REKLAMA
Anywhere logo

Z małego Przemyśla nad nieco większy Londyn – śladami polskich lotników w Wielkiej Brytanii

2016-12-28
...

W 2002 roku odebrałem z Instytutu Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego upragniony dyplom uprawniający do wykładania języka angielskiego na uczelniach wyższych. Chociaż kończyłem kierunek nauczycielski, zdołałem namówić swoją promotor na temat pracy magisterskiej nieco odbiegający od „fascynującej” metodyki. O czym chciałem pisać? O samolotach, oczywiście... Na początku usłyszałem, że nie jest to przecież politechnika. Jednak po przekonaniu pani profesor, że istnieje dużo materiałów na temat slangu lotniczego w języku angielskim, wszystko poszło gładko. Pisząc swoją pracę, chichotałem z satysfakcją, bo jak zwykle udało mi się dopiąć swego dzięki zamiłowaniu do latania. Tym razem, zamiast wykazać się znajomością nieraz głupkowatych teorii na temat nauczania obcego języka, siedziałem obłożony ulubionymi angielskojęzycznymi wydawnictwami, wyławiając z nich perełki językowe związane z lotnictwem.

1-LPC

Typowy krajobraz hrabstwa Essex – w połowie grudnia śniegu ani śladu

Po otrzymaniu dyplomu moje życie zawodowe poważnie miało się zmienić. To był czas masowej już emigracji na Zachód tych, którzy chcieli osiągnąć coś więcej, niż pozwalały na to polskie warunki. Na uprzywilejowanej pozycji byli oczywiście angliści. Z tego powodu brakowało ich w Polsce, co bezlitośnie wykorzystywały niektóre „szkoły językowe”, oferując kursy na żenującym poziomie, ale za bardzo wysokie stawki. 

Ja jednak, przyzwyczajony do mikroskopijnej wielkości Przemyśla i obawiając się wyjazdu na stałe do dużego miasta „wylądowałem” jako nauczyciel w szkołach podstawowych i średnich. O dużej ilości planowanych wcześniej tłumaczeń musiałem zapomnieć – nie było na nie specjalnego zapotrzebowania, a często też zlecający nie zwracali uwagi na ich jakość. Poza tym, po paru latach belfrowania praca zaczęła być coraz mniej ciekawa – no i te zarobki... Zdecydowałem się wyjechać z Przemyśla, ale jak już opuszczać rodzinne miasto, to dlaczego nie wyskoczyć właśnie za granicę? Okolice Londynu były logicznym wyborem z uwagi na dobre połączenie lotnicze z Rzeszowa do Stansted. Tak znalazłem się w Harlow, gdzie dość szybko podjąłem pracę w prywatnej firmie. Zaczynałem od najprostszych rzeczy – moje wykształcenie z Polski nie miało wpływu na wynagrodzenie. Ale oczywiście znajomość języka była bardzo pomocna w zdobywaniu fachowej wiedzy, a ta przełożyła się na kilkukrotne podwyżki i awanse na inne stanowiska. Poza tym, szybko przeniknąłem do środowiska swoich angielskich kumpli, co oznaczało częstą grę w karty z nimi w czasie przerw obiadowych, wzajemne obrażanie swoich nacji (z wykorzystaniem angielskiego sarkazmu i zachowaniem umiaru, naturalnie) czy rozwiązywanie krzyżówek.

2-LPC

Tablica przyrządów zabytkowego Pipera PA-28 R-200

Wolnego czasu starałem się nie marnować tym bardziej, że podróżowanie po Wyspach nie jest drogie, zwłaszcza jeśli korzysta się z autostopu. Po mojej kolejnej wyprawie do lotniczego muzeum czy na pobliskie lotnisko aeroklubowe w North Weald, do szefostwa musiało dotrzeć to, że uwielbiam samoloty. Niedługo po tym jedna z sekretarek w pracy pogroziła mi palcem i z surową miną kazała zgłosić się do biura szefa. Paul siedział przy komputerze, ale monitor był czarny. Pomyślałem wtedy, że jednak chyba coś zawaliłem i zaraz to zobaczę. Szef dotknął myszki. Pojawiło się zdjęcie... zgrabnej awionetki, a na pytanie, czy wiem, co to za typ, odpowiedziałem, że wygląda jak Piper. Bo to był Piper... Paul zapytał wtedy, gdzie chcę z nim lecieć. Northolt było wykluczone - jest tam czynne lotnisko wojskowe, ale przedmieścia Londynu i muzeum w Duxford, będące jednocześnie lotniskiem dla maszyn cywilnych, były w zasięgu ręki.

Po dwóch długich tygodniach czekania na pogodę pojechaliśmy na lotnisko Panshanger, jedno z używanych przez polskich lotników w czasie ostatniej wojny. Olbrzymi hangar groził już chyba zawaleniem i dlatego liczne samoloty, wszystkie prywatne, stały na zewnątrz. W czasie przygotowania samolotu do startu nie do końca wierzyłem jeszcze, że to wszystko działo się naprawdę. Bałem się, że Paul stwierdzi: „To był żart”, że nadciągnie burza lub czarnoskóry ochroniarz powie: „Proszę uprzejmie niczego nie dotykać, a tak w ogóle to wynocha z mojego lotniska”. Ale nic takiego się nie stało. Po instrukcji zachowania się w sytuacjach awaryjnych wystartowaliśmy. Moim zadaniem, oprócz fotografowania (dwoma aparatami) było obserwowanie ruchu maszyn pasażerskich w rejonie brytyjskiej stolicy i meldowanie o tych znajdujących się najbliżej. Poczułem się wtedy, dosłownie, jak jeden z naszych pilotów przepędzających w 1940 r. znad Anglii nieprzyjacielskie bombowce...

 11-LPC

Nasz Piper PA-28 R-200 N9325N (ma rejestrację amerykańską) i inne prywatne samoloty. Ta wersja Pipera ma węższy kadłub (w kabinie jest dość ciasno), ale dzięki temu i chowanemu podwoziu prędkość przelotowa jest większa, a zużycie paliwa znacznie mniejsze

Na wlot w przestrzeń Londynu trzeba uzyskać specjalne pozwolenie. Naturalnie, ściśle zabronione jest latanie nad samym centrum, a konfrontacji z parą dyżurnych myśliwców nie chciałby nikt o zdrowych zmysłach. Jednak z punktu, do którego wolno nam było dolecieć widać było wszystko jak na dłoni, tym bardziej, że byliśmy dużo niżej i lecieliśmy znacznie wolniej niż samoloty komunikacyjne. Po drodze widać już było smog i chmury nad stolicą, a to było właśnie to, czego oczekiwałem. Podziwialiśmy niesamowitą grę świateł – promienie słoneczne na przemian przebijające się przez chmury, niknące w nich, odbijające się w lakierze samolotu i w Tamizie. W wyznaczonym rejonie byliśmy krótko, żeby za bardzo nie „drażnić” cywilnych i wojskowych kontrolerów ruchu lotniczego nad Londynem.

Następnie byliśmy jeszcze nad Harlow i lotniskiem w North Weald, bazą 304 Dywizjonu Bombowego. W docelowym Duxford dowiedziałem się, że lot był w pewnym sensie opłacony przez królową brytyjską, bo samolot służył jako środek transportu, na przykład w dotarciu na negocjacje biznesowe i eksploatację po prostu wrzucało się w koszty. Jeszcze przed lądowaniem musieliśmy chwilę krążyć, żeby ustąpić miejsca jakiejś innej maszynie. Nie byle jakiej – nad pasem szalał najprawdziwszy w świecie Spitfire!

Także w Duxford powoli zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że będąc zwykłym emigrantem zarobkowym z Polski – a tych nie zawsze się szanuje – udało mi się coś, o czym w zasadzie nawet nie za bardzo mogłem marzyć. Lot nowym typem samolotu, w obcym kraju, nie jako pasażer jakiejś komercyjnej linii, ale maszyną służbową, całkowicie gratis i na fotelu drugiego pilota... Tego uczucia nie zakłócił nawet komiczny incydent po opuszczeniu przez nas Pipera. Załogi schodzące z pasa i udające się do hangarów obowiązują żółte kamizelki odblaskowe. Nie zdjąłem swojej przed wejściem do kawiarenki po to, żeby wszyscy widzieli, że do muzeum nie dostałem się samochodem czy autobusem jak większość turystów. Dopiero po jakimś czasie zauważyłem podejrzanie znajome logo na mojej kamizelce – znaczek jednej z sieci supermarketów, w jakiej się zaopatrywałem w bynajmniej nie najdroższą żywność. Zamiast więc zachwytu ze spotkania z nieustraszonym lotnikiem, spotkały mnie raczej obojętne spojrzenia innych zwiedzających muzeum. Jednak nie przyszło mi nawet do głowy, żeby robić szefowi wymówki za tę wpadkę z kamizelką – w końcu bilans strat i zysków tego dnia był dla mnie zdecydowanie na korzyść tych drugich.

 

Tekst: Przemysław Chorążykiewicz

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA