REKLAMA
Anywhere logo

Reykjavík: Dobre praktyki

2016-12-15
...
Niecałe 120 tysięcy mieszkańców, a to stanowi prawie połowę ludności całego kraju. Reykjavík to jedno z najbardziej przytulnych miast strefy Schengen pomimo tego, że wieje tam, że głowę urywa. Mają kilka fajnych rzeczy, które każą tam spędzić chociaż jeden dzień.

Całe miasto można obejść wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia. Ale najlepiej zrobić to po wycieczce po okolicznych krajobrazowych cudach, by zrozumieć, że wszystko, od architektury po dekoracje w mieszkaniach, jest tu inspirowane wszechobecną naturą. 

Harpa

To jedna z kilku rzeczy, które zafascynowały mnie w Reykjavíku. Harpa Concert and Conference Center, siedziba islandzkiej opery i filharmonii, to architektoniczne cudo, wystające znad brzegu oceanu niczym skała. Obiekt stworzyły dwie firmy architektoniczne, Henning Larsen Architects z Danii i Batteríið Architects z Islandii, przy współpracy z duńsko-islandzkim artystą, Olafurem Eliassonem. Ten ostatni jest autorem koncepcji głównej fasady, która z daleka iskrzy się, ale ze smakiem. Eliasson słynie ze sztuki zaangażowanej w problemy ochrony środowiska, zaś od strony estetycznej – z nowatorskiej gry ze światłem. W Harpie widać i jedno, i drugie. Jej szklany gmach to mozaika brył przestrzennych, przypominających bazaltowe formacje skalne, które można zobaczyć na tzw. Black Sand Beach w Vík y Mýrdal, około 180 km od Reykjavíku. A może te bryły miały przypominać kryształy lodu?

rejkjawik3

Budynek robi wrażenie także od środka. Kolorowe, nakładające się na siebie szkła, rzucają cienie na ściany i podłogi, a sufit jest stworzony z małych luster, wykrojonych w podobne figury geometryczne. Przez gigantyczną szklaną ścianę można podziwiać – z jednej strony miasto, z drugiej otwarty ocean. Choć Harpa została oddana do użytku dopiero w 2011 roku, już stała się wizytówką miasta. Porusza wyobraźnię, także tych, którzy o współczesnej architekturze czy rzeźbie wielkiego pojęcia nie mają. Przyznać muszę, że to wzorowanie się na naturze, tak modne w „dizajnie”, nikomu tak dobrze nie wychodzi jak Islandczykom – w końcu mają na czym się wzorować.

Hallgrímskirjka

Katedra luterańska, najważniejszy kościół w Reykjavíku i znowu ciekawa bryła. Niby organy, niby bazalt, ewidentnie ulubiona skała wulkaniczna Islandczyków. Na wieżę wjeżdża winda, z siedemdziesięciu trzech metrów podziwiamy cały Reykjavík. Z góry widać, że stolica Islandii się nie wywyższa, budynki w różnych odcieniach szarości estetycznie dopasowują się do pochmurnego nieba, gdzieniegdzie przebijają żywe kolory murali czy zieleń trawnika na dachu. Byłam tam na początku października i jedną z frajd był szalejący wiatr. A przy zejściu z wieży można było poczytać o tym, jak na Islandii panowało chrześcijaństwo zanim ktokolwiek się tam osiedlił (we wczesnym średniowieczu przypływali tam irlandzcy pustelnicy) i jak kilka wieków później na dobre rozgościł się luteranizm.

rejkjawik1

Ulice i rozkosze podniebienia

Reykjavík wielkością przypomina mój rodzinny Olsztyn – dlatego przechadzając się ulicami, czułam się całkiem swojsko. Miasto nie za duże, nie za małe. Otwarte na Ocean Atlantycki, więc jest wszystko, czego człowiekowi potrzeba. Nadzwyczaj rzadko widuje się tu ludzi z psami na smyczy, za to co rusz samopas przechadzają się koty – domowe, bo w obróżkach. W jednym ze sklepów z pamiątkami wypatrzyłam koszulkę z rysunkiem przedstawiającym kocury wśród reykjavickiej zabudowy, z podpisem: „Cats rule the town”. Pomyślałam: „Tak, tak powinno wyglądać miasto!”. Jedynym minusem tamtejszej egzystencji musi być pogoda. Podczas mojej wizyty wiatr wiał z prędkością 50 km na godzinę. Choć i to było dość przyjemne. Wśród uroczych, nordyckich domków, wypatrzyłam jeden wyglądający na bardziej reprezentatywny. Taki mały dworek. Okazało się, że to islandzki parlament. I znowu brawa dla nich za zachowanie właściwych proporcji.

Jak ulice, to jedzenie uliczne. Trudno o cokolwiek innego, jeśli jest się turystą z Polski (choć turyści-blogerzy i -vlogerzy z całego świata zgodnie mówią o Islandii: drogo!). Pylsa, czyli hot dog, w wersji narodowego street foodu występuje z nieco inną kiełbaską, w tradycyjnej bułce. Do tego obowiązkowa cebula, sałatka ziemniaczana, musztarda i inne sosy. A jeśli, tak jak ja, jesteście niepoprawnymi czekoladoholikami, uważajcie na słowo „lakrís” na papierkach – to zwodnicza lukrecja. Dodają ją do wszystkiego. No, chyba że ktoś lubi. Jeśli zaś analiza pylsurów (liczba mnoga!) stanie się zbyt dogłębna i zachce się komuś szarpnąć na coś z wyższej półki (czytaj: zwyczajna restauracja), to można spróbować steku z walenia poprzedzonego przystawką z maskonura (taki ładny ptak, którego maskotkę można sobie kupić na pamiątkę). Jeśli ktoś lubi. Ja zadowoliłam się zupą z homara, wołowiną i skyrem – tamtejszym serkiem – na deser. A jeśli ktoś preferuje jeszcze bardziej odjechane klimaty, niech spróbuje specjalności o nazwie hakarl. To nic innego jak sfermentowany rekin. Nie jadłam, nie wypowiadam się. Są jeszcze czipsy z suszonej ryby – możecie kupić je w markecie i zaskoczyć znajomych. Znajomi mojego chłopaka spróbowali, a na „Chcecie jeszcze?” odpowiedzieli: „Może później”. Kot spałaszował z głośnym mlaskaniem. Ale to nie koniec kulinarnych przeżyć w Reykjavíku! Są jeszcze „ichnie” wypieki, tłuste i z cynamonem, zapewniające odpowiednią izolację ciała.

Na koniec, jeśli będziecie przechadzać się po tych hipsterskich ulicach z poczuciem, że jesteście wielce oryginalni, to nie zdziwcie się, gdy tu i ówdzie usłyszycie rodzimą mowę. Polacy pracujący na Islandii są jedną z głównych mniejszości, a polscy turyści skrzętnie korzystają z nowo otwartych połączeń lotniczych. Zawsze to miło.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA