REKLAMA
Anywhere logo

Monika Borzym: Bycie trendy to nie moja domena

2017-01-16
...
Monika Borzym to dwudziestosześcioletnia wokalistka jazzowa. Mówi o sobie go-getter. Jak sobie coś wymyśli, tak zrobi. Ostatnio w jej głowie zrodził się pomysł nagrania płyty z piosenkami legendy amerykańskiego folku, Joni Mitchell. Wbrew pozorom obie panie mają ze sobą wiele wspólnego.

Monika, spotykamy się z powodu twojej trzeciej płyty „Back to the Garden”. Wydaje mi się, że jak na tak młodą osobę masz bardzo duży dorobek.

A mnie się ciągle wydaje, że za mały

To chyba dobrze?

Ja po prostu jestem trochę życiowo nadpobudliwa i lubię dużo robić i dużo wiedzieć. Lubię, jak się wszystko wydarza szybko. Jestem raczej niecierpliwa, więc jak już pojawi się jakiś pomysł w mojej głowie, to dążę do jego realizacji. Efektem nie napawam się długo. Wolę działać.

borzym1

Czyli jak w 2009 roku stałaś na scenie Jazz Jamboree z Michałem Urbaniakiem, perkusistą Amy Winehouse i muzykami Chaki Khan, nie czułaś się przerażona?

Czułam presję, wagę sytuacji. Byłam ciekawa, jak to zostanie przyjęte. Pamiętam ten moment, jak zaśpiewałam pierwszy utwór, balladę „You Taught My Heart to Sing” i ten moment pomiędzy wybrzmieniem mojej ostatniej frazy a oklaskami wydawał mi się trwać po prostu wieczność. Tysiące myśli przeleciało przez moją głowę: „O Boże, na pewno było beznadziejnie, to się nikomu nie podobało i dlatego nie klaszczą”. Tak jednak nie było. Myślę, że ludzie jednak mają ten „radar prawdy” i jak ktoś komunikuje coś szczerze, z serca, to ludzie zawsze będą bardzo empatyczni w obliczu takiego przekazu.

Czujesz, że ciężko pracowałaś na ten sukces, czy może spadł ci z nieba?

Różnie. Na pewno okres dzieciństwa, okres szkolny i potem, pierwsze studia, to był dla mnie intensywny czas, jeżeli chodzi o ćwiczenie i w zasadzie wszystko kręciło się wokół tego. Najpierw fortepian – dziewięć lat, potem wokalistyka, którą ćwiczyłam dosyć zapalczywie. Ale muszę przyznać, że szybko zaczęłam zbierać tego plony. Ostatnimi laty jest tak, że mogę dysponować swoim czasem naprawdę swobodnie. Czas przygotowania płyty jest oczywiście zawsze podporządkowany tylko muzyce, ale to też czysta przyjemność. Tym razem w zasadzie to ja byłam producentką, więc naprawdę dużo się napracowałam. To był bardzo stresujący czas. Mimo wszystko uważam, że uprawiam bardzo przyjemny zawód. Pozamykane okresami intensywnej pracy związanej z nagrywaniem I promocja płyty, mam naprawdę dużo czasu dla siebie – studiuję, gotuję, czytam, oglądam, słucham…

Studiowałaś w Stanach. Jak to się stało, że wróciłaś do Polski? Przecież każdy jazzman chciałby żyć w Stanach, w kolebce jazzu.

To jest mit. Nowy Jork, w związku z tym, że jest mekką jazzmanów, ma ich totalnie za dużo, w związku z tym stawki, za które gra się tam koncerty są relatywnie nieduże, a nawet śmieszne w porównaniu do tego, jak komfortowo my, muzycy żyjemy tutaj. No bo najlepsze koncerty, jakie zagrałam w Nowym Jorku, a grałam je z totalnie topowymi muzykami tego świata – Aaronem Parksem, Natem Smithem, ludźmi, którzy jeżdżą po całej Europie, całej Azji i zarabiają bardzo dobre pieniądze i żyją tylko z tego – myśmy zarabiali po 50, 100 dolarów za noc. Większość muzyków musi wręcz dopłacać do tego, żeby grać w niektórych nowojorskich klubach.

Przejdźmy do płyty. To album z piosenkami Joni Mitchell. Spokojnie, nie zapytam, dlaczego akurat ona. Mówisz, że to twoja idolka. To znaczy, że gdy byłaś małą dziewczynką, wszystkie koleżanki słuchały Spice Girls, a ty przerabiałaś folkową twórczość Joni Mitchell?

Nie, absolutnie nie! Jak byłam małą dziewczynką, to słuchałam Shazzy i Piaska. Normalnie (śmiech). Dopiero potem, w okolicy lat wczesnonastoletnich, zaczęłam się interesować muzyką dobrą. Zaczęło się od Radiohead. Potem zostałam wystawiona na jazz i to była miłość od pierwszego usłyszenia. Ale jazz nie towarzyszył mi od dziecka, tak samo jak nie towarzyszyła mi od dziecka Joni. W zasadzie to dojrzałam do niej bardzo późno. Bardzo dużo kolegów jazzmanów – starszych, mądrzejszych – mówiło mi, że powinnam Joni posłuchać, że wydaje im się, że mam z nią wiele wspólnego i że ją pokocham. I ja podejmowałam takie próby, ale nie rozumiałam tego fenomenu. Aż do momentu, kiedy pojechałam do Kalifornii i tam, nie ukrywam, że w pewnego rodzaju odosobnieniu, jakiejś tam tęsknocie za domem, ktoś podarował mi płytę „Blue” Joni z 1971 roku. Najbardziej kultową. Ona jest bardzo osadzona w realiach kalifornijskich, show biznesu, sztuczności, podczas kiedy Joni, wywodząca się z kanadyjskiej wsi, tak naprawdę chciała jak najszybciej zarobić trochę kasy i móc z powrotem sobie uciec gdzieś na odludzie. Bardzo się z nią wtedy połączyłam i zaczęłam się faktycznie dobijać do tych pięknych słów, do tej poezji Joni, do tych niesamowitych melodii, do tych nietuzinkowych harmonii. No i tak się zaczęła moja przygoda, która trwa już pięć lat.

Wiesz co, jak weszłam na twoją stronę internetową, zobaczyłam twoje zdjęcie, z papieroskiem. Od razu skojarzyło mi się to z Joni Mitchell, która w każdym wywiadzie pali. Czujesz się taką buntowniczką? Nie zwracasz uwagi na mody, normy?

O, zdecydowanie nie! Bycie trendy to w ogóle nie jest moja domena. Jak zapytasz mnie, co jest modne w tym sezonie, to na pewno nie trafię. A Joni? No Joni wiecznie z fajkiem. Ja nie palę aż tyle. Jestem raczej taką okazyjną palaczką. W momentach podekscytowania, rozmów telefonicznych, w takim właśnie stanie podjudzenia bardzo chętnie. Poza tym palenie skutecznie robi „jazzowy sound”.

borzym2

Traktujesz tę płytę jako projekt, czy może jak misję nauczania Polaków Joni Mitchell? Uważasz, że Polsce jest rzeczywiście niedoceniana?

Joni jest totalnie nieznana, czego trochę nie rozumiem i mam kilka teorii, dlaczego tak jest. Jazz przez te amerykańskie granice przebił się do nas dość zgrabnie i szybko. Rock tak samo, no a ten amerykański folk jakoś utknął na granicy. Myślę, że jesteśmy naprawdę na tyle wyrafinowanymi słuchaczami, że możemy byś absolutnie na Joni gotowi i szkoda, żeby nas to ominęło. Ona jest ikoną, która zainspirowała takich piosenkopisarzy jak Leonard Cohen, Bob Dylan, Prince... Prince zresztą całe życie powtarzał, że gdyby nie Joni, nie napisałby żadnej piosenki. 

Nie denerwuje cię to, że mówi się o niej jak o osobie, która zainspirowała Leonarda Cohena, Prince’a? Przecież ona sama powinna być tą gwiazdą.

No, ale z drugiej strony Joni nigdy o to nie walczyła. Nigdy nie starała się o to, żeby być na widelcu, wręcz od tego uciekała. Jak tylko zaczynał się robić wokół niej zbyt duży szum, chowała się. Zresztą sama powtarza z dużym uśmiechem, że inni wykonawcy jej piosenek mieli z nimi dużo więcej szczęścia i powodzenia niż ona sama. I nie ma w tym żadnej nuty nostalgii czy zawodu. Myślę, że ona jest najprawdziwszą artystką, z krwi i kości, którą interesuje proces tworzenia, a nie same plony, jakiś tam sukces – czy w wymiarze popularności, czy finansowym. Ona robiła to po to, bo chciała. Radzi sobie oczywiście świetnie, nagrała w końcu 27 płyt i na całym świecie ma swoich fanatyków. Ale na pewno nie jest to gwiazda pokroju Leonarda, myślę że trochę z jej własnego wyboru.

Spotkałam się nawet z wywiadem, w którym mówi, że żal jej tych wszystkich gwiazd...

(śmiech) Tak, to brzmi jak Joni. Ja akurat nie słyszałam takiej jej wypowiedzi. I tu też mamy cechę wspólną, że ja zupełnie nie umiem się hamować z komunikatami, które pojawiają się w mojej głowie. Często pełna niepokoju zadaję sobie pytanie „pomyślałam to tylko, czy powiedziałam też?”. I to jest kolejna nić porozumienia, którą czuję z Joni, bo ona też jest przesadnie szczera. 

Dobrze, czyli nie stało się nic złego, że literackiego Nobla dostał teraz Bob Dylan, a nie Joni Mitchell?

Fajnie, że dostał go Dylan, bo to „nasz człowiek”, nie tylko literat, ale i muzyk. To jest akurat ta sama drużyna. Myślę, że Joni bardzo się cieszy z tego faktu. Ona też, poza samą literaturą, bardzo rozwinęła muzyczną stronę swojej sztuki i dla mnie jest dużo bardziej zaawansowanym muzykiem niż on. Zresztą Dylan, faktycznie skupiony głównie na tej literackiej stronie, muzycznie umiarkowanie mnie podnieca. Natomiast Joni jest muzykiem absolutnie wybitnym i jednocześnie jej poezja jest na równie wysokim poziomie, więc trudno by ją było sklasyfikować tylko jako literatkę.

Na płycie znowu znalazłaś się w wyśmienitym towarzystwie muzyków. Zmienił się producent, Devin Greenwood?

Devina nie można do końca nazwać producentem tej płyty. On tu występuje jako kreatywna dusza oraz nasz realizator dźwięku. Na pewno był kimś więcej niż realizatorem dźwięku, ale nieco mniej niż producentem. To jest postać, która znalazła się w tym projekcie ze względu na Mitchella Longa, gitarzystę. W zasadzie to siebie i jego uznałabym za producentów tej płyty, byliśmy jej pomysłodawcami i to od nas wyszły pierwsze formy aranży. Ja doprowadziłam ten cały projekt do skutku jako producent, łącznie z bukowaniem studia, busów, jedzenia, transportów i tak dalej. Na co dzień Mitchell gra z Melody Gardot. Devin jeździ jako producent trasy koncertowej Melody, też już od kilku ładnych lat i przy okazji wypraw na koncerty Melody w świat i spotkań z Mitchellem, poznałam się też z Devinem. A że ja lubię jednak to poczucie smaku w realizacji dźwięku Amerykanów – oni są dużo odważniejsi i dużo mniej schematyczni – szukałam takiej osoby i stwierdziłam, że on będzie super połączeniem, bo z jednej strony na pewno nas jest w stanie wesprzeć w tej kreatywnej sferze, sam też świetnie śpiewa, co słychać w kilku numerach – „Woodstock” i „The Circle Game” na przykład. Świetnie było go mieć w studio, bo to naprawdę bardzo ciepła, fajna postać. Zrealizował ten album tak jak się spodziewałam. Znalazło się tu bardzo jego dużo pomysłów, ale ostatecznie płytę miksował i masterował producent moich dwóch pierwszych płyt, Matt Pierson. 

Mitchell Long. On sam jako gitarzysta znany jest z brazylijskich, kreolskich rytmów, które przemycił na płytę. Uzgadnialiście to wcześniej, czy to jego DNA po prostu musiało wybrzmieć?

Musiało. To jego muzyczne DNA, które zresztą poznałam, studiując w Los Angeles. Był moim nauczycielem od przedmiotu „world music”, więc doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, co, jak i dlaczego gra, z tego, jaki ma background. Tak jak mówisz, jest bardzo silnie związany z Wyspami Zielonego Przylądka, słychać u niego silne kreolskie wpływy. Gra dużo muzyki brazylijskiej. Jest w tym świetny, w Los Angeles jest jednym z lepszych catów od tego, a jednocześnie jest rzetelnie wykształconym, jazzowym gitarzystą, który posiada totalną wszechstronność i muzykalność. On się po prostu potrafi wlepić w niemal każdą sytuację i jednocześnie przemycić swoje. To jest wielce inspirujące i bardzo wygodne. Jest poza tym bardzo sprawnym gitarzystą i naprawdę można z nim zrobić wszystko co się chce, a jednocześnie cały czas zostaje on, jaki by pomysł nie był. Więc to, że on przemyci takie różne elementy muzyki świata do tej płyty, to wiedziałam od samego początku i w zasadzie trochę na to czekałam. 

borzym3

Jak się tego słucha, to robi się trochę cieplej.

Mam nadzieję, bo właśnie wydaliśmy tę płytę na jesień. Na pewno nie towarzyszy jesieni w tej plusze, tylko raczej ją ociepla. 

A jak podeszłaś do tematu wokalnie? Joni Mitchell ma swój własny sposób śpiewania, jak pieśniarka, wieszczka z Północy. Ty za to masz te swoje miękkie tony.

Do każdej piosenki podchodziłam inaczej. Takim dobrym przykładem jest piosenka „Rainy Night House”. To utwór o romansie Joni z Leonardem Cohenem. Kochałam tę piosenkę, od kiedy ją usłyszałam po raz pierwszy, ale potem, jak już zaczęłam głębiej zastanawiać się nad tym, jak ja bym to ugryzła, jak to bym ujęła, to stwierdziłam, że absolutnie nie mogę tego śpiewać, bo to jest zbyt osobisty numer. To nie jest już opowieść, tak jak „Edith and the Kingpin”, czy nawet „Woodstock”. To jest osobiste wyznanie z masą szczegółów z ich życia i zupełnie nie umiałam w to wejść. Wtedy Mitchell właśnie zaproponował rozwiązanie, które nas ukierunkowało na tę folklorystyczną, kreolską muzykę z Wysp Zielonego Przylądka. No i zaczęłam się zastanawiać nad muzyką folkową w ogóle, czemu ona służy, jak funkcjonuje. Zwykle to jest taki storytelling, opowieści, które są przekazywane w formie utworów z pokolenia na pokolenie i wcale nie opowiadają osobistych historii człowieka, który je śpiewa. Dzięki tej koncepcji udało mi wcielić w rolę narratora. Natomiast „River” na przykład, który jest także bardzo osobistym utworem, jest jednocześnie osobistym utworem dla mnie. Połączyłam się z Joni przez tę piosenkę, poznałam ją podczas swojego długiego pobytu w Los Angeles. Istnieje tu dużo odnośników, które doskonale rozpoznajęz Los Angeles, z branży, z tego środowiska, z mieszkania nie u siebie. Mam nadzieję, że przemyciłam to wszystko przesiane przez moje sito i niuanse mojej wrażliwości. 

Wszyscy cię pytają, czy będziesz nagrywać swoje piosenki. Piszesz coś swojego?

Cały czas piszę coś swojego. Czasem to oddaję innym ludziom do śpiewania, czasem sobie chowam do szuflady na kiedyś tam... Bardziej interesuje mnie proces niż zapalczywe dążenie do nagrania autorskiej płyty, bo ja jestem przede wszystkim wokalistką, to jest moja specjalizacja i tym się zajmuję. Jarają mnie po prostu przepiękne, mądre piosenki i zawsze będę szukać najatrakcyjniejszego materiału do śpiewania dla siebie w danym momencie. Jeżeli moje własne piosenki pewnego dnia tym się dla mnie staną, to będę je śpiewać. A jeżeli nie, to nie. Wolę śpiewać piękne, mądre, głębokie piosenki Joni, których w Polsce nikt nie zna, więc nawet ciężko im zarzucić bycie coverami, bo wydaje mi się, że wiele z nich przedstawiam wielu osobom tutaj na nowo. Poza tym w moim jazzowym świecie to jest zupełnie naturalne, że gra się standardy. Nikt nie zarzuca Dianie Krall czy nie zarzucał Billie Holiday: „Znowu nagrałaś coverową płytę” (śmiech). Taka jest specyfika tego gatunku – wybitni kompozytorzy piszą, tekściarze piszą teksty, a wykonawcy wykonują. Myślę (i powtarzam to chyba prawie w każdym wywiadzie), że gdyby naprawdę każdy skupił się na tym, co umie robić najlepiej, to ten świat byłby naprawdę piękny. 

Słyszałaś nową płytę Julii Pietruchy?

Tak.

Tak a propos odchodzenia od swojej głównej działalności. Jak ci się to podoba?

To jest akurat wyjątek, który potwierdza regułę. Jest to chyba jedyna aktorka, która nagrała w tym kraju dobrą płytę, mimo tego, że producencko momentami nieporadną. Myślę, że Julka dużo się nauczyła podczas pracy nad tym albumem i jestem pewna, że już wyciąga pewne wnioski na kolejne produkcje, bo jest mega mądrą, wrażliwą dziewczyną. Natomiast koncertowo jest genialna. Te piosenki znam już od dawna. Długo zanim się ukazały, miałam przyjemność je poznać i nawet mieć je w jakichś wersjach demo, gdzieś na komputerku, i kibicuję jej od samego początku. To jest totalnie prawdziwe, ta Julka, i te piosenki są urocze. Są totalnie takie, jak ona, i wykonuje je z wdziękiem, któremu nie da się nie ulec. 

Monika, jakie są twoje muzyczne marzenia?

Teraz marzę o tym, żeby nagrać płytę country, z amerykańskimi muzykami. Najchętniej z The Wood Brothers. Nie wiem, czy to jest w ogóle możliwe. Staram się nawiązać z nimi jakiś kontakt, coś tam mi się już udało. Natomiast trochę jeszcze jestem w ferworze walki o przedstawienie Państwu, wszystkim Państwu, płyty „Back to the Garden”. Ale już sobie powoli myślę, co dalej. Piszę sobie jakieś swoje rzeczy, coraz więcej tego jest, coraz bardziej komfortowo się z tym czuję, ale wciąż nie obiecuję, że je będę nagrywać. Myślę, że minie trochę czasu. Zanim nagrałam tę płytę, też miałam ze cztery inne koncepcje w międzyczasie. I to trochę o to chodzi, człowiek wchodzi w różne sytuacje muzyczne. Liczy się kreacja i droga sama w sobie jest dla mnie dużą frajdą. Jest w zasadzie chyba atrakcyjniejsza niż ten moment, gdy mówię: „Hej, słuchajcie, skończyłam”. No bo ja to już skończyłam, już przeżyłam, wychowałam to dziecko, ono skończyło 18 lat i teraz już się wyprowadziło z domu i żyje własnym życiem, a ja się zastanawiam, co dalej z moim życiem.

Muzykę będziesz uprawiać całe życie, czy tak długo, jak będzie cię to bawić?

Tak długo, jak będzie mnie to bawić! 

Masz jakiś plan B?

Tak, szereg. Studiuję psychoseksuologię i bardzo mnie to jara. Myślałam o tym już dawno i w końcu udało mi się zebrać, mimo dziwnego czasu na rozpoczęcie studiów, no bo właściwie w momencie premiery płyty. Stwierdziłam, że im to dłużej będę odwlekać, tym dłużej będę odwlekać i może się to nigdy nie wydarzyć, więc robię to i bardzo bym była zadowolona, gdybym mogła faktycznie pewnego dnia zostać terapeutką. Sama jestem fanką terapii i uczęszczam niezmiennie. I uważam, że jest to wspaniała rzecz, cudowna przygoda z samym sobą. Uwielbiam gotować. Może się kiedyś w to wkręcę bardziej. Mogłabym zostać na pewno jakimś krytykiem kulinarnym. Myślę, że to byłoby cudowne. To byłby cudowny zawód. Myślę, że jest parę opcji. Ja raczej jestem go-getterem. Jak sobie coś wymyślę, to będę na tyle konsekwentnie do tego dążyć, aż się to nie ziści.

Zdjęcia: Tomasz Sagan

Make-up: Dalia Kroplewska / SISstyle

Video: Jakub Sobótka

Specjalne podziękowania dla restauracji Fidel w Sopocie za udostępnienie wnętrz na potrzeby wywiadu i sesji zdjęciowej.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA