REKLAMA
Anywhere logo

Będę starzała się bez żadnej godności

2016-12-29
...
Znana jest Polakom jako „Dziewczyna Misia”. I pewnie bez jej sugestywnej roli Oli kobiety w Polsce nie mówiłyby na swoich mężczyzn „Misiu”. Krystyna Podleska to aktorka filmowa i teatralna, posiadająca niezwykłą historię życia. Spotkałyśmy się latem przy okazji premiery jej książki wywiadu-rzeki z Klaudią Iwanicką.

Nie wszyscy wiedzą, że ma pani taką ciekawą historię. Zacznijmy od korzeni.

Opowiadając o swoim życiu Klaudii Iwanickiej, sama po drodze dowiadywałam się wielu rzeczy. Teraz już mogę powiedzieć, że ułożyłam całe puzzle. Moi rodzice to dwoje ludzi z zupełnie różnych środowisk. Moja matka była pół-Polką, pół-Niemką. Moi dziadkowie od strony matki rozstali się i dziadek został w Polsce, a babcia wróciła do Niemiec, skąd pochodziła. Zabrała ze sobą dzieci. Moja mama od piątego roku życia wychowywała się w Niemczech. Tata z kolei urodził się na Uralu, w głębi Rosji, bo jego ojciec był tam dyrektorem wielkiej firmy francuskiej produkującej piece. Potem nadeszła rewolucja i musieli uciekać. Ojciec miał wtedy cztery lata. Wylądowali w Warszawie, gdzie mój tata się wychował. Tak się jednak złożyło, że rodzice poznali się w Londynie podczas wojny. W związku z tym ja przyszłam na świat właśnie w Londynie. Nie będę zdradzać, co się z nimi działo po drodze, bo to wszystko przeczytacie w książce.

podleska_krystyna3

Jako dziecko Polonusów czuła się pani kimś obcym? Ani Angielka, ani Polka?

Nie mówiłam po angielsku dopóki nie poszłam do szkoły. Miałam pięć lat, gdy zaczęłam edukację i nie dość, że pierwsze dni w szkole to zawsze lekka trauma, pamiętam, że nie rozumiałam, co do mnie mówią. Oczywiście bardzo szybko nauczyłam się angielskiego. Wychowywała mnie kochana pani Gebethner, która pochodziła z dobrego warszawskiego domu z tradycjami. To słynne przedwojenne wydawnictwo Gebethner i Wolff to właśnie jej rodzina. Ona nigdy by nie była nianią, gdyby nie wojna. Przyszła do naszego domu jako lokator i została nianią. Przelała w nas, mnie, roczne dziecko, i moją czteroletnią siostrę, całą swoją miłość do ojczyzny. Byłam taką patriotką, chociaż długo nie wiedziałam, do jakiego kraju tęsknię. Chodziłam oczywiście do harcerstwa, w soboty do polskiej szkoły, należałam do zespołu polskiego tańca, ale Polskę zobaczyłam dopiero, gdy miałam dziesięć lat. Przyjechaliśmy tam w 1958 roku, mój tata nie widział swojej mamy dziewiętnaście lat.

Myśląc o emigracji pani rodziny nie sposób nie pomyśleć o dzisiejszej imigracji Polaków na Wyspy Brytyjskie. Zdaje się, że pani spędziła swoją emigrację w ciekawszych czasach, choć tak naprawdę każdy ma swoją historię.

Każdy, kto odrywa się od własnego otoczenia, własnego kraju, ma trudną historię. Ale w wypadku pokolenia moich rodziców to nie był ich wybór. To byli ludzie, którzy absolutnie nie chcieli wracać do komunistycznej Polski, no i na ogół nie mogli. To byli AK-owcy, żołnierze Andersa – personae non grata.

Słyszała pani o Muzeum Emigracji w Gdyni? Przedstawia historie emigracji wszystkich Polaków na przestrzeni stuleci.

Nie słyszałam! To trzeba się tam zgłosić (śmiech). Ale tam jest też o emigracji w czasie rozbiorów. 

O całej historii polskiej emigracji. Podobno polskich emigrantów na świecie liczy się w milionach.

Dziś też wyjeżdżają. Rzeczywiście, mnie też bardzo boli to, że w Polsce ludzie zarabiają za mało pieniędzy. Są zmuszeni zarabiać w państwach zachodnich. To nie do pomyślenia, że młody człowiek po studiach może zarabiać jakieś 1500 złotych. To powinno się zmienić. Nie jestem komunistką, ale coś tu jest nie tak.

Pani w Wielkiej Brytanii obracała się w artystycznym świecie. Nie we wszystkich środowiskach polonijnych jest tak kolorowo. Mówi się nawet, że za granicą najlepiej nie zadawać się z Polakami.

Myślę, że środowiska artystyczne wszędzie są mniej więcej takie same. Artyści mają pewien pogląd na świat. Nie wiem, jak można nie odnajdywać radości w towarzystwie swoich rodaków. Moi rodzice bardzo dobrze zaaklimatyzowali się w Londynie – „When in Rome...”. Ale to jest siła wyższa! Ten sam język, ta sama kultura... Nie wiem, dlaczego niektórzy rodacy za granicą nie lgną do siebie.

Pani droga do aktorstwa? Na początku chciała być pani baletnicą.

Tak. Na początku moja mama zapisała mnie i siostrę do lokalnej szkółki baletowej. Chciała, żebyśmy nauczyły się ładnie ruszać. Moja siostra się w tym nie odnalazła, ale okazało się, że ja mam w tym kierunku predyspozycje. Zasugerowano, żebym z tej szkółki zdała do szkoły baletowej. Trafiłam tam, ale po drodze mnie... no... wywalili. Każdy wiedział, że kariera baletnicy zależy od tego, jak cię postrzegali. Ja ładnie tańczyłam, ale nie nadawałam się do tego rygoru. To nie byłam ja.

Aktorstwo dawało więcej swobody?

O tak, zdecydowanie. Oczywiście, że aktor też musi mieć technikę, móc powiedzieć długą frazę, nie biorąc wdechu, ale to nic w porównaniu z tą męczącą, ogromnie wymagającą dyscypliną baletu. Taniec bez przerwy trzeba ćwiczyć. Nie wiem, który aktor tak cały czas ćwiczy, na pewno nie ja.

Co w pani zostało z tego baletu? Zamiłowanie do sportu?

Miałam zawsze w sobie wielką miłość do sportu, po rodzicach, którzy byli bardzo aktywni. Tylko że w szkole baletowej nie za bardzo pozwalali nam uprawiać inne sporty.

Żeby mięśnie się nie rozrosły?

Tak, i żeby nie narażać się na kontuzje. Bardzo brakowało mi sportu. Lubiłam być wygimnastykowana, zrobić szpagat... Teraz myślę, że może powinnam była pójść w akrobację. Byłam najlepsza w gimnastyce.

Ma pani do dzisiaj szpagat?

Z przykrością muszę stwierdzić, że nie. Staram się, ćwiczę, robię co mogę, ale ja już nie mam tej sprawności. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Pamiętam, że w Londynie bywała Loda Halama, znana tancerka. Jak się ją spotkało gdzieś na przyjęciu, to uniosła nogę do góry, zrobiła szpagat... Była zjawiskowa. Ona miała dużo mężów, może nawet więcej niż ja. Kiedyś podeszła do mnie, a była już po paru drinkach, i powiedziała, że jak umrze to chciałaby mieć napisane na nagrobku: „Loda née Halama, wszystkie imiona mężów i podpis: <Umarła znudzona>”. To zrobiło na mnie wielkie wrażenie, bo miałam wtedy dopiero osiemnaście lat. Było mi dane poznawać właśnie takie osobowości.

podleska_krystyna2

Chciałam spytać o pani ambicje aktorskie. Grała pani w „Barwach ochronnych” Zanussiego, u Skolimowskiego, tu i tam, ale wszyscy znają panią z „Misia”.

Tak już jest. Ale dzięki Bogu, że tak jest, bo inaczej by mnie nikt nie znał. Bardzo dużo zawdzięczam „Misiowi”. To jest łut szczęścia, bo jednak zdaję sobie sprawę, że nie jestem Meryl Streep i nie byłabym znana za wybitne aktorstwo. Poza tym nigdy nie byłam skoncentrowana, zawzięta, nie dążyłam za wszelką cenę do celu. Raczej byłam dosyć uległa, nie było w mojej naturze walczyć o role. Faktycznie nie zaznałam wielkiej kariery, tak się stało i jestem za to bardzo wdzięczna. Wiem też, że moja rozpoznawalność to nie jest jakaś moja duża zasługa, tylko zasługa tego, że ten film jest tak lubiany i popularny, bo jest na pewien temat. Ludzie z tej tragedii, z tych lat niewoli, potrzebowali się po prostu śmiać. To nie były ciekawe czasy.

Tak, wiem, bo urodziłam się w 1988 roku i przeżyłam rok komunizmu.

O! I jak to odebrałaś? (śmiech) Ja też znam komunizm głównie z opowieści, bo miałam to szczęście, że do Polski tylko przyjeżdżałam, ale miałam paszport w kieszeni i zawsze mogłam wyjechać.

Dlaczego mówi pani, że nie zrobiła kariery?

Do dzisiaj gram w teatrze. Mój monodram „Mój boski rozwód” cały czas się ludziom podoba. To mi daje wewnętrzną satysfakcję, ale nie robi ze mnie wielkiej gwiazdy. Zresztą nigdy nie chciałam nią być. Nie wiem, może jestem za leniwa, żeby bez przerwy się gdzieś pokazywać, prezentować pewien wizerunek, który nie jest prawdziwy, tylko kreowany przez media – to nie jest mój styl.

Ale ludzie lubią autentyczność u innych.

Ale skąd mają wiedzieć, co jest prawdą, a co nie? Wiem, musi być jakiś element mitu wokół aktora. Nie tylko aktora. Myślę, że artyści i artystki we wszystkich branżach balansują pomiędzy twórczością a komercją. To trudne znaleźć tę linię, żeby nie zatracić samego siebie. Z drugiej strony jak uparcie stoisz przy „nie-komercji”, to ludzie powiedzą ci „Dziękuję”.

Są rzeczy wysokoartystyczne, które się ostaną?

To są dwa światy, które trudno rozłączyć, a w dzisiejszych czasach one muszą być do pewnego stopnia złączone. To zależy, do jakiego stopnia człowiek sobie na to pozwoli. Myślę, że każdy artysta trochę walczy z komercją. Dziś już nie można robić sobie a muzom. Sztuka nie jest silnie sponsorowana. Nie można wystawić czegoś, na co nikt nie pójdzie. Pod tym względem trzeba się podporządkować gustom publiczności. A ponieważ chce się zarobić jak najwięcej pieniędzy, to tę poprzeczkę się obniża, żeby jak najwięcej się podobało. Nic na to nie poradzisz.

Zły pieniądz wypiera dobry.

Ja nie mam przeciwko komercyjnej sztuce – uważam, że powinno być to, i to. Ale wszystkiemu, co nie jest mainstream, jest trudno.

Komedia jest bardziej mainstream?

To zależy, bo może być bardziej awangardowa albo bardziej frywolna, ale chyba jednak komedia jest bardziej lubiana w dzisiejszych czasach. Bez przerwy słyszę: „Pójść do teatru odprężyć się”. Mówią, że nie chcą oglądać dramatów, bo życie jest wystarczająco ciężkie. Może młodzi ludzie mają inaczej. Ja w młodości byłam awanturnicza i zawsze wolałam rzeczy offowe. 

A w pracy? Każdy aktor zawsze czeka na wielką rolę dramatyczną, a u pani odkryto właśnie wielki talent komediowy. To źle?

To zależy też od tego, jak człowiek wygląda. Ja nie mam klasycznej urody, mam zadarty nos, więc już w samym wyglądzie jestem raczej komediowa. Ja oczywiście bardzo się buntowałam i chciałam być dramatyczna, co było absurdem. Chociaż niektórzy mówią, że trudniej jest zagrać dobrą rolę komediową.

Zagrała pani też odważne rozbierane sceny. To było trudne?

Myślę, że w dzisiejszych czasach – bądźmy szczerzy – nagość oglądamy wszędzie. Panie na billboardach, na plaży kobiety opalają się topless... To jest przykre, bo jak byłam młoda, ta tajemnica jeszcze istniała i to było dosyć podniecające. Dzisiaj nie ma już żadnych tajemnic. Wtedy, gdy byłam młodą aktorką, akurat zaczęła się na to moda. Każda aktorka wiedziała, że jeśli chce grać w filmach, prawie za każdym razem będzie miała scenę rozbieraną. Mnie akurat balet nauczył jakiejś takiej miłości do własnego ciała. Na szczęście byłam wychowana przez zupełnie niepruderyjnych ludzi, więc w ogóle nie miałam z tym problemu. Nigdy za to nie grałam w scenie erotycznej. Do dziś się zastanawiam, jak aktorki potrafią grać takie sugestywne sceny. To już jest coś innego. Ja tylko grzecznie leżałam albo stawałam, albo byłam pod prysznicem. Na szczęście nikt z mojej rodziny mnie za to nie krytykował. Wszyscy wiedzą, że nie jestem osobą wulgarną czy lubieżną. Robię to, czego scena wymaga i tyle. 

podleska_krystyna

Podobno na planie „Misia” wcale nie było pani do śmiechu. Jak to?

Wydaje mi się, że to dlatego, że oni [Tym i Bareja – przyp. red.] zatrudnili dużo swoich kolegów i razem mogli sobie pozwolić na jakieś żarty. Mnie albo akurat wtedy nie było, bo dojeżdżałam na sceny, albo czułam się onieśmielona. Nie byłam na poziomie kolegowania się, więc ostrożnie podchodziłam do tego, co mi każą. Poza tym mój dowcip nie dorównywał ich dowcipom, więc nie pozwalałam sobie na za dużo.

Nie było miejsca na improwizację?

Nie było czego dodawać, bo oni napisali to tak dobrze. Nie wiem, jak reszta kolegów, bo przecież ja miałam prawie zawsze sceny z Tymem. 

No i chyba nie powie pani, że on jest srogi.

Ja się go trochę bałam. Angażowałam się. Co z tego, że trochę spóźniałam się na plan, czasami. Ale to w ogóle były inne czasy! Pamiętam, że wtedy w Warszawie było zimno. 

Ale miała pani swój kożuch!

Miałam swój kożuch. Było mnóstwo plenerowych scen i każdy chciał zagrać i jak najszybciej się ogrzać. Ja to traktowałam naprawdę poważnie! Podobno właśnie komicy to strasznie poważni ludzie.

Tak słyszałam.

Ale ja nie jestem chyba poważnym człowiekiem. Nie jestem też wielkim komikiem jak... teraz myślę, kto z polskich aktorów jest komikiem. Chociaż są aktorzy bardziej komediowi, to nie ma ściśle określonych komików.

Może to przez tradycję szkoły dramatycznej?

Nie było tego genre przez bardzo długo. Teraz w Polsce gra się farsy, ale one man show jest dopiero od niedawna.

W Polsce natomiast mamy długą tradycję kabaretu, zupełnie inną od stand-upów amerykańskich.

To prawda, ale czy ci artyści kabaretowi uważani są za aktorów? W Anglii nie było tego podziału aktor-komik. Komików uważało się za aktorów. 

Mnie się ten podział nie podoba.

Mnie też nie i pewnie dlatego tak długo miałam kompleks. Chciałam być uważana za aktorkę dramatyczną, a brali mnie za aktorkę komediową. 

Polscy aktorzy są przesiąknięci powagą?

Dramatyzmem. A ci, którzy grają w kabarecie, to co są? Nawiasem mówiąc, współczesne kabarety nie do końca mi się podobają. Wdziera się do nich kicz. I znowu, mówimy o komercji, o tym, że chcemy, żeby coś się podobało jak najszerszej publiczności. Chociaż czasem zastanawiam się, czy to faktycznie prawda. Czy większości tak naprawdę podobają się kiepskie rzeczy? Może powinniśmy używać jakichś mierników gustu.

Pewnie zawsze tak będzie. No ale przecież „Miś” zdobył taką popularność. A do tego zawsze będziemy mieć w społeczeństwie wybitne jednostki.

W moim pokoleniu tych wybitnych było naprawdę dużo. Nie wierzę, że tylko złe rzeczy zwyciężają. Obejrzenie wartościowego filmu jest przecież głębokim przeżyciem.

Co pani sądzi o sytuacji aktorek w „pewnym wieku” – po 50, 60?

To trochę oczywiste, ale tak już jest, że ciekawsze tematy dotyczą młodszych ludzi. Starość nie jest taka ciekawa do oglądania, bo wiadomo, czym się kończy. Dlatego jest dużo większy popyt na oglądanie aktorów, u których jeszcze jest uroda. Dramaturdzy też piszą więcej ról dla młodych ludzi. Może ich historia jest ciekawsza, bo można opisać historie, które jeszcze przeżywają, będą przeżywać – jest jakaś mobilność. Stary człowiek jest bardziej statyczny. Jest więc dużo mniej ról. Ponieważ jest ich mniej, zawęża się pole starszych aktorów, których można zatrudnić. Wiadomo, że kobiety po menopauzie nie czują się już takie pożądane. Może niektóre już same nie chcą być oglądane? Są też takie aktorki, które nie są próżne. Może zabiją mnie koleżanki, ale aktorki są raczej próżne. To trudne dla pięknej aktorki, do której każdy wzdychał, pokazywać się jako... stara baba. Oczywiście aktorstwo powinno być głębsze. Choć znowu, w śpiewaniu operowym czy w balecie starsze artystki nawet nie mogą w pewnym wieku występować. Wiek ogranicza. Jesteśmy społeczeństwem, które raczej szanuje starość, ale woli młodość. 

krystyna_podleska4

Mnie to denerwuje. A panią?

Nie jestem feministką. Nie lubię zachowań macho, ale wiem, że jest jak jest. Wiadomo, że mężczyźnie parę zmarszczek nie przeszkadza, może mieć dużo młodszą kobietę, i to się przenosi na kino. Przecież może być film o starszym mężczyźnie, który zakochuje się w dużo młodszej kobiecie. A na odwrót? Ludzie nie do końca taką historię akceptują, nie do końca dowierzają, że taki młody chłopak mógł się w starej babcie zakochać. A tego, że dziewczyna zakochała się w starym dziadzie, nikt nie kwestionuje. Szczególnie, jak on ma trochę kasy (śmiech). Tak żyjemy i musi być ku temu jakiś powód. Musimy go szukać i dowiedzieć się, dlaczego tak jest. Ale tak jest.

Nie poddawajmy się temu.

Ale ludzie tak wybierają. Są tacy, którzy o to walczą i chwała im, ja też przy każdej okazji będę mówiła, że tak nie powinno być, i będę się starzała bez żadnej godności! To znaczy starzeję się bez żadnej godności. (śmiech)

Nie zgadza się pani z czasem?

Nie. Ale czas mnie nie słucha. Człowiek jest tak bezbronny. To fascynujące, że jak jest się młodym, to się kompletnie nie bierze tego pod uwagę – starości, samotności, choroby. Nieważne, jak się żyje, myśli, czasu się nie oszuka. No, ale zobaczymy, co będzie, może jeszcze coś mnie czeka.

Niech się pani nigdzie nie wybiera!

(śmiech) Nie, po co się naprzód denerwować.

Granica pojęcia starości się przesuwa. Kiedyś sześćdziesięciolatkowie pakowali się i czekali na śmierć, dzisiaj to jeszcze całkiem dobrze wyglądające, dynamiczne osoby.

A w początkach Hollywood aktorka po czterdziestce była skończona, a dziś? To się przesuwa, również za sprawą medycyny estetycznej. Jak sobie kobieta wstrzyknie trochę kwasu hialuronowego, to i estetyczniej wygląda. 

Podobno Susan Sarandon powiedziała, że nigdy nic nie robiła z twarzą. Wierzy pani?

Nie. Mogła nie robić operacji plastycznej, ale jakiś botoks czy kwas na pewno sobie wstrzyknęła. Dzisiaj zrobić zastrzyk jest tak samo jak kiedyś pójść do kosmetyczki. Poza tym są jeszcze geny. Przecież taka Tina Turner...

Bogini! I niejedna dwudziestolatka mogłaby jej pozazdrościć nóg.

No właśnie, ale to też kwestia osobowości, temperamentu.

A pani jest kobietą-dynamitem?

No, raczej. Od dziecka byłam niesubordynowana i nie mogłam wysiedzieć w jednym miejscu. Nigdy nie zapomnę, jak spytałam, czy to był problem mieć taką rozrabiarę w domu, a mama odpowiedziała dyplomatycznie: „Myśmy zawsze się z tatusiem cieszyli, że mamy takie... żywe dziecko”. Była kochana, żeby tak to ująć.

 

Zdjęcia: Edyta Bartkiewicz edytabartkiewicz.com

Make up: Justyna Polkowska

Stylizacja: Joanna Peczkis

REKLAMA
REKLAMA