REKLAMA
Anywhere logo

Książka żyje... Naprawdę!

2016-12-02
...
Wydawałoby się, że Morąg niczym się nie wyróżnia. Niby znajdziemy tu pałac czy zabytkowy ratusz otoczony kamienicami, ale to przecież standard. Jest tu jednak miejsce, które sprawia, że to wyjątkowe miasto. To biblioteka.

Pamiętam początek swojej przygody z morąską wypożyczalnią. Budynek, w którym się znajduje mijałam wielokrotnie, ale nigdy nie przykuł mojej uwagi – ot, szara bryła, jakich w połowie lat 90. powstawało na potęgę. Gdy po raz pierwszy zaprowadziła mnie tam mama, przyznaję, trochę się przeraziłam. Biblioteka okazała się wielka, jak wszystko dla małego dziecka, ciemna, z podłogą z pseudomarmuru i dużymi kwiatami doniczkowymi na korytarzu. Słowem – niezbyt zachęcająca dla kilkuletniej dziewczynki.

czerwony-kapturek

Pierwsze kroki skierowałam na parter, do czytelni i wypożyczalni dla dzieci. Tam było już trochę lepiej. Więcej kolorów, miłe panie, które pomogły znaleźć lub wybrać książkę, no i koleżanki i koledzy, z którymi można było pogadać. Od czasu do czasu coś się nawet działo – a to przedstawienie, a to pogadanka – dla dziecka niezła gratka. Kilka lat później, gdy już trochę podrosłam, przeniosłam się na piętro, do działu dla dorosłych. To nic, że miałam jakieś czternaście lat. O ile na dole panie zawsze na różne sposoby starały się zachęcać dzieci do czytania, o tyle na górze czekał na mnie, nazwijmy to, powrót do rzeczywistości. Znów szaro, znów trochę smutno. Za biurkiem wciąż pani, która zawsze pomogła i doradziła, zazwyczaj nieco sztywna, ale czasem pogadała i pośmiała się, a nawet odpuściła karę za przetrzymanie książki.

Jedno jest pewne – czegoś brakowało. Brakowało magii. Brakowało czegoś, co sprawiałoby, że do biblioteki chodziłoby się po to, by spędzać tam czas, dla przyjemności, a nie po to, by wziąć książkę do ręki i uciekać. Nie wspominając już o tym, że dla niektórych z moich znajomych pani za biurkiem nie była dobrą „znajomą”, a osobą, przez którą trzeba przebrnąć, żeby zdobyć książkę zadaną przez nauczycielkę na lekcję języka polskiego. Brakowało zachęty.

Jakiś czas temu przy okazji wizyty w domu rodzinnym wróciłam do mojej pierwszej biblioteki i... zatkało mnie. To, co znałam kiedyś – zniknęło. Nie ma już szarości, brzydkich kwiatów i ciemnych „marmurów”. Sztywne bibliotekarki zniknęły zza biurek i uśmiechnięte krążą między regałami, rozkładając książki, które zwrócone przez czytelników tonami zalegają na stoliku. Od razu nasuwa się pytanie – skąd taka zmiana? Bo przecież nie przez kolorowe ściany.

Odpowiedź przyszła z czasem. Dwa lata temu w jednej z telewizji śniadaniowych usłyszałam rozmowę o pewnym niesamowitym kalendarzu – „Bibliotekarz – zawód glamour”. Jego podstawowym celem było przekonanie czytelników do tego, że nie taki bibliotekarz straszny, jak go malują. „Fajna akcja” – pomyślałam, bo panie bibliotekarki zawsze miło mi się kojarzyły. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy na ekranie zobaczyłam znane mi z Morąga twarze! Otóż „moi” bibliotekarze wpadli na pomysł, aby „odczarować” swój wizerunek. Wraz z miejscowym fotografem Hubertem Kalinowskim podjęli wyzwanie i pokazali, że nie są tylko od tego, żeby odkładać książki na miejsce i nakładać na czytelników kary za spóźnienia. Udowodnili, że są ludźmi kreatywnymi, spontanicznymi i pełnymi zaangażowania i pasji do tego, co robią. Że współczesny bibliotekarz to nie pani w okularach siedząca za biurkiem.

Najważniejsze jest to, że nie spoczywają na laurach. Idą za ciosem i robią to jeszcze lepiej. Właśnie powstał kolejny projekt – „Książka żyje... Naprawdę!”, do którego tym razem biblioteka zaangażowała młodych czytelników, którzy od początku do końca pomogli w zorganizowaniu sesji.

narnia

– W działanie bardzo zaangażowała się morąska młodzież. Zorganizowaliśmy dla niej warsztaty ze specjalistami. Fotograf pomógł nam zaprojektować poprawne kompozycyjnie zdjęcia, natomiast scenografka i kostiumografka pomogły wykonać kostiumy dla bajkowych postaci i zastanowić się, jakimi elementami scenografii wypełnić kadr. Nie mogło zabraknąć też warsztatów z charakteryzacji, na których dowiedzieliśmy się, jak zmienić swoje koleżanki i kolegów w postaci z książek. Poprosiliśmy fotografa Huberta Kalinowskiego i charakteryzatorkę Aleksandrę Arabasz o pomoc i wzięliśmy się do pracy! – powiedziała Paulina Kalinowska, jedna z organizatorek akcji, pracownica Miejskiej Biblioteki Publicznej w Morągu.

Uczniowie morąskich szkół zaangażowali się w projekt do tego stopnia, że poświęcili dla niego swoje wakacje. Biblioteka nie była już tylko biblioteką, zmieniła się w pracownię artystyczną i studio fotograficzne. Młodzież projektowała, szyła, kleiła, malowała... I tak powstały między innymi Dziewczynka z zapałkami, walczący z Voldemortem Harry Potter, Alicja z Krainy Czarów czy Faun Tumnus prosto z Narnii. Jednak głównym bohaterem każdego z dwunastu zdjęć nie jest postać z bajki, a czytelnik wciągnięty w książkę do tego stopnia, że poniekąd zaczyna żyć w jej rzeczywistości.

– Aktualnie w naszej bibliotecznej galerii jest prezentowana wystawa, która cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Cała akcja zyskała popularność nie tylko w Morągu, ale i poza nim – w kolejce ustawiły się już kolejne instytucje. Czerpiemy stąd mnóstwo pozytywnej energii, jest to dla nas ogromna mobilizacja do dalszej pracy – powiedziała Magda Zaborowska, także zaangażowana w organizację projektu.

 

Morąscy bibliotekarze ciężką pracą, ale i z przyjemnością odczarowali bibliotekę. A może zaczarowali czytelników?

 

logowki

tekst: Katarzyna Szewczyk

fot.: Hubert Kalinowski

charakteryzacja: Aleksandra Arabasz

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA