy wszystko masz, to niczego nie pragniesz. 

W pani piosenkach jest dużo smutku, ale też poczucia humoru.

Mam nadzieję. Mój pianista i przyjaciel, z którym pracuję ponad trzydzieści lat, Wojtek Borkowski, powiedział kiedyś, że jest we mnie taki promienny smutek. Bardzo mi się to spodobało. Do każdego smutku się uśmiecham. Uważam, że poczucie humoru jest moją deską ratunku. Zawsze na pytanie „być albo nie być” odpowiadam, mimo najtrudniejszych dni i nocy, „być”.

Być i walczyć – i ze swoim smutkiem, i ze smutkiem tego świata. A poza tym pamiętać, że życie jest smutno-wesołe. Trzeba przeżyć i jedno, i drugie. Tylko że każda wesołość to jest chwila, bo za sekundę znowu dowiemy się o czymś strasznym w wiadomościach radiowo- prasowo- telewizyjno- internetowych. Nie ma gdzie przed nimi uciec. Dlatego róbmy wszystko, by tę chwilę wykorzystać na szereg uśmiechów, które nam i naszym bliskim pomogą. Uśmiechać się jak głupi do sera.

REKLAMA
REKLAMA