REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Andrzej Świetlik: Fotografia to rozmowa

2016-12-05
...
Gdy pytam Andrzeja Świetlika o ostatnią sesję z Obywatelem G.C., długo milczy. Zastanawia się, chyba nawet wzrusza. Nic nie mówi, bo zdjęcia mówią przecież same za siebie. Efektem rozpoczętej w 1988 roku współpracy Świetlika i Ciechowskiego są czarno-białe fotografie, stanowiące ważną część w dorobku artystycznym jednego i drugiego. Z większości niepublikowanych dotąd zdjęć powstał album. Andrzej Świetlik opowiedział o kulisach tych sesji oraz kolejnych wcieleniach swojego przyjaciela, a ja jestem pewna, że podczas tej rozmowy Grzegorz nam towarzyszył. Poklepał Andrzeja po ramieniu, do mnie się uśmiechnął, bo wiedział, jak ważny jest dla nas ten, którego wspominamy.

Co, oprócz dźwięku migawki słyszy pan w głowie, gdy patrzy na zdjęcia ze wszystkich sesji z Grzegorzem Ciechowskim?

Szelest pracy migawki jest niezauważalny dla fotografa, nie rejestruję go. Oglądanie zdjęć przywołuje wspomnienia, ma charakter nostalgiczny, historyczny, pamiątkarski. Jednocześnie, jeśli wiąże się to z ciekawymi zdarzeniami, wyświetla się w pamięci film dokumentalny z tych chwil. Film, który nie trwa tak krótko, jak dźwięk migawki, lecz pokazuje sceny przed, w trakcie i po fotografowaniu, obejmuje całą przestrzeń czasową, która dotyczy powstawania konkretnej fotografii. Niekiedy jest to film lekko udźwiękowiony, wówczas przypominają mi się niektóre słowa, fragmenty utworów muzycznych, a czasami cały koncert, jak na przykład ten w garażu w Kazimierzu poprzedzający sesję fotograficzną do płyty „Republika marzeń”.

Pamięta pan, że Grzegorz delikatnie seplenił?

Kobiety tak mają, że łapią się takich szczegółów. A nie było to fajne?

Bardzo fajne.

Pamiętam jego barwę głosu, sposób wypowiadania słów, żartobliwe sytuacje z tego wynikające. Przypominam sobie sekwencję w „Polskiej Kronice Filmowej” z koncertu Republiki. Było to w pierwszym okresie istnienia zespołu, około połowy lat osiemdziesiątych. Jedno ujęcie w dużym zbliżeniu pokazywało śpiewającego Grzegorza. Nagle panie siedzące w kinie obok mnie zaczynają się śmiać, pytam: „Dlaczego?”. „Zobacz, jaki ma zgryz” – odpowiedziała jedna z nich, wskazując na Grzegorza na ekranie. Ale to mu absolutnie w niczym nie przeszkadzało, po prostu było takim jego perwersyjnym znakiem szczególnym.

swietlik_andrzej

Często zaglądał pan do tych zdjęć po śmierci Obywatela G.C.?

Dość często, ponieważ – jak zwykle w przypadku takich postaci jak Grzegorz – wciąż z różnych redakcji przychodzą prośby o zdjęcia. Publikacje przypominające jego sylwetkę i twórczość do dzisiaj karmią się tymi portretami. To zmusza mnie, żeby od czasu do czasu zaglądać do archiwum. Dość starannie mam poukładane negatywy z wszystkich sesji, a kiedy nastała epoka cyfrowa, cały materiał trzeba było zdygitalizować. Pojawiła się okazja do ponownego spojrzenia na zdjęcia. Jednak dokładniej, z większą uwagą przyglądam się całemu materiałowi dopiero teraz, po latach. Odkrywam fajne momenty, które wcześniej traktowałem po macoszemu. Sądzę, że wówczas szukałem fotografii, które miały większą siłę dzięki formie. Natomiast teraz coraz więcej znaczą pewne niuanse wynikające z narracji tamtych czasów. Okazuje się, że wraz z upływem lat zmieniam sposób oglądu tych samych zdjęć, przyjmuję nieco inne kryteria. To bardzo ciekawe, jak z wiekiem zmienia się sposób patrzenia na zjawiska, których byliśmy aktywnymi uczestnikami kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu. Wiele takich fotografii, odkrytych na nowo, trafiło do książki.

Pierwsza sesja z Ciechowskim odbyła się w grudniu 1988 roku. Znał pan wówczas muzykę Grzegorza?

W tamtych latach muzykę Obywatela G.C. i Republiki, której Grzegorz był liderem i autorem zdecydowanej większości utworów, w Polsce znali chyba wszyscy, również i ja.

Łódź Kaliska była już znaną awangardową grupą artystyczną, a Republika, co prawda po pierwszym rozpadzie, jednak wciąż pozostawała superpopularnym zespołem z czarno-białym tłumem fanów. I w ’88 spotykają się dwaj liderzy. Młodzi, buntowniczy artyści. Andrzej Świetlik i Grzegorz Ciechowski.

Nigdy nie byłem liderem Łodzi Kaliskiej. U nas takie pojęcie nie funkcjonuje, to dosyć demokratyczna grupa. Jeśli już, to role liderów w owym czasie należałoby przypisać Markowi Janiakowi i Andrzejowi Kwietniewskiemu, oni dwaj tworzyli silny intelektualny fundament grupy. Nigdy nie myślałem o sobie w kategoriach „mocna osobowość” – to wydaje mi się dość megalomańskie. Poza tym zawsze oddzielałem przestrzeń „łódzko-kaliską” od przestrzeni zawodowej, profesjonalnej, która istniała sobie niezależnie od działalności grupy. A z Grzegorzem spotkaliśmy się właśnie w tej drugiej. Byłem bardzo ciekaw tego, jakim człowiekiem okaże się osoba, którą mam fotografować, tak zresztą jest zazwyczaj. Na dzień dobry może od razu zapalić się porozumiewawcze światełko, albo, co też się zdarza, nastaje niepokojąca ciemność, którą człowiek musi mozolnie rozjaśniać. Tym razem jasność pojawiła się w pierwszej chwili. Nie od razu robiliśmy zdjęcia, pierwsze spotkanie było po to, by się z lekka poznać i określić estetyczne kryteria projektowanych fotografii. Wtedy jeszcze rozmawialiśmy ze sobą dosyć oficjalnie. Po jakimś czasie, gdy znaliśmy się już dość dobrze, zaobserwowałem, że zawsze w kontaktach zawodowych zachowywał się profesjonalnie, emocje potrafił trzymać na wodzy. Podczas pierwszej naszej sesji nie było już żadnych barier, mogliśmy sobie powiedzieć wszystko. Takich sesji, łącznie z tymi, kiedy pojawiał się cały skład Republiki, było dwanaście, a wybrane fotografie z każdej z nich znajdują się w albumie. Trzy czwarte zdjęć nie widziało dotychczas światła dziennego.

Jaki zapach ma pan w pamięci? Z roku 1988 – zapach upadającego komunizmu?

Zapach rozkładającego się komunizmu znałem dość dobrze. Pamiętam ten koszmarny, mroczny czas. Działanie w „Łodzi Kaliskiej” było ucieczką w przestrzeń wolności. To, co robił Grzegorz z Republiką - także. Byliśmy chuliganami wobec oficjalnego nurtu sztuki, oficjalnych zachowań uznanych artystów – z wszystkiego robiliśmy sobie kpiny, to była totalna anarchia. W PRL-u przeżyłem także dobre chwile. To beztroskie dzieciństwo. Mieszkałem w małym miasteczku, oddalonym od wpływów brutalnej polityki, gdzie niewidoczna była gomułkowska propaganda, przynajmniej dla małolata. Mieliśmy ogrody, jeziora, lasy i szkołę. Z tej prowincji przyjechałem do Warszawy nieświadomy tego, co się wokół naprawdę dzieje. W rodzinnych stronach byłem biernym obserwatorem peerelowskiej rzeczywistości, w stolicy stałem się jej częścią. Warszawski okres lat osiemdziesiątych był trudny, nieciekawy i pewnie dlatego w opozycji do szarych realiów powstawały ciekawe rzeczy.

Gdzie odbyła się pierwsza sesja z Obywatelem?

W schronie przeciwatomowym. Na Rynku Nowego Miasta w Warszawie, w jednej z kamienic na poziomie piwnic był schron, a w nim mała pracownia, ok. 25 m2. Schodziło się do niej wąskimi schodkami, następnie trzeba było odkręcić korbą stalowe pancerne drzwi, potem kolejne. A tam witał wchodzących intensywny zapach piwnicznej stęchlizny.

I wchodził tam Grzegorz Ciechowski przesiąknięty Orwellem…

Kilkakrotnie. Po paru latach musiałem się z tego miejsca ewakuować, ta swoista aromaterapia nie pozwalała już dłużej tam pracować. W owym czasie nie było w Warszawie profesjonalnych studiów fotograficznych, jakich dzisiaj wiele, wszyscy kombinowali w różnych miejscach, każdy na swój sposób. W mojej piwnicy po zakończonych zdjęciach atelier zmieniało się w ciemnię, w niej wywoływałem negatywy i robiłem powiększenia. Epoka cyfrowa miała nadejść dopiero za kilkanaście lat.

Duży wpływ na wizerunek Ciechowskiego miały właśnie czarno-białe zdjęcia. Nie znamy kolorowego Grzegorza. Znamy czarno-białego Obywatela G.C.

Kolorowego Grzegorza poznałem również. Ale pewnie jestem jednym z nielicznych. Nie było u niego kompromisów, stąd ta biel i czerń. Kiedy się spotkaliśmy, i Grzegorz, i koledzy z Republiki byli czarno-biali, ubierali się na czarno nawet na co dzień. W tej sytuacji fotografia czarno-biała była oczywistością.

swietlik_andrzej2

Czy podczas sesji istniało coś takiego jak duble?

Jeżeli podczas pracy rodziła się sytuacja, która miała potencjał na finalnie ciekawe zdjęcie, to na ogół ją powtarzaliśmy, chyba, że była niepowtarzalna. Czasami przytrafiała się taka sekwencja zdarzeń aktorsko-fotograficznych, o szczególnej ekspresji i dużym ładunku emocjonalnym, że trudno ją było powtórzyć. Robiłem wówczas dwa, trzy zdjęcia i koniec. Dwadzieścia, trzydzieści lat temu liczyło się każdą klatkę filmu, bo materiał kosztował i niełatwo było go kupić w wystarczającej ilości, co przekładało się na bardziej oszczędne fotografowanie, rejestrowało się zdecydownie mniej zdjęć niż dzisiaj, tym samym duble nie były tak częste. Miało to również swoje plusy, fotografowało się w sposób bardziej przemyślany, w większym skupieniu. Dziś produkuje się mnóstwo zdjęć całkowicie bezrefleksyjnie. Czasem zauważam, że sam staję się ofiarą takiego fotografowania, co jest efektem ubocznym technologii cyfrowej, która „nie kosztuje”. W tamtym czasie każda decyzja była mniej lub bardziej, ale jednak przemyślana. Głowa sterowała fotografowaniem. Dzisiaj jest raczej odwrotnie, czyli zdjęcia ewentualnie uruchamiają proces myślowy, albo i nie.

Taka ekspresja pojawiła się w przypadku sesji z kroplami wody?

Tak mogło być. Na tę sesję nie mieliśmy konkretnych pomysłów, stawialiśmy na improwizację. Jej przebieg warunkowały w dużym stopniu dostępne rekwizyty, czyli ich brak, zerowa scenografia, generalnie ubogość. Jedyną rzeczą, którą miałem, był kran z wodą. Ta sesja odbywała się w owej piwnicy zaraz moim powrocie z Waszyngtonu. A w Stanach przesiedziałam dwa miesiące w galeriach i księgarniach, oglądając aktualne amerykańskie czasopisma ilustrowane. Zobaczyłem tam fotografię, której dotychczas w Polsce nie spotkałem. Wówczas na łamach „Interviev” Andy’ego Warhola zaczynali swoje kariery znani dziś fotografowie – Michel Comte czy Peter Lindbergh, którzy posługiwali się nowym dla mnie rodzajem ekspresji – dużymi zbliżeniami na przemian z odległymi planami i dynamiką obrazu porównywalną do filmowych stop-klatek, również aktorskim sposobem zachowywania się przed aparatem osób fotografowanych. W konsekwencji odkryłem tam nową metodę na uatrakcyjnienie swoich fotografii. Dziś panuje moda na zupełnie inny rodzaj fotografowania – nastąpił powrót do estetyki fotografii reklamowej lat 60. Króluje sztuczność przyprawiona szczyptą absurdu w warstwie narracyjnej, wolna od jakichkolwiek emocji i ekspresji.

Prowokował pan Grzegorza do pewnych zachowań? Czy on był świadomy tego, jak zachowywać się na planie?

Czy komunikowanie się na planie, rozmowa osób pracujących ze sobą, może być sterowana przez fotografa prowokacyjnym zachowaniem? Być może, nie wykluczam istnienia takich metod. Czy tak było w mojej pracy z Grzegorzem? W czasie fotografowania wchodzę w rodzaj transu i nie kontroluję wszystkich swoich słów ani zachowań. To jakim sposobem mogę wiedzieć, czy prowokowałem Grzegorza?

Wyłącza się tryb myślenia?

Nie, przestawiam się na innego rodzaju myślenie, odcinają się pewne bodźce. Na przykład nie słyszę niektórych dźwięków, które słyszę teraz, gdy rozmawiamy.

Czy za tymi zdjęciami stoją rozmowy z Grzegorzem?

Poniekąd też. Najciekawiej nam się rozmawiało, kiedy Grzegorz z rodziną mieszkał w Kazimierzu nad Wisłą. Gadułą nie był. Wypowiadał zdania ascetyczne w formie, ale pełne treści. Jeździliśmy samotnie po okolicy, wąwozami, polami, po lasach, i w tych pięknych okolicznościach przyrody toczyliśmy rozmowy o życiu dwóch facetów w średnim wieku.

Wspominał pan, że na fotografiach z ostatniej sesji Grzegorz ma już inne oczy. Rok później te oczy się zamknęły…

Z niektórych zdjęć można odczytać więcej, niż z twarzy widzianej bezpośrednio. Wkraczamy jednak na obszar, który wymyka się słowom... Pojawia się wiele słów, ale każde z nich jest tylko protezą. To, co powiem teraz, też jest taką protezą. Czytam w tych zdjęciach inny rodzaj napięcia w spojrzeniu, wyraźnie inny od tego na wcześniejszych portretach. Tylko tyle i aż tyle. Zdjęcie, w przeciwieństwie do filmu, jest dwuwymiarową stop-klatką z życia, skanem konkretnego momentu. Zaś film to ruch, który jak dym przysłania detale pojedynczego obrazu. Wyjątkiem jest długie statyczne ujęcie filmowe. Niektóre zdjęcia mają szczegóły, które intrygują, zatrzymują uwagę i prowokują do rozmyślań nad całym obrazem. Każdy może znaleźć w takiej fotografii coś dla siebie, może wyczytać coś innego albo nic.

Pomyślał pan wtedy, że umiera przyjaciel?

Nie miałem takich myśli. Odczytałem jedynie sygnał niebywałego niepokoju. Tłumaczyłem to sobie rodzajem kreacji Grzegorza. Kilkanaście miesięcy później nowy kontekst prowokował do nowych interpretacji.

Jestem pewna, że wielu fanów patrzy na te fotografie i stwierdza, że Grzegorz jest piękny. Ale czy pan dostrzegł to piękno w Grzegorzu?

Zwykle nie patrzę na ludzi w kategoriach piękna zewnętrznego. Oczywiście, jeśli zauważam kobietę niezwykłej urody, to takie określenie pojawia się automatycznie. Jednak podczas fotografowania osobowości takich jak Grzegorz Ciechowski, szukam piękna w człowieku, a nie na powierzchni. Pomimo że utrwalam to, co widać, a widać zewnętrzność. Taki mały paradoks.

Był fotogeniczny?

Zdecydowanie tak. Akceptował siebie, akceptował swój wygląd, a fotogeniczność jest funkcją samoakceptacji. Podczas ostatniej sesji w 2000 roku momentami wydawać się mogło, że kreacje, jakie proponował Grzegorz, ocierają się o zachowania narcyza. Przeglądając potem cały materiał z sesji, pozbyłem się wątpliwości - była to zaplanowana gra, kolejna kreacja w katalogu wielu różnych obrazów jego osoby.

A podobno to zło jest fotogeniczne.

I to bardzo, ale to inny temat. Zło jest fotogeniczne z samego faktu, że jest. W przeciwnym razie nie cieszyłyby się tak dużą popularnością literatura kryminalna i kino epatujące przemocą. Świat jest pełny zła, a wielu fotografów rzuca się na nie, niczym sępy na padlinę. W studiu jesteśmy w innym świecie.

swietlik_andrzej3

To kapsuła bezpieczeństwa?

Zło jest poza studiem. Nie ma do niego wstępu.

Fotografia jest także przepisem na nieśmiertelność.

Znam też inną myśl, że fotografia jest właśnie zapisem śmiertelności. Ponieważ każdy moment, nawet utrwalony na fotografii, za chwilę umiera. Znalazłem kiedyś na targu staroci pocztówkowe zdjęcie dziewczynki ubranej w strój do pierwszej komunii, z gromnicą w dłoni, zrobione dość amatorsko w jakimś ciemnym mieszkaniu, ale wywołane w zakładzie fotograficznym. Przypuszczam, że pochodziło z lat 50. minionego stulecia. Zdjęcie czarno-białe, w białej rameczce obciętej w ząbki. Na dolnej, szerszej części ramki, nieporadnym stylem pisma zanotowane było pytanie: „Kto to jest?”. Znalazłem je kilkanaście lat temu. Tak więc zdjęcie, które mogło mieć raptem 40 lat, kiedy wyszło z domu rodzinnego dziewczynki i zabłądziło, trafiło w obce ręce, gdzie już znaczyło tylko tyle, co abstrakcyjny obrazek. Tym samym historia zapisana na fotografii przestała istnieć.

Przed pana obiektywem stawał Czesław Niemen, Kora, Adam Nowak, Grzegorz Ciechowski. Czy muzycy to wdzięczni modele?

Nie wiem, dlaczego miałbym wyróżniać akurat artystów muzyków. Wszyscy są wdzięcznymi modelami. Chociaż staram się nie nazywać osoby przeze mnie fotografowanej „modelem”. Czasami zamieniam je na słowo „bohater”. Wiem, że dla oglądających ma znaczenie czy patrzą na osobę rozpoznawalną, czy nieznaną. Dla mnie nie ma to większego znaczenia. Od kilkunastu lat nie oglądam telewizji, więc nie mam pojęcia, kto dziś jest znany, a kto nie.

Więc fotografowanie artysty nie różni się od fotografowania polityka?

A czy ja fotografuję polityków?

Zbigniewa Brzezińskiego chociażby.

Zbigniew Brzeziński jest humanistą w świecie polityki. Polityków fotografuję sporadycznie i to takich, których poglądy i zachowania udaje mi się zaakceptować. Natomiast fotografowanie polityka niczym szczególnym nie różni się od fotografowania artysty, proces komunikowania powinien mieć podobną intensywność.

Jaki klucz pracy artystycznej posiada Andrzej Świetlik?

Patentowy, lekko pozłacany.

Każdy marzy, aby Świetlik zrobił mu zdjęcie.

Naprawdę? Rzadko kiedy mówię „nie”. A jeśli już komuś odmawiam, to używam jakiegoś fortelu. Wciąż lubię portretować, dzięki czemu nadal spotykam i poznaję nowe osoby. Pani ze mną teraz też rozmawia dlatego, że istnieje fotografia. Fotografia to rozmowa. Chyba, że ktoś woli ciszę, wówczas fotografuje filiżanki, kwiaty czy kamienie.

Ile w tym sztuki, a ile rzemiosła?

Jak to zmierzyć, zważyć? Czym? Wiele doświadczeń za mną, ale tego nie potrafię. Ze słowem „sztuka” w opisywaniu fotografii warto być ostrożnym, tym bardziej, że definicja sztuki jest sprawą otwartą i na ogół czas weryfikuje prace artystów. Prawdziwe dzieła zapisuje na stałe do historii sztuki, a śmieci wymiata. Niekiedy trwale zapisuje się też fotografia. Myślę, że w przypadku fotografii bezpieczniej byłoby posłużyć się pojęciem „maniera” albo „styl”. A dobre rzemiosło zawsze było i nadal jest w cenie. Przed epoką cyfrową zazwyczaj wszystko robiłem sam, łącznie z obróbką laboratoryjną, od której dużo zależało.  

Jest pan artystą?

Bywam, na przykład w kontekście „Łodzi Kaliskiej”. Pracujemy w kilkuosobowym zespole w dość niekonwencjonalny sposób, nad każdym nowym pomysłem inaczej. Rezultaty często zaskakują nas samych.

A gdy ktoś chwali?

Wówczas czuję się lekko zażenowany.

A gdy mówi się „ten Andrzej Świetlik”?

Czuję się zażenowany do kwadratu.

Zdjęcia Grzegorza to ważny punkt w portfolio Andrzeja Świetlika?

Tak i bardzo ważny rozdział w moim życiu, nie tylko zawodowym.

Skończył pan już wszystkie modele samolotów z I wojny światowej?

Przerzuciłem się na nurkowanie głębinowe. Porzuciłem modelarstwo. Fotografii nie porzucę. Jest zbyt ważna.

 

Zdjęcia: Andrzej Świetlik

 

Andrzej Świetlik – fotograf, współzałożyciel artystycznej grupy „Łódź Kaliska”. Portrecista wielu wybitnych postaci, w tym Czesława Niemena, Jacka Kuronia oraz Ryszarda Kapuścińskiego. Przez kilkanaście lat fotografował Grzegorza Ciechowskiego. Efekty ich współpracy zebrane zostały w albumie „Grzegorz Ciechowski – Andrzej Świetlik”, który właśnie ukazał się na rynku.

REKLAMA
REKLAMA