REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Choroba nazywa się muzyka

2016-12-20
...
Nie pamiętam. Nie mogę sobie przypomnieć tego dnia. Ani pory roku, ani miesiąca. Miałam pewnie 15 lat i obsesyjnie słuchałam muzyki wyszukanej w Internecie. W moim mieście nie było sklepu z płytami, a rodzinna kolekcja winyli prezentowała się raczej ubogo. Zresztą nawet igła do gramofonu zdezerterowała i zaginęła w zakurzonych pudłach na strychu. Dźwięk czarnej płyty poznałam więc dopiero kilka lat później. Nie pamiętam jednak tego konkretnego dnia, a przecież zaważył on na późniejszych muzycznych wyborach. Dnia, w którym stałam się biało-czarna. Chwili, gdy po raz pierwszy usłyszałam Grzegorza Ciechowskiego.

Zaczęło się niewinnie i zupełnie bezpiecznie. Nie zapowiadało się na chorobę i całkowitą infekcję organizmu. Przeskakiwałam po różnych albumach, nie odróżniając Obywatela G.C. od Republiki. Gdzieś w tle mignęło zdjęcie Justyny Steczkowskiej, pewnie uznałam to za przypadek. Przeglądałam czarno-białe zdjęcia autorstwa Andrzeja Świetlika, o których kilka lat później miałam z nim rozmawiać. Jedna z tych fotografii do dziś widnieje na moim pulpicie.

Zakażenie nie ustępowało, przyszedł czas na poezję. „Moja choroba działa powoli/ jak afrykańska trucizna”, pisał Ciechowski w 1977 roku, a moja choroba nabrała tempa. Odkryłam, że Grzegorz Ciechowski to Obywatel G.C., to Grzegorz z Ciechowa, to Ewa Omernik. Obsesyjnie uczyłam się tekstów na pamięć, ubierałam się na biało-czarno. Czytałam Orwella, bo Grzegorz czytał. Wiadomo, klasyczny przypadek fanki. Grzywkę też miałam, ale inspirowaną bardziej hipisowskimi fryzurami, niż grzywką mojego idola. Choć tę także w Nim uwielbiałam.

Oczywiście, że oglądałam „Falę” Piotra Łazarkiewicza, będącą zapiskiem Jarocina ’85, na którym Republika zagrała legendarny koncert. Jasne, że we wszystkich antykwariatach szukałam tomiku „Wokół niej”. Bezskutecznie. Gdy na ustnej maturze z polskiego analizowałam teksty napisane przez Grzegorza, usłyszałam, że silę się na oryginalność i lepszym wyborem byłaby poezja z kanonu lektur obowiązkowych. Dla mnie nie było lepszego wyboru, lepszej poezji. Choroba stała się nieuleczalna.

To ona pcha mnie w grudniu na Powązki. Ta choroba zwala mnie czasem z nóg, gdy włączę dawno niesłyszany utwór. Objawia się przyjemnym skurczem, gdy ktoś przy mnie wymieni Jego nazwisko. Silną ekscytacją, gdy wchodzę do studia, w którym On na pewno był, lub rozmawiam z osobą, z którą tworzył. Bolesnym kłuciem w sercu, gdy zdaję sobie sprawę, że nigdy z Nim nie porozmawiam, nie zrobię wywiadu, nie poproszę o autograf. Zazdrością wobec tych, którzy mieli taką szansę.

W zaawansowanym stadium mojej choroby zaczynam zarażać. Chcę, żeby kolejne pokolenia poznawały Grzegorza Ciechowskiego. On nigdy nie trafił i nie trafi do lamusa. Stał się legendą, ikoną owianą kultem, mityczną jednostką, imperatorem polskiego rocka. A gdyby tak zdjąć tę zbroję z jego ramion i odstawić na bok bagaż sławy, poznamy poetę, ojca i przyjaciela. O takim Grzegorzu rozmawiałam z bohaterami tego wydania. W grudniu mija piętnaście lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego. O tym jaki był, jak pracował i co pozostawił rozmawiam z Brunem Ciechowskim, Andrzejem Świetlikiem oraz Przemysławem Wałczukiem. W ciągu kilku ostatnich miesięcy miałam okazję przyglądać się ich pracy nad albumem fotograficznym poświęconym Grzegorzowi. Dołożyłam do niego także swoją cegiełkę, a biało-czarna choroba zajęła każdą komórkę ciała.

Nie wyleczę się, nie chcę i nie umiem tego zrobić. Obyśmy mieli tylko takie choroby na świecie. Nie zabierałyby nam rodziców i przyjaciół. Nie byłoby 15. rocznic, pomników i pamiątek. Byłaby tylko muzyka, a ona przecież i tak jest nieśmiertelna.

 

REKLAMA