REKLAMA
Anywhere logo

COMA: Poza granice, poza planety, do wewnątrz

2017-01-23
...
Opuścili powierzchnię planety bez pomocy NASA, rakiet i specjalnych kostiumów. Skierowali się do wewnątrz, ale nie wewnątrz Ziemi, jak u Juliusza Verne’a, a wewnątrz siebie samych. Tam teraz trzeba szukać Comy.

Gratulacje, udało wam się nie rozpaść. Niedługo po wydaniu waszego poprzedniego albumu niedaleko planety Ziemia przeleciała kometa, która wszystko w zespole zmieniła.

Adam Marszałkowski: Były wzloty i upadki, jak to w każdym małżeństwie. Ale wszystko się wyprostowało, wydaliśmy nowy album i cieszymy się z tego. 

Planetoida (308635) 2005 YU55, od której nazwy pochodzi tytuł waszej nowej płyty, przeleciała w rekordowo bliskiej odległości od Ziemi dokładnie 9 listopada 2011 roku. Trzy tygodnie wcześniej wydaliście poprzednią płytę, tak zwany „Czerwony album”. Czy tego dnia, kiedy ta planetoida pojawiła się w sąsiedztwie Ziemi, zaczęły się prace nad nowym krążkiem?

Piotr Rogucki: Tak. Bardzo intensywne i kreatywne myślenie nad płytą zaczęło się w listopadzie 2011 roku, bo wtedy w siedemdziesięciu procentach napisałem tekst. Przyjęliśmy tym razem takie założenie, że bazą dla tego materiału będzie właśnie tekst, bardzo obszerny zresztą, bo miał około czterdziestu stron A4. Faktem jest, że inicjatywa i plany związane z eksploatacją tego materiału zaczęły się właśnie wówczas, w listopadzie 2011 roku. Do tej pory, do 7 października 2016 roku, temat nie był zamknięty. Planetoida jest mocno związana z rozpoczęciem pracy nad nowym, dość długo trwającym etapem naszej działalności.

coma1

Napisałeś tekst, który został podzielony na poszczególne utwory.

Piotr: Praca, która znajduje się na płycie, to był jednolity tekst, który został podzielony na 17 części. Doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy w stanie traktować tego tekstu w całości i nagrać jednego utworu trwającego 70 minut, a nawet nie ma takiej potrzeby. Podzieliliśmy go zatem na fragmenty i z każdego z nich powstał nowy utwór.

Czyli Piotr przyszedł któregoś dnia, przyniósł ze sobą 40 stron maszynopisu, rzucił na stół i powiedział „robimy to”?

Rafał: Dokładnie tak było. 

Zmusił was do przeczytania i nauczenia się na pamięć?

Rafał Matuszak: Trochę ułatwił nam sprawę – mieliśmy spotkanie, na którym przeczytał nam ten tekst. Miał potrzebę rozjaśnienia nam umysłów i wytłumaczenia o czym chciał powiedzieć w tym materiale, więc zaprezentował nam całość. Ale potem dał nam go, żebyśmy mogli zaglądać do niego w trakcie pracy nad muzyką. Pierwsze wrażenia były takie, że jest to temat nie do ogarnięcia. Wydawało nam się, że muzyka będzie wyłącznie warstwą pod tekstem, ilustracyjną, nie mającą wpływu na interpretację tekstu. Z czasem koncepcja się zmieniła. Doszliśmy do wniosku, że muzyka powinna mieć wyjątkowy charakter – ma być bardzo spójna z tekstem, ale także istnieć samoistnie bez niego.

Adam: Od początku chcieliśmy zrobić płytę. Zespół Coma robi płyty. Musieliśmy zmierzyć się z tym tematem, bo po raz pierwszy robiliśmy to zupełnie inaczej niż do tej pory – najpierw mieliśmy tekst, potem muzykę. Mimo tego cały czas chcieliśmy zrobić płytę podzieloną na utwory, które będą mogły same funkcjonować w środowisku muzycznym. Zajęło nam to trochę czasu.

 coma3

5 lat!

Adam: Ale to dlatego, że na początku nie potrafiliśmy tego zrobić. Musieliśmy wypracować jakąś formułę dotarcia do sedna tekstu, zilustrowania go, ale bazując na tym, że robimy utwory. Nie słuchowisko, nie plamy muzyczne – utwory.

Ładnie was urządził wasz wokalista – napisał poemat, zorganizował spotkanie autorskie i publiczność, której na dodatek kazał nad tym tekstem pracować. Sprytnie.

Adam: Sprytnie, ale tak naprawdę to nam nie kazał. To było wyzwanie, któremu chcieliśmy sprostać. Był taki moment, że znaliśmy ten tekst lepiej od niego. Pracowaliśmy nad utworami codziennie. Piotr ułatwił nam trochę sprawę, bo ponagrywał nam takie wczesne ścieżki wokali, żeby pokazać, jak chciałby, żeby to wyglądało. Potem było odbijanie piłeczki – on nagrał wokal, my muzykę i konsultowaliśmy to wszystko, wzajemnie się inspirowaliśmy w kwestii tego, jak chcielibyśmy, żeby te utwory wyglądały. 

Wyewoluowaliście muzycznie. Zaczynaliście jako zespół stricte rockowy – gitary, mocne wokale. Na „ 2005 YU55” jest więcej elektroniki, sampli, które stają się motywem przewodnim płyty. Gitary zrobiły się nudne?

Adam: Nie, nie zrobiły się nudne, ale jak idziesz na wojnę to wybierasz sobie broń, którą chcesz walczyć. W tym przypadku doszliśmy do wniosku, że gitary nie są tą bronią, której nam potrzeba. Szukaliśmy więc innych środków przekazu. Zaczęliśmy słuchać trochę innej muzy. Pojawiło się trochę więcej elektroniki, więcej przestrzeni. Tekst wymagał inny środków, więc my musieliśmy temu sprostać. 

Planetoida wpływa na poczynania bohatera „2005 YU55”?

Piotr: Planetoida nie stymuluje głównego bohatera, czyli Adama Polaka, bezpośrednio. Jej obecność jest raczej pewnego rodzaju pretekstem, tworzącym tajemniczą aurę, do tego, żeby Adam Polak mógł sam w końcu porozumieć się ze sobą i z jakimś rodzajem głębszej natury niż ta, z którą ma do czynienia na co dzień. Są ludzie, którzy noszą potrzebę tego, żeby porozumieć się ze swoim wnętrzem i mają wrażenie, że składają się z czegoś więcej, niż tylko doczesnego, codziennego, jednorazowego bytu, pochłoniętego mechanicznym wykonywaniem czynności i przetrwaniem. Mają wrażenie, że wszystko co istnieje, jest powiązane ze sobą nie tylko na poziomie wyobraźni i świadomości, ale również szerszym, czasami wychodzącym poza granice tego świata, poza planety. Symbolem wyjścia poza te granice jest planetoida. Ona pozwala wyjść za obręb tego świata, ale paradoksalnie nie w kosmos, ale do wewnątrz. Każdy, kto odczuwa jakąś duchowość w życiu, zdaje sobie sprawę, że pochodzi ona nie z nas, ale spoza nas, spoza naszej fizyczności. Czyli prawdopodobnie z kosmosu. Nie mówię, że od ufoludków, ale skoro wszechświat jest jednością, to te siły, które odczuwamy wewnątrz są siłami, które ten wszechświat tworzą. Oczywiście jest to zagadnienie dotyczące tylko tych, dla których duchowość i odpowiedzi na pytania o istnienie, o kolej rzeczy, o sensy, są istotne. Nie każdy ma potrzebę, żeby analizować siebie na takim poziomie. Niektórym duchowość nie jest do życia potrzebna. Ci, którzy chcą zażyć przygody, która jest pewnego rodzaju medytacją, znajdą dla siebie pole do podyskutowania z nami. 

Wy też mieliście jakiś pretekst, dzięki któremu spojrzeliście w głąb istoty zespołu Coma?

Adam: Też potrzebowaliśmy takiego pretekstu. Mając ten tekst i wiedząc mniej więcej jak ta płyta ma wyglądać, wiedzieliśmy, że ta płyta ma być czymś zupełnie nowym. Więc ten tekst był pretekstem do zrobienia czegoś innego, oderwać się od tego, jak zespół Coma wygląda, jak jest postrzegany, jak do tej pory grał.

coma2 

Chcecie dotrzeć do odbiorcy przez różne zmysły. Płyta jest ozdobiona trójwymiarowymi grafikami, do jednego z wydań dodaliście specjalne okulary 3D. Nie boicie się, że odbiorcy będą się skupiać na tym, na wydaniu, na otoczce, zamiast na muzyce?

Rafał: To jest tylko pokazanie kolejnego wymiaru zespołu. Ta płyta jest skomplikowana, ma mnóstwo informacji, dźwięków, tekstu. Grafika, która jest też bardzo przepełniona, bogata i wydana w trójwymiarze, podkreśla tylko charakter płyty. W moim odczuciu to nie jest zabawka, a raczej dowód na wielowymiarowość albumu.

Gdzie się zatem kończy wasze eksperymentatorstwo? Co jesteście w stanie jeszcze przekazać odbiorcom?

Rafał: Wszystko, co nam podpowie wyobraźnia.

Piotr: Rozpoczynając prace nad tym albumem nie kierowaliśmy się takimi założeniami, że będziemy ludzi szokować, przekraczać jakieś granice albo wydziwiać w taki sposób, żeby zaskoczyć ich samą odmienności. To, co wydarzyło się z tym albumem, było naturalnym procesem ewolucji, który był potrzebny do tego, żeby dalej funkcjonować z szacunkiem do siebie i do pracy, którą wykonujemy. Ludziom, którzy dostali ten album po pięciu latach od poprzedniego może się to faktycznie wydawać eksperymentem. Ale dla nas był to eksperyment jedynie na początku. Przewartościowywał sposób naszej pracy, systemy, do których się przyzwyczailiśmy. Sprawił, że musieliśmy się na nowo nauczyć ze sobą współgrać. Był to rodzaj ryzyka. Nie mieliśmy założonego z góry zadania, że musimy szokować albo pokazywać ludziom, czego to my nie jesteśmy w stanie wymyślić. Nadrzędnym założeniem nie było stworzenie szokującej płyty, ale zrealizowanie celu, który postawiliśmy sobie na początku, czyli skonstruowanie albumu do tekstu, który się wtedy pojawił.

Ale to wiecie wy. Ludzie, którzy pójdą do sklepu i sięgną po ten album – nie. Nie boicie się tego, że ktoś spojrzy na to wszystko i stwierdzi: „o, teraz to udziwnili”.

Piotr: To nieprawda. W większości ludzie, na których opinii nam zależy, nasi fani z otwartymi umysłami, są nam wdzięczni, że podjęliśmy taką ryzykowną próbę komunikowania się z nimi. Widzą, że to nie jest zadanie sztucznie wykonane, że to nie jest próba mrugnięcia do widza okiem, a rzecz absolutnie szczera, płynąca z miłości do ludzi. Nie jest to pokazywanie jakiegoś wynaturzonego obrazu zespołu. Wykonaliśmy to z wiary w to, że ludzie potrzebują czegoś więcej niż rozrywki. My, jako zespół, który traktuje siebie samych jako twórców, artystów, mamy obowiązek wykorzystania naszych możliwości na poziomie wyobraźni, warsztatu, doświadczenia i ryzyka, żeby tym ludziom dać to, na co nas w danym momencie stać. Nawet jeśli nie wiąże się to z sukcesem komercyjnym.

Artyści zawsze powtarzają, że film, płyta, rzeźba nie powstały po to, żeby się sprzedać. Ale jeśli płyta nie powstała po to, żeby odnieść sukces rynkowy, to po co ją nagrywać? Z czegoś trzeba przecież żyć.

Piotr: To się rządzi swoimi regułami. Najbardziej charakterystyczne i najciekawsze albumy ludzi, którzy wydawali swoje płyty, na przykład eksperymentalny okres działalności Davida Bowiego, kiedy nagrywał w Berlinie z Brianem Eno po swoich problemach narkotykowych w Stanach Zjednoczonych, owocują powstawaniem nowych kierunków muzycznych dwadzieścia-trzydzieści lat później. Poziom publiczności Bowiego w tamtym czasie spadł o jakieś trzydzieści procent, ale mimo tego ta publiczność nadal istniała. Ci, którzy są najbardziej świadomi, docenili ten jego wysiłek i odpowiedzialność, która spowodowała, że wiedział, że nie zarobi większych pieniędzy, ale spełni swój obowiązek jako twórca. My mamy teraz taki okres, że potrzebujemy czegoś nowego. Gramy dalej koncerty, ludzie dalej na nie przychodzą. Nowy materiał moim zdaniem jest bardzo przystępny, zmienia jedynie obraz zespołu. To nie jest jakiś freakowy materiał, którego nie zrozumie nikt oprócz specjalistów. Gdybyśmy nazywali się inaczej i byłby to nasz debiut to sądzę, że ta płyta również mogłaby się przebić ze względu na to, co w sobie zawiera. Nie uważam, żeby to był jakiś gruby eksperyment – przeciwnie, to muzyka dostępna dla średnio zaawansowanego człowieka, czyli gimnazjalisty! Myślę, że umiejętność łączenia ambicji artystycznych i sposobu dystrybuowania tego, sposobu komunikacji z fanami, to coś, nad czym zawsze staraliśmy się panować. Teraz przełożyliśmy środek ciężkości na stronę artystyczną. Wszyscy świadomi fani bardzo mocno to docenili i bardzo im za to dziękujemy. Album znalazł swoich odbiorców i jest to bardzo szerokie grono, ale na pewno nie pobije popularnością disco polo, które jest w stanie zapełnić hale koncertowe w ilości 15 tysięcy osób, jak w naszym rodzinnym mieście Łodzi, gdzie odbywa się festiwal tej muzyki, na który bilety rozchodzą się w dwa dni. Nie zamierzamy konkurować z muzyką typowo rozrywkową.

 coma4

Czy kiedy widzicie, że bilety na imprezę disco polo sprzedały się w dwa dni to nie macie takich myśli, że przecież gdybyście grali taką muzykę to mielibyście więcej fanów i więcej pieniędzy?

Adam: Artyści raczej nie robią sobie takich wyrzutów.

Piotr: A ty masz wyrzuty sumienia, że nie pracujesz dla pisma plotkarskiego i nie robisz głupich sesji ze zidiociałymi celebrytami? Albo ustawek w ogródku celebryty, kiedy wychodzi jego żona, a napis głosi „Dzisiaj wyszła bez stanika!”. Wolałbyś coś takiego robić?

Chyba faktycznie nie.

Piotr: Trzeba mieć troszeczkę autocenzury, ambicji i próbować znaleźć jakiś złoty środek. Chyba o to chodzi.

Nagraliście album inspirowany przelotem planetoidy. Wczoraj był superksiężyc. Czy to nie otworzyło w was jakichś nowych artystycznych kierunków?

Piotr: Nie będziemy korzystali tak często z tego, co wisi nad nami w kosmosie, bo jest tego znacznie więcej: sputniki, satelity...

Adam: ...śmieci...

Piotr: Nie będziemy szli tym tropem i powielali własnych schematów. Będziemy raczej szukali w innych terenach i sami jesteśmy ciekawi, co będzie teraz miało na nas wpływ. „2005 YU55” to dla nas już historia, element skończony psychicznie jakieś trzy lata temu, a fizycznie dopiero w tym roku. Spodziewam się, że następna praca, nad którą mamy już ochotę usiąść, będzie próbą połączenia tego, co powstało na tym albumie, i jakiegoś rodzaju doświadczenia sprzed tej płyty. Nadal poszukujemy swojego aktualnego wyrazu komunikacji między nami i fanami. Już zabieramy się za robotę nad następnym albumem. Prawdopodobnie nie trzeba będzie na niego czekać pięć lat.

fot.: Tomasz Sagan

Galeria zdjęć


REKLAMA