REKLAMA
Anywhere logo

Jacek Górecki: NA AFISZU #8

2017-01-27
...

„Sonata Widm” - August Strindberg

Nowy Teatr – reż. Markus Ohrn

 

Od razu wytłumaczę - nie jest to złe przedstawienie. Po wyjściu z sali byłem nawet pod wrażeniem tego świetnego wizualnie obrazka, który ma podkreślać ten dramat świata, na który nie spoglądamy przez różowe okulary. Z czasem jednak coś po tym spektaklu zaczęło mnie uwierać. Na początku należy zadać pytanie, czy w ogóle możemy doszukiwać się tu takich ram jak teatr. W tym wypadku jest to dla mnie bardzo cienka granica pomiędzy teatrem a performancem albo próbą stworzenia czegoś, czego nazwać niestety nie potrafię. Na warsztat wzięto dramat „Sonatę widm” Augusta Strindberga z 1907 roku. Do współpracy zaproszono Markusa Ohrna, jednego z najciekawszych twórców europejskiego teatru, który w zeszłym roku w tym samym miejscu zaprezentował swój kontrowersyjny „Tryptyk”. Do tego znakomity zespół aktorski Nowego Teatru oraz cała masa krwi, przemocy i ozdobników, które jednych szokują, innych wprowadzają w zachwyt, a jeszcze innych zwyczajnie obrzydzają. Niby to znane nam dobrze schematy teatralnej układanki, a jednak granicę tym razem przesunięto jeszcze dalej. Pytanie tylko czy po to, aby doszukać się jeszcze większej głębi czy zwyczajnie potraktować to jako pastisz, również pastisz teatru samego w sobie? A może zwyczajnie coś nie wyszło?

I tak wszystko właściwie jest tu nieoczywiste od intencji reżysera, poprzez warstwę przedstawienia, aż po grę aktorką. Aktorsko zadanie jakże utrudnione. Na głowie przez cały spektakl maska w postaci wielkiej głowy, do tego głos poddany modyfikacji i Strindberg okrojony do minimum. Owszem, jest tu kilka dobrych przebłysków, szczególnie dobrze wchodzą w tę konwencję Magdalena Popławska i Ewa Dałkowska, ale to wciąż za mało. Nie winię aktorów, bo dają z siebie wszystko by opowiedzieć o tym największym potworze, jakim jest świat. W tym pastiszu są momentami bardzo zabawni, niekiedy też przerażający swoim bestialskim zachowaniem. Tylko że z czasem dochodzi do mnie, że to jednak coś nie tak. Reżyser przyjmuje skorupę w pracy, dając wszystkim ograniczone pole możliwości. A wszystko, co widzimy, wszystkie jego uwagi i pomysły są ubrane w nawias i zawieszone bardzo wysoko. 

Mam wrażenie, że ta cała kompilacja chwytów ma na siłę udziwnić i wprowadzić w konsternację widzów. A widzowie, zresztą wraz z początkowym komunikatem o możliwości wychodzenia w trakcie spektaklu, wychodzą jak przerażone baranki i to w bardzo dużych ilościach. To jest najsłabsza strona tego spektaklu i w ogóle myślenia o sztuce jako o czymś, co z góry ma być niedostępne i nieosiągalne dla wszystkich. Bo co z tego, że ja rozłożę sobie to, co zobaczę i spróbuje wybronić, ba, nawet doszukam się brutalnej przemocy, jaka dzisiaj wylewa się ze wszystkich stron, skoro teatr powinien przyciągać - nie odpychać widzów? I nie dlatego, że ja widza traktuje gorzej, ale ci, którzy taki nieznany, obcy, zamknięty na szyfry owoc podają. Dodać trzeba jeszcze raz, że to owoc naprawdę oryginalnie i świetnie zapakowany i dobrze zagrany. W tym wypadku mamy do czynienia z elitarnym przedstawieniem dla wybranych. Akurat w przypadku Nowego Teatru wcale mnie to nie zaskoczyło, a może coś w końcu powinno?

REKLAMA