REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Jacek Boniecki: Artysta i strateg

2017-01-11
...
To pierwszy raz od śmierci założyciela Tadeusza Sygietyńskiego, kiedy Zespołem Pieśni i Tańca „Mazowsze” kieruje dyrektor-dyrygent. Jacek Boniecki traktuje swoją pracę jak misję. Chce wyjąć zespół z lamusa, pokazać jego tradycję i odnowić potęgę. Planuje, obmyśla taktyki, opracowuje strategie. Część z nich zapisana jest także w partyturach.

Dlaczego dyrygent nosi frak?

Nie znam przyczyn historycznych, nawet się nad nimi nie zastanawiałem. Sądzę jednak, że jest to strój oznaczający elegancję. Dyrygent nie jest kojarzony z wygłupami, a z przewodzeniem zjawiskom dziejącym się w anturażu elegancji i pięknych sal, które zmuszają do zachowania powagi.

Z czego wykonana jest dyrygencka batuta?

Materiał oraz sama batuta zmieniały się w ciągu wielu lat. Jean-Baptiste Lully – francuski dyrygent i kompozytor – przez używanie batuty umarł. Kiedyś przypominała ona bowiem dzisiejszą laskę marszałkowską, dyrygent uderzał taką laską o podłogę wybijając puls, w którym toczyć się miała muzyka. W pewnym momencie Lully nieopatrznie uraził sobie dużego palca u nogi. Wdała się gangrena i rzeczywistym powodem śmierci tego kompozytora było używanie batuty. Później batuty były głównie drewniane, natomiast teraz najczęściej używa się włókna szklanego. Ja właśnie używam takiej batuty. Kiedyś myślałem, że to wszystko jedno, jaka jest waga czy długość batuty. Okazuje się, że jednak odczuwam różnicę. Jeśli batuta jest dobrze wyważona, nie przeszkadza w pracy, nie stwarza dyskomfortu, nie myśli się o niej. Zmiana tego – na pozór – instrumentu, robi różnicę, co nie wpływa pozytywnie na jakość przekazu.

jacek_boniecki

Ile ma pan batut w swojej kolekcji?

Mam kilkanaście, natomiast na co dzień używam nie więcej niż trzech, czterech.

Zwykle bywa tak, że rodzice, dostrzegając zdolności muzyczne, decydują o posłaniu dziecka do szkoły muzycznej. Czy tak też było w pana przypadku?

Do przedszkola przychodziły osoby, które badały predyspozycje dzieci. Stwierdzono, że mam zdolności muzyczne, a skoro mój dziadek dojeżdżał do Gdańska do pracy, to ja też zostałem wysłany do tej szkoły rok wcześniej. Dobrze, że tam trafiłem. Po latach stwierdzam, że muzyka to moja miłość.

Czy to prawda, że został pan dyrygentem w wieku 14 lat?

Miałem predyspozycje, a i pewnie nie bez znaczenia były moje cechy przywódcze. Wtedy, w wieku 14 lat, dyrygowałem oczywiście amatorskimi zespołami. Trzeba to zaznaczyć, że dyrygent staje się zawodowcem, gdy otrzymuje gruntowne wykształcenie dyrygenckie. Ja grałem początkowo na skrzypcach, później na waltorni i już nawet przed 14. rokiem życia zacząłem dyrygować do płyty winylowej machając ołówkiem. Na gdańskim osiedlu Żabianka był chór dziecięcy. Józef Możdżer, ojciec jazzmana Leszka Możdżera, wiedząc o moich zainteresowaniach zaproponował, abym tym chórem dyrygował. I tak się zaczęło.

Jakie szczególne predyspozycje – oprócz kierowniczych zapędów – potrzebne są do dyrygentury?

Dyrygent jest – w przeciwieństwie do innych zawodów – im starszy tym lepszy. Z wiekiem dochodzi ten element doświadczenia, który w muzyce daje się odczuć jako dojrzała kreacja muzyczna. To oczywistość, że dyrygent powinien być jak najlepszym muzykiem. Ale dobrze, gdy ma także zdolności manualne, bo w sposób plastyczny może komunikować się z orkiestrą czy zespołem. To ważne, bo od tej czytelności zależy odbiór muzyków. Poprzez gesty można wiele powiedzieć. Gestem można wskazać interpretację dzieła oraz sposób wydobycia samego dźwięku. Poza tym musi być muzykalny, słyszeć nieczystości, ale też barwy dźwięku, które buduje w wyobraźni. Tu zaczyna się prawdziwa sztuka. Oprócz szczegółowej wiedzy powinien znać możliwości wszystkich instrumentów, stąd od dyrygenta wymaga się podstawowej umiejętności grania na poszczególnych instrumentach. Powinien znać się na instrumentacji, czyli wiedzieć, jakie są zasady rozpisywania danej melodii na fakturę orkiestrową, czyli wszystkie instrumenty. Im te elementy są lepsze w samym dyrygencie, tym lepszy jest jego przekaz. Jest on bardzo intymny. Ta relacja z muzykami jest trudna do opisania. Słowa nie znaczą nic wobec całego pejzażu jednostkowych odczuć, które są niepowtarzalne i nie do podrobienia.

Przez rozpoczęciem koncertu wchodzi pan na scenę i…? Jaki jest pierwszy gest?

Przede wszystkim witam się z zespołem, którym kieruję. Potem kłaniam się publiczności. Następnie powracam do orkiestry i daję znak do przygotowania. Zwykle jest tak, że następuje krótki kontakt wzrokowy z orkiestrą. Przygotowuje się emocje, które mają towarzyszyć muzyce. Tak więc ten znak preparacji do wykonania dzieła jest już bardzo ważny. Moment przed rozpoczęciem muzyki już świadczy trochę o muzyce. Trudno sobie wyobrazić, że ktoś rozbawiony zagra „Requiem” Mozarta. Nasz nastrój powinien być adekwatny do muzyki, którą będziemy grać. I ten moment tworzy właśnie wspólnotę na scenie.

jacek_boniecki2

Przeklął pan kiedyś pod nosem w trakcie koncertu?

Nie na głos, ale zdarzyło się to na pewno kilka razy. Wynikało to z błędu, który się pojawił, czy to z winy muzyka, czy z niezrozumienia moich intencji. Taki zgrzyt przeszkadzający w wizji jest bardzo bolesny.

Zanim objął pan stanowisko dyrektora „Mazowsza”, były stanowiska w bardzo poważanych teatrach, chociażby dyrygentura w Operze Bałtyckiej w Gdańsku czy funkcja dyrektora muzycznego w Teatrze Muzycznym „Roma” w Warszawie. Co sprawia, że dyrygent zmienia miejsca pracy? Ograniczony czas etatu? Prestiż? Poszukiwanie nowych wyzwań?

Szczególnie w pierwszym okresie mojej kariery rzeczywiście szybko zmieniałem miejsca pracy. Kilka sytuacji determinowało ten fakt. Po pierwsze, gdy nie widziałem możliwości swojego rozwoju artystycznego. Po drugie – gdy dostawałem propozycję, która wydawała mi się lepsza.

Zmiany teatrów oznaczają ciągłe przeprowadzki. Czyli ciężko jest kupić mieszkanie na stałe, posadzić kwiaty w ogródku i przygarnąć psa na lata.

Mieszkanie mam jedno, na Kaszubach – bardzo dobrze się tam czuję, ale niestety rzadko w nim bywam. To tam mam swoją kotwicę. Psa nie mam. (śmiech) Po latach myślę sobie – bo może nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa i parę lat zawodowych przede mną – że taka jest moja misja. Można powiedzieć, że najbardziej stałą rzeczą w moim życiu jest zmiana. W Teatrze Muzycznym we Wrocławiu, w orkiestrze w Płocku, czy też w stołecznej „Romie” moja praca polegała na przeprowadzeniu dość zasadniczej reformy. Dotyczyła ona spraw organizacyjnych, ale przede wszystkim miała w zasadniczy sposób zmienić artystyczne oblicze instytucji. Z prowincjonalnej orkiestry w Płocku stworzyłem taką, która liczyła się na mapie Polski. Zapraszałem tam muzyków z ościennych ośrodków jak Warszawa, Bydgoszcz czy Łódź, którzy gwarantowali doskonały poziom wykonawczy. W międzyczasie z Bogusławem Kaczyńskim zmieniłem oblicze warszawskiej „Romy”. Doskonały zespół solistów, chóru, baletu i orkiestry mógł sprostać zadaniom partytury zarówno dzieła operowego, jak i baletowego. W Lublinie natomiast stało się coś jeszcze bardziej spektakularnego. Poziom artystyczny Teatru Muzycznego był daleki od przeciętnej. Wydobywanie świetności zespołu i tworzenie sceny operowej było karkołomną sztuką. Jednak wysiłek mój nie poszedł na marne. Odtąd w Lublinie zagościła opera z prawdziwego zdarzenia odbierana przez dziesiątki tysięcy odbiorców. Taka była moja misja. Była ważniejsza od bardziej lub mniej perlistej indywidualnej kariery jako dyrygenta.

Co łączy pana z Tadeuszem Sygietyńskim?

To, że Tadeusz Sygietyński był dyrygentem i jednocześnie szefem zespołu. Jestem pierwszym po Sygietyńskim dyrektorem-dyrygentem. „Po owocach go poznacie”, ale dziś czuję się jak odnowiciel testamentu założyciela „Mazowsza”. Z zespołem był związany tylko siedem lat, ale skonstruował go w sposób doskonały. Patrzę w jego partytury i widzę potężną fakturę orkiestrową. Widzę jego mocną rękę wymagającego mistrza, ale i mądrego, szlifującego swój diament kierownika. Wracam do jego sposobu myślenia jako dyrygenta. Przywróciłem materiały nutowe, które były w strzępkach, powiększyłem zespół orkiestrowy, chór i balet. Wypełniłem treścią to, co napisał Sygietyński. Dzięki temu narodziła się inna energia, inna ekspresja, która przenosi się na śpiewających i tańczących. Bo to nieprawda, że można zatańczyć do każdej muzyki. Jesteśmy w przededniu wielkich wydarzeń. Rozstrzyga się sprawa współprowadzenia „Mazowsza” przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Może czeka nas także zmiana nazwy…

„Sygietyńskiego to wnoszono na piedestał, to bezwzględnie szykanowano”, czytam w albumie o zespole „Mazowsze”. Dotyczy to każdego dyrektora tego zespołu?

Sygietyński żył w specyficznych czasach, ale my też w takich żyjemy. Wszyscy wiemy, że Mira Zimińska (Mira Zimińska–Sygietyńska, po śmierci Tadeusza Sygietyńskiego kierowała zespołem „Mazowsze” – przyp. red.) nie była osobą łatwą. Takie trudne postaci dokonują największych przełomów. Dla współpracowników była zawsze wymagająca i rządziła twardą ręką. Tylko taka osoba mogła ten skomplikowany organizm, jakim jest zespół „Mazowsze” prowadzić.

Jak się tu do pana mówi? Dyrektorze? Dyrygencie?

Dyrektorze lub maestro.

A zdarza się, że członkowie zespołu powiedzą „nauczycielu”?

Nie.

jacek_boniecki3

A chciałby pan?

Lubię uczyć. Mam sporo do przekazania i lubię to robić. Osoby, które przychodzą do zespołu są w zdecydowanej większości ludźmi młodymi, którzy rozpoczynają swoją drogę zawodową. Potrzebują zatem opieki i wsparcia. Chciałbym być tu inspiratorem i przewodnikiem.

Jakie główne wyzwanie stoi przed dyrektorem „Mazowsza” w XXI wieku?

Przywracam blask temu zespołowi. Mam satysfakcję z tego, że minęły lata stagnacji. Staram się poszukiwać nowych form przekazu artystycznego, które mogłyby poszerzyć repertuar zespołu i dotrzeć do jeszcze szerszej publiczności.

Z jakimi nowymi problemami spotyka się pan w pracy – takimi, których Zimińska czy Sygietyński na pewno nie mieli?

Myślę, że mieli większe. Wtedy naprawdę nie było łatwo. Sygietyński założył ten zespół, a potem go z niego wyrzucono. To był z pewnością szok, zabliźnienie tej rany było bolesne. Wiem, że musimy odnowić ducha artystycznego w tym zespole. Odświeżyć siłę przekazu muzyki za pomocą śpiewu i tańca. Nie chcę bylejakości – byle taniej, byle łatwiej. Nie ma drugiego takiego zespołu w Polsce jak nasz. To, co przekazywała Mira i Tadeusz, to zasady funkcjonowania zespołu – jak opowiadać te historie zapisane w partyturach i układach choreograficznych. Bo przecież każdy pamięta, że w Mazowszu było zawsze równiutko, pięknie, z kindersztubą, ukłonami, elegancją, jednakowym uśmiechem. Osoby dobierane były pod względem urody i wieku – to wszystko miało i ma znaczenie. Daje nam to prawo do satysfakcji i dumy, że jesteśmy naprawdę ważną instytucją.

Powiedział pan też, że „Mazowsze” jest jak narodowa reprezentacja w piłce nożnej. Więc jest pan selekcjonerem. Decyzje selekcjonera są niepodważalne i święte?

Na pewno działo się tak za czasów Tadeusza i Miry. Jest to pewna droga. Trzeba jednak polegać na współpracownikach, a ja nie uzurpuję sobie prawa na przykład do wnikania w materię samego tańca. Nie znam się na nim. Mogę się jednak wypowiedzieć w kwestii wyrazu artystycznego, bo w tym względzie mam duże doświadczenie. Umiem odróżnić to, co jest lepsze od czegoś słabszego. Wiem, o co tu chodzi.

Czy powiedział pan kiedyś: „Sygietyński byłby ze mnie zadowolony”?

Był gruntownie wykształcony, a w jego partyturach widać jego zmysł. W pozornie prostej muzyce współbrzmienia, które stosował, są bardzo wyrafinowane. Gładkie i łatwo przyswajalne przez przeciętnego odbiorcę melodie są podbudowane niesamowitą treścią orkiestracji. To moja podstawa w patrzeniu na muzykę i myślę, że Tadeusz powiedziałby do mnie: „Jesteś na dobrej drodze”.

Czy dyrektor „Mazowsza” i dyrygent orkiestry symfonicznej słucha tylko muzyki ludowej i klasycznej? Marzy mi się, aby powiedział pan, że ma w domu płyty Genesis albo Radiohead.

Mam kilka płyt z muzyką pop, ale nie słucham ich na co dzień. Zawsze fascynował mnie musical oraz symfoniczny jazz. Grałem z Michałem Urbaniakiem i dobrze to wspominam. Od czasu do czasu warto zagrać inną muzykę, złapać oddech. Wiem, że często jest to krytykowane, ale we wszystkich aspektach widzę, że ten oddech i znalezienie energii w innej muzyce odświeża spojrzenie. W związku z tym chciałbym, aby „Mazowsze” spotykało się z różnymi artystami.

Czy dyryguje pan także w domu? Podczas wigilii ustawia pan rodzinę w rzędzie i każe śpiewać kolędy na głosy?

Nie, nie. (śmiech) Wtedy niekoniecznie żyje się pracą.

Niedługo minie rok od objęcia przez pana stanowiska dyrektora. Czas na rachunek sumienia?

Jeszcze za wcześnie na podsumowanie. Dzieło jest nieskończone, ale myślę, że fundamenty są coraz mocniejsze.

 

Zdjęcia: Edyta Bartkiewicz

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA