REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Paweł Rosak: Karmię się słońcem Andaluzji

2016-12-21
...
Wydaje się taki niepolski. Z kolorowym szalikiem wokół szyi, opalony, uśmiechnięty. W Warszawie lało, a on przyjechał na sesję zdjęciową w okularach przeciwsłonecznych. Na co dzień mieszka w Maladze, której klimat napędza go do życia i pisania piosenek. W Polsce ukazał się właśnie jego album w rytmach bossa novy. Paweł Rosak opowiada o pasji – do muzyki, ludzi i podróży.

Która z kochanek jest gorętsza – muzyka czy Andaluzja?

Obie mają taką samą temperaturę i każda zasługuje na peany. Posiadają wspólny mianownik – pasję. Muzyka wypełniona pasją to muzyka, która przemawia do duszy i powoduje, że wibrujemy. Muzyką Andaluzji jest flamenco, które jest kwintesencją pasji, ale według mnie także zapomnienia i medytacji. W spektaklu flamenco tancerze są w innym wymiarze. Nazywa się to „el duende” – to zwrot nieprzetłumaczalny, oznaczający rodzaj medytacji poprzez wejście w dźwięk i ruch. To dwa splecione ze sobą elementy, które mogą funkcjonować niezależnie – bo sama muzyka flamenco też się broni. Jednak spektakl flamenco to najbardziej zmysłowy pokaz, jaki można sobie wyobrazić. Dobra muzyka to taka, która rezonuje z tobą i twoją duszą, wywołuje cały wachlarz emocji.

Czym urzekła każda z tych kochanek?

Andaluzja wywołuje we mnie atawistyczne skojarzenia. Te związane z pełnią życia, samorealizacją, także z naturą w jej podstawowym ujęciu. W Andaluzji obcuję z morzem i górami, jestem częścią tego krajobrazu i czuję wręcz organiczny związek z naturą. To żadna eureka – wielu mistyków stawało się nimi kontemplując nad morzem. Tam dzieją się magiczne rzeczy.

pawel_rosak2

A muzyka? Bo chyba ona była pierwszą miłością.

Muzyka poruszała mnie od dziecka, wcześnie stała się moją pasją. Pierwszeństwo oddaję więc dźwiękom. Ale Andaluzja jest przepięknym dopełnieniem pasji związanej z muzyką – uosobieniem piękna.

Jaka jest twoja Hiszpania?

To moja przestrzeń, w której nie ma żadnych intruzów. Bardzo trudno znaleźć takie miejsce. Mieszkałem kilkanaście lat w Londynie. Wydawało mi się, że jestem mieszczuchem. Dopiero dzięki przestrzeni, którą znalazłem na południu Hiszpanii, okazało się, że to była iluzja. Teraz czuję się obco w dużym mieście, które odbieram jako sztuczny, zimny twór oderwany od natury. Może być piękny i fascynujący – jak chociażby Nowy Jork – ale jest tworem. Andaluzja, Toskania i Prowansja to moja prywatna trójca magicznych miejsc w Europie. Mają coś wspólnego – nie tylko klimat – mają duszę, która jest bliska naturze.

Musisz być blisko natury, żeby tworzyć?

To nie jest warunek konieczny, bo pisałem w różnych miejscach. Natomiast spokój i ukojenie znajduję tam, gdzie natura jest na pierwszym planie. Żeby opowiadać o świecie, trzeba smakować różnych miejsc. Ponieważ piszę teksty piosenek, staram się opisywać świat takim, jakim jest. A neurozy tych wielkich miast także są częścią świata. Remedium na liczne choroby są właśnie te moje oazy spokoju. W Andaluzji urzeka mnie równowaga między cywilizacją a prostotą i tradycją, która jest częścią codziennego życia, a nie materiałem do pokazywania turystom. Wspólny lunch z rodziną to świętość. Kultury północne tego nie kultywują – nie ma silnych więzi w rodzinie. Tego mi brakowało, takie wartości odnalazłem w Andaluzji.

Zalewa mnie właśnie fala goryczy i zazdrości, bo wyobrażam sobie, że pijesz rano kawę patrząc na morze.

I szczypię się. Jestem tam od wielu lat i do tej pory potrafię się uszczypnąć na potwierdzenie, że to nie sen. Faktycznie – bliskość morza mam na co dzień. Czasami ludzie pytają, czy można się do tego przyzwyczaić. Ale czy można przyzwyczaić się do piękna? Nie. Czasami trzeba zrobić przystanek i przypomnieć sobie o nim. Jednak piękno nie może się znudzić.

W czym się tam rozsmakowałeś?

To pełna paleta – od smaków duchowych do zmysłowych. Uwielbiam hiszpańską kuchnię, tapasy, całą kulturę jedzenia. Hiszpanie uwielbiają rozmawiać jedząc.

A u nas się mówi „Jak pies je, to nie szczeka”.

Tam nie ma barier, ludzie potrzebują się wygadać i robią to bez oporów. Wszystko jest przegadane, zagryzione tapasem i popite sangrią. Urzeka mnie tamtejszy egalitaryzm. W barach spotykasz wszystkich – prawników, artystów i robotników.

Zróbmy krótką podróż po krajach, w których mieszkałeś, aż do momentu osiedlenia się w Maladze.

Zaczęło się od Polski. Dzieciństwo spędziłem w Warszawie, a po którymś wyjeździe na Wyspy, po prostu tam zostałem. Pomieszkiwałem w Londynie i Cambridge, później w Szwajcarii we francuskojęzycznej części, która także była fascynująca. Tam nagrałem pierwszy singiel. Później podróżowałem do południowej Kalifornii, do Los Angeles. Te pobyty były tak długie, że można je zaliczyć do mieszkania w Stanach. Aż w końcu osiedliłem się na południu Hiszpanii. Dobrze odnajduję się w słonecznych miejscach, energia słoneczna mnie napędza.

pawel_rosak3

Osiedliłeś się w Maladze na stałe, ale przecież „Love is a traveller”.

W naszym świecie nie ma nic stałego. Jesteśmy podróżnikami i musimy akceptować zmiany, które przynosi życie. Do niczego nie powinniśmy się za bardzo przywiązywać. Wyobrażam sobie długie lata w miejscu, w którym jestem teraz. Tekst do „Love is a traveller” także napisałem w Andaluzji, tak jak zresztą większość tekstów na ostatniej płycie.

Przyjeżdżasz do Polski i pierwsze co robisz, to zakładasz ciepłe skarpetki?

To zależy od pory roku. (śmiech) Pogoda w Polsce często zaskakuje, także pozytywnie. Latem jest pięknie i zielono, ale aura późnojesienna i zimowa w ogóle mi nie sprzyja.

Czy w Hiszpanii masz w ogóle coś takiego, jak skarpetki?

W Andaluzji temperatura zimą potrafi w nocy spaść poniżej 10 stopni na plusie, w ciągu dnia jest około 18 stopni. Amplituda jest więc spora. Co ciekawe, Hiszpanie nie grzeją w domach, tylko cieplej się ubierają. Siedzą w domach przy otwartych drzwiach w ciepłych kurtkach. Nie ma centralnego ogrzewania.

Gdy spotkaliśmy się w studiu radiowej Trójki, powiedziałeś, że jesteś w domu.

To jeden z moich domów i zawsze tak będzie. Przypominam sobie wielki hit Paula Younga „Wherever I Lay My Hat (Thats My Home)”. Może coś w tym jest – gdy człowiek przemieszcza się po świecie, to właściwie mógłby funkcjonować wszędzie. I Trójka jest takim domem, od dwudziestu paru lat odwiedzam stację i jestem tam regularnie zapraszany, mam tam przyjaciół.

Miałeś świetny pretekst do odwiedzin, bo przyjechałeś z nową płytą.

Każda płyta jest remanentem – podliczeniem tego, gdzie i kim się jest. Jest zamknięciem i podsumowaniem jakiegoś etapu. Na tej płycie jest dużo podróży – bo przecież „Love is a traveller”. Powstawała dosyć długo, bo mam wobec siebie spore wymagania. Wiele piosenek nie było wartych tego, by je upubliczniać. Każda piosenka, która ostatecznie zalazła się na tej płycie, jest dla mnie ważna. Opowiada o czymś, co było i wciąż jest istotne.

Czym jest bossa nova?

Przeczytałem kiedyś ciekawą definicję: „Bossa nova to taka samba, ale spowolniona i zrelaksowana. Czasami też trochę melancholijna”. Coś w tym jest. Samba to żywioł, to radość. A bossa nova jest pełna zadumy, ale wciąż jest ciepła, lekka i zmysłowa. Pulsuje wolnym rytmem i roztacza magię.

Ta plejada gwiazd wydaje się niemożliwa do zebrania na jednym albumie!

Czuję się niesamowicie uprzywilejowany i szczęśliwy, że w mojej podróży przez życie poznałem tylu niesamowitych ludzi. W większości nie były to tymczasowe spotkania muzyczne, a znaczna część przerodziła się w autentyczne relacje trwające lata, a nawet dekady. To były nietuzinkowe postaci. W show biznesie nie wszyscy zasługują na specjalną uwagę, ja trafiałem na prawdziwych artystów. Na mojej płycie pojawiła się legenda bossa novy – Oscar Castro Neves. Zamysł był taki, że zrobimy razem całą płytę. Oscar jednak niestety zmarł w trakcie realizowania projektu. Płyta jest zadedykowana między innymi właśnie jemu. Na albumie pojawia się także cała reszta wybitnych postaci – wirtuoz saksofonu Gary Meek z Kalifornii, mój przyjaciel gitarzysta z Londynu Hugh Burns, Anna Maria Jopek czy Lulo Perez z Kuby i Miami.

pawel_rosak1

Zaufałeś jednak również polskim muzykom, bo na płycie gra znakomity perkusista Michał Dąbrówka.

Z Michałem łączą mnie więzi nie tylko muzyczne, ale i przyjaźń. Szanuję go jako muzyka i człowieka. To nie przypadek, że zaprosiłem właśnie jego. Podobnie jak basistę Roberta Kubiszyna. Niesamowite jest to, że na płycie zagrali ludzie z różnych kultur, a ona pozostała tak spójna.

Na tej płycie nie ma złego momentu. Jest zmysłowa i eteryczna. Czy w pewnym wieku mężczyzna dojrzewa do takiej subtelności?

To także kwestia indywidualnej wrażliwości. To, co dla ciebie i dla mnie jest zmysłowe, dla innego już takie być nie musi. Sprowadzić to można jednak do wrażliwości. Zawsze wierzyłem, że mówienie prawdy w muzyce rezonuje u innych. Bo to też opowieść słuchaczy, którzy poczują to samo, co autor. O to chodzi w muzyce.

Jak odnajdujesz się wokalnie?

Zaczęło się od tego, jak to zwykle bywa, że nie było komu śpiewać. (śmiech) Ale kiedy Ben E. King – legenda amerykańskiego soulu – powiedział, że fajnie śpiewam, pomyślałem, że może coś w tym jest. Zacząłem to traktować serio.

Ty się w tym wokalu uśmiechasz.

Miałem taką radość nagrywając tę płytę, że to pewnie słychać w moim głosie. Radość wynikała także z tego, że byłem sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Realizowałem swoją wizję, nikt nie zaglądał mi przez ramię. Piosenka wymaga ubrania, czyli aranżu – i nikt mi nie dyktował, jak mam tę piosenkę ubrać.

Płyta nosi tytuł „Who knows”. Na jakie pytanie odpowiada?

Pierwszy, roboczy tytuł tego albumu brzmiał „Mysteries of the heart”. Był całkiem trafny, bo to płyta o życiu wewnętrznym. Jednak coś mnie tknęło i zastanowiłem się: „Czy to nie aby zbyt proste?”. Zadaję na tej płycie wiele pytań, na które nie ma odpowiedzi. Samo zadanie pytania także jest wartością. A to, że nic w życiu nie jest pewne, to oczywistość. Dlatego „Who knows” jest lepszym tytułem, obejmującym te wszystkie pytania. 

Wrócisz kiedyś do Polski?

Who knows…

 

Zdjęcia: Edyta Bartkiewicz

 

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA