REKLAMA
Anywhere logo

Nie zagrałam Lady Makbet

2017-01-20
...
Na rolę życia aktor czeka nieraz bardzo długo. Nasza bohaterka dostała ją tuż przed jubileuszem 40-lecia pracy w teatrze i filmie. W dodatku rola ta to postać Julii Brystigierowej, eks-funkcjonariuszki Ministerstwa Bezpieczeństwa, która słynęła z katowania więźniów politycznych. O tej trudnej kreacji w filmie „Zaćma” i roli aktora rozmawiamy z Marią Mamoną.

Kiedy dostaje się do ręki gotowy już scenariusz z rolą Julii Brystigierowej, która w okrutny sposób przesłuchiwała więźniów politycznych, wręcz katowała ich, jakie pierwsze uczucie temu towarzyszy?

Dziwne, dlatego, że z jednej strony był to strach, z drugiej podniecenie. Do zagrania dostaję przecież dużą, niejednoznaczną rolę, która polskim aktorkom, a tym bardziej w moim wieku, nieczęsto się zdarza. Poza tym to postać, która ma refleksję na temat swojego życia, chce je zmienić, oczyścić się, przepędzić duchy przeszłości, które ją nieustannie nawiedzają i zrozumieć samą siebie. To dla aktora szalenie fascynujący materiał do zagrania. Cieszę się, że byłam obecna od samego początku powstania scenariusza, który pierwotnie miał być tylko realizacją teatru telewizji, czyli jakieś pięć, sześć lat temu...

maria_mamona3

Dla aktora obserwować scenariusz na różnych etapach to niezwykłe szczęście, wówczas poznaje się postać znacznie głębiej. W naszym przemyśle filmowym to rzadkość.

Na początku scenariusz miał być tylko oparty na finalnej rozmowie Brystigierowej i Prymasa Polski. Z czasem Ryszard Bugajski zdecydował, że warto przy okazji opowiedzieć coś więcej, rozbudować scenariusz tak, by pokazać naszą bohaterkę w szerszym wymiarze, żeby jej przemiana mogła dokonać się na oczach widzów. Pisaniu Ryszarda towarzyszyły nasze niekończące się rozmowy na temat Brystygierowej. Oczywiście mam świadomość, że ten film nie stanie się hitem kasowym, to raczej kino niszowe, ale bardzo ważne. Mam nadzieję, że nasz film zada wiele pytań i zmusi do myślenia.

To główna rola, w dodatku rola antagonistki.

To ogólnie przyjmując rzeczywiście czarny charakter. Taką też legendą została owiana. Jestem aktorką, która do każdej roli podchodzi od nowa i z pewną rezerwą. Musiałam dobrze poznać moją bohaterkę. Bardzo często słyszę pytanie czy rozgrzeszyłam Brystigierową. Otóż ja nie jestem od rozgrzeszania, starałam się jedynie ją zrozumieć. Zrozumieć jej wybory, fascynacje, żeby zbudować wiarygodną postać. Bardzo dużo o niej czytałam, poznawałam jej dzieciństwo, czasy młodości, to, kim wówczas była, kim chciała być. Była bardzo błyskotliwą i inteligentną osobą. Przeczytałam również jej powieść „Krzywe litery”, to kawał dobrej literatury. Bystrość, inteligencja, doktorat z filozofii, czar osobisty w połączeniu z arogancją, ze złem, którego dokonywała. Te sprzeczności były dla mnie najciekawsze. 

Przecież nikt nie rodzi się zły...

Tak, ale fundamentalizm w wierze, religii, przekonaniach politycznych jest niebezpieczny. Każda wiara, religia, polityka, wszystko to, co pochłania nas za bardzo, podjudza do nieludzkich zachowań. Kiedy przedawkujemy jakieś wartości czy idee, wówczas rodzą się w nas niekontrolowane zachowania, których nie da się wytłumaczyć. Podobnie było z Julią Brystigierową. Myślę, że wierzyła w to, że uczestniczy w tworzeniu „lepszego świata” i to, że ofiary są nieuniknione, gdy chce się osiągnąć cel. Jednak jako osoba wykształcona, inteligentna musiała w końcu zauważyć, że „szlachetna teoria” odbiega od rzeczywistości.

Takie role wymagają później od aktora zderzenia się z lawiną komentarzy. Coś na miarę tego, co przeżył Maciej Stuhr po filmie „Pokłosie”.

Tak, jest takie niebezpieczeństwo. Większość negatywnych komentarzy, które krążą w Internecie, pojawiła się w momencie, kiedy film był w fazie produkcji i nie był jeszcze gotowy. To była cała lawina bardzo przykrych antysemickich zarzutów od ludzi, którzy filmu nie widzieli, ale wiedzieli na pewno jaki to będzie film. Tym bardziej jest to straszne, że tego typu komentarze przeważnie są anonimowe. Warto zaznaczyć, że „Zaćma” nie jest filmem biograficznym ani dokumentalnym. To po prostu forma artystycznej spekulacji na temat przemiany naszej bohaterki. 

maria_mamona2

Film był pokazywany nie tylko w Polsce, ale także poza naszymi granicami. Jak bardzo różniły się reakcje po pokazie?

Mieliśmy to szczęście, że „Zaćma”, oprócz pokazów na festiwalu w Gdyni, miała swoją światową premierę na TIFF – międzynarodowym festiwalu w Toronto. Dwa miejsca i dwie zupełnie inne publiczności i reakcje. Na seansie w Kanadzie pojawili się ludzie z całego świata oraz bardzo dużo amerykańskich krytyków. Większość odebrała temat filmu jako rzecz bardzo uniwersalną mówiącą o problemie człowieka, bez naszych obciążeń historycznych.

Lubimy szufladkować, przyklejać do konkretnej grupy, żeby później było łatwiej oceniać. Jest to paskudne, ale wielu krytyków tak robi, przynależy do konkretnego medium i z góry wie, co lub kogo można, a czego nie wypada krytykować i osądzać, zamiast po prostu zająć się oceną sztuki.

Taką sytuację z Ryszardem Bugajskim przeżyliśmy już przy okazji premiery jego poprzedniego filmu „Układ zamknięty”. Przez to, że film dotykał tematu nieudolnej młodej demokracji, w której zdarza się nadużywanie władzy przez urzędników państwowych, niektóre opcje polityczne starały się zawładnąć wymową filmu i skierować ją przeciwko swoim oponentom politycznym. Na spotkaniach po projekcjach zazwyczaj były dyskusje polityczne. Pamiętam, że na festiwalu w Denver była już inna rozmowa. Widzów interesowała warsztatowa strona filmu, bohaterowie, reżyseria, gra aktorska. Byliśmy z filmem nie tylko w USA, ale we Włoszech, Turcji, na Węgrzech. We wszystkich tych krajach mówiono nam, że podobne afery zdarzają się też u nich, Polska nie jest odosobniona. 

 

Na przestrzeni lat z pewnością mogła pani zaobserwować jak zmienia się nie tylko forma i język w filmie czy teatrze, ale także publiczność, która powoduje, że aktorzy czy twórcy muszą się ciągle rozwijać. W jaką stronę dzisiaj zmierzamy?

Kiedyś, u zarania sztuki filmowej, film bardzo mocno czerpał z teatru. Myślę, że dzisiaj jest odwrotnie. Teatr przyjmuje niektóre filmowe rozwiązania. Dotyczy to na przykład większej oszczędności grania czy „filmowego montażu” scen. Kino wywołało również wiele skutków ubocznych. Dzisiaj coraz częściej aktorzy mają problem z dykcją albo potrafią grać wyłącznie z mikroportami, bez nich nie dotrą do ostatnich rzędów.

 

Dzisiaj w teatrze myśli się obrazem?

Jest to dość mocne zjawisko, ale trzeba pamiętać, że efekt wizualny nie może zabić myśli. Niestety, jest to coraz częstsze zjawisko, chociaż są spektakle, które mają ograniczone dialogi, a dzięki formie nabierają większej głębi. Po prostu trzeba wiedzieć jak to wszystko wyważyć. 

W przyszłym roku będzie pani obchodzić 40-lecie pracy artystycznej, w dodatku związana jest pani od początku z tą samą sceną, Teatrem Współczesnym w Warszawie. Rodzi to pewne refleksje?

Idąc do szkoły teatralnej marzyłam, aby stać się aktorką prawdziwie teatralną. Myślałam, że będę grać w teatrach bardziej prowincjonalnych, może poszukujących. Ten typ teatru gdzieś zaszczepił we mnie Tadeusz Łomnicki, który na zajęciach na pierwszym roku robił z nami sceny, mini spektakle oparte na formie, w których tekst był ograniczony do minimum. A my, aktorzy na scenie, prawie „nadzy” w czarnych trykotach. To było niesamowite. Wtedy myślałam, że zaraz po szkole wyruszę dalej i przez parę sezonów będę podróżować z małą walizką z miasta do miasta i żyć tylko teatrem. O założeniu rodziny też wcale nie myślałam. Jednak potoczyło się inaczej.

maria_mamona1

Z propozycją wyszedł sam Erwin Axer...

Na trzecim roku zaproponował mi angaż w Teatrze Współczesnym i tak już zostało do dziś. Dziś, po prawie czterdziestu latach, nie jestem pozbawiona pewnego rodzaju refleksji. Pewnych ról już nigdy nie zagram, ominęły mnie. Ale mimo wszystko czuję się w jakiś sposób spełniona. Nigdy, co prawda, nie marzyłam o konkretnej roli. Chociaż o jednej tak – nie zagrałam Lady Makbet. I nie udało mi się też przez cały ten czas zagrać na scenie w Szekspirze, chociaż mój dyplom w PWST to Szekspir. Sądziłam więc, że spełniam te warunki, żeby w jego tekstach grać. (śmiech) Ale nie było okazji. Raz natomiast zajęłam pierwsze miejsce w Polsce w konkursie na monolog szekspirowski i to po angielsku, który zorganizowała Fundacja im. Stefana Batorego. Niestety, później, w dalszych rozgrywkach, ubiegła mnie Rumunka i wygrała stypendium do Londynu.

A trochę miodu, na to podsumowanie...

Jestem w zawodzie, który kocham i który do tej pory nie mi się nie znudził. To jest dla mnie wielki sukces. Mam nadzieję, że coś mnie jeszcze czeka w życiu. I naprawdę niczego nie żałuję. A przygoda, która obecnie trwa i jest związana z filmem „Zaćma”, jest moją najważniejszą zawodową przygodą w życiu. To w ogóle mój najbardziej szczęśliwy etap w życiu. Co dowodzi, że tak naprawdę jeszcze wszystko przed nami.

 

REKLAMA
REKLAMA